Jak ja się do cholery jasnej w to wmanewrowałam?! No po prostu świat się kończy, ja w wersji uczynnej nauczycielki niekumatych, strażniczki uciśnionych kotów i jeszcze najlepiej świętej od zamordowanych na placu boju zanim się nauczą normalnie funkcjonować...
- To wcale nie jest śmieszne - udałam naburmuszoną. - Lodzika? - psytałam z figlarnym uśmiechem. Po chwili już oboje lizaliśmy kolorowe kulki w folii.
- Malina afrykańssska? - spytał z zadowoleniem chłopak. Kiwnęłam głową.
- Annie, załatwiła z ostatniej wyprawy. Tylko nie mów kotom, gdzie schowałam sok, co? Bo więcej go nie powąchamy pewnie - oboje uśmiechnęliśmy się porozumiewawczo. - Acha, jak już dostałeś przedpłatę, to nie masz nic lepszego do roboty, nie? Sama z kociarnią nie zostanę, bo jeszcze karetki nie wyrobią - ponownie się zaśmialiśmy. W drzwiach stanął pierwszy z uczniów.
- Ja dobrze, tak? - spytała z zawahaniem, patrząc na Gina. No tak, musiał robić wrażenie na początku...
- Nie bój ssssię, kruszzynko - Gin uśmiechnął się przyjaźnie i niczym wąż wślizgnął się za nią i popchnął delikatnie do przodu. Nie pozostało mi nic, jak ze skrywanym śmiechem przyglądać się, jak chłopak zapędza swoją ofiarę w kozi róg.
<Biedna istotko, pokaż się. Acha, no i czekam oczywiście na resztę klasy, za spóźnienia "w łeb".>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz