Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

środa, 22 lipca 2015

Ganimedes

Sprzątanie i przeogromna chęć niewpadnięcia w kłopoty tak mnie zabsorbowały, że nawet nie zorientowałem się kiedy pokój zaczął lśnić czystością. Nie miałem, więc większego wyboru i z nietęgą miną sięgnąłem po gruby wolumin. Kiedy przechodziłem właśnie z jednego rozdziału na kolejny usłyszałem kolejną burdę. W ciemno mogłem zgadywać, że wywołał ją Izaya i rzeczywiście bym zgadł. Zamknąłem księgę zaznaczając tam gdzie skończyłem aby się temu wszystkiemu nieco przysłuchać. W pierwszym momencie pomyślałem, że ma rację. Ogarnąłem księgozbiór wzrokiem i przeraziło mnie to. Wszystko po chwili ucichło i słychać było tylko pochrapywanie śpiącego chłopaka. Wówczas zarządzono aby podzielić się tym ogromnym zbiorem materiału i przekazywać sobie informacje. W pewnym momencie zorientowałem się, że nie taki Thanatos straszny jak go malują, a z tego wszystkiego wniknęła na pewno jedna dobra rzecz: byłem już teraz pewien, że już nie zgubię się w tym wielkim gmachu szkoły. Liderka Walecznych wparowała jak tajfun i zrobiła niespodziewany test. I tym razem mój lęk był próżny, bo nie tylko wiedziałem, gdzie znaleźć informacje o chimerach, ale także wiedziałem całkiem sporo na ten temat. Wolałem jednak nie wychylać się przed szereg. Pozwoliłem sobie na chwilę ulgi obracając w dłoniach filiżankę z ciemnym płynem. Nigdy wcześniej nie miałem czegoś takiego w ustach, ale dobrze mi to zrobiło. Poczułem przypływ energii chociaż moje wnętrzności wciąż domagały się czegoś do jedzenia. Nie ośmieliłem się o pytać. Praktycznie w tym samym momencie Rengiku postanowiła po raz kolejny pokłócić się ze swoim podopiecznym. Tym razem żarty się skończyły i kazała mu się wynosić. Westchnąłem głośno. Sielanka skończona. Podszedłem do Katii i zapytałem, tym razem bez obaw w głosie. 
- Co teraz będzie…?

<Katia? Ktokolwiek inny z obecnych?>

Rengiku

To chociaż tyle się wyjaśniło. Wstałam i podeszłam do okna.
- Keith, do mnie. W jakiej odległości od szkoły jest tamto auto? - spytałam, wskazując na srebrnego sedana. Chłopak podszedł, chwilę liczył coś, po czym odpowiedział:
- 123 metry plus minus dwa - kiwnęłam głową.
- Zatushi, co ile metrów są rozstawione schody na stadionie? - zaległa chwila ciszy, którą przerwał dopiero Ray.
- Co pięćdziesiąt pięć, szerokie na pięć metrów, główne na piętnaście - wyrecytował nieco znudzonym głosem. - To podstawowa informacja, nie da sie dowodzić innymi bez znajomości topografii - dodał z lekkim wyrzutem.
- I dlatego właśnie nie mam zamiaru ryzykować życia podległych. Won! - wskazałam sztywną ręką na drzwi.
- Słucham?! - chłopak wydawał się być zdziwiony, że 'miałam czelność krytykować wielkiego wojownika'.
- O, i jeszcze głuchy - na monitorze pojawił sie Earl, tachający jakieś pudła. - Ignorancja jest niewybaczalna, ale niesubordynacja podlega już pod sąd polowy - zaśmiał się sucho.
- Ty sobie chyba żartujesz! Na co niby miałyby mi takie pierdoły być potrzebne, co?
- Na to, szczeniaku, żeby potem być w stanie cokolwiek zrobić. Myślisz, że zawsze na ciebie poczekają, aż sobie wszystko pooglądasz? Powinieneś znać na pamięć wszystko i po ciemku, pijany i z obtłuczonymi żebrami potrafić wszystko znaleźć bez chwili zawahania. Nie mówiąc już o walce w każdych warunkach, czy szpiegowaniu kogokolwiek w absolutnej ciszy. Ren, skąd ty wytrzasnęłaś takiego pajaca, co? - widziałam po Earlu, że gdyby był na miejscu, szkolne klepsydry powiększyły by się o tę jedną. Nie dziwiłam mu się. W końcu na co dzień ledwo uchodził z życiem mimo największej ostrożności.
- Jak już mówiłam, albo stąd wypieprzasz, i to w podskokach, albo ja ci pomogę w tym procederze. Moi ludzie to nie twój poligon doświadczalny 'uda się, albo nie uda'.

<Izaya?>

Keith

Upiłem łyk mocca late, przygotowanej przez Rengiku. To chyba najlepsza kawa, jaką piłem w całym swoim życiu. Potem każdy z nas krótko zreferował liderce informacje, które sobie przyswoił.
- Nieźli są - odezwał się ktoś po drugiej stronie tabletu.
- Powiedzmy - odparła Rengiku.
Gdy wypowiadała to słowo, do naszych uszu doleciał dźwięk, przypominający ziewanie. Oczy wszystkim przeniosły się na kanapę. Izaya właśnie przeciągał się i ziewał jednocześnie.
- Dzień dobry, śpiąca królewno - przywitała go Ren.
W jej głosie było słychać nutkę irytacji. Chłopak nic nie odpowiedział, tylko rozsiadł się na wygodnej sofie. Spojrzałem na Katię. Ta wzruszyła lekko ramionami. Ja cicho westchnąłem.
- Skoro już nasza księżniczka raczyła nas zaszczycić swoim towarzystwem, możemy zrobić mały test. Zaczniemy od szybkiego wyszukiwania informacji - kąciki jej ust uniosły się nieznacznie ku górze.
Na słowo 'test' wszyscy zesztywnieliśmy.
- Keith, informacje na temat Izayi - powiedziała niedbale.
Od razu podszedłem do półki, przy której kilkanaście minut wcześniej tkwił Ganimedes. Przejechałem palcem po kartach i już po dosłownie paru sekundach odnalazłem odpowiednią kartę.
- Tutaj - oznajmiłem triumfalnie.
Kiwnęła tylko głową.
- Katia, tajne przejścia przy wejściu głównym, ilość.
Dziewczyna błyskawicznie podeszła do odpowiedniego regału i z najniższej półki wyciągnęła kartę. Przyglądała się jej przez chwilę, po czym odpowiedziała:
- Dwa.
- Poprawnie. Ganimedes, informacje o chimerze - mówiła dalej.
Chłopak przeciągnął palcami po książkach, a potem wyciągnął jedną z nich.
- I na koniec, śpiąca królewna - usłyszałem cichy chichot na skypie. - Ukryte bronie w sali przystosowania magicznego.
Obserwowaliśmy Izayę. Jego kamienny wyraz twarzy nie wyrażał żadnych emocji. Chyba tylko z obowiązku, wstał i podszedł do losowej półki. Wyciągnął przypadkową kartę.
- Wiesz, tego z pewnością nie znajdziesz w biografii profesora Nemu - stwierdziła Rengiku. - Oblany.

<Rengiku, Katia, Ganimedes, Izaya?>

Katia - zadanie (z Keithem)

 S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
  Keith- S+W Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa


 Post 5 - Katia
Odetchnęłam z ulgą, gdy wreszcie znaleźliśmy się w cichym, przytulnym pokoju. Miałam dość tłumów, gwaru, nadmiaru zalewających mnie emocji, a przede wszystkim poczucia, że wszyscy uważnie śledzą każdy nasz ruch. Keith też wyraźnie się rozluźnił i jakoś tak mimochodem objął mnie ramieniem.
- Na pewno nic Ci nie jest? – zapytał – Zużyłaś dziś sporo energii, a potem jeszcze ten drań…. – urwał, a mnie zalała fala troski i tlącej się wciąż w chłopaku złości.
- Naprawdę już wszystko jest w porządku – powiedziałam łagodnie, ale widziałam, że nie jest przekonany, więc szybko zmieniłam temat – Dowiedziałeś się czegoś ciekawego od wojowników?
Keith skinął głową, a przez następną godzinę opowiadaliśmy sobie zasłyszane informacje, obserwując pogrążoną w ciemności wioskę za oknem i próbując ustalić jakiś sensowny plan działania. W końcu uznaliśmy, że najlepiej będzie jak jutro wszyscy mężczyźni i chłopcy powyżej dwunastu lat wezmą udział w treningu walki, a na koniec dnia Keith wybierze spośród nich najlepszych dziesięciu by poszli wraz z nami w góry Arak. Reszcie ten trening mógł się przydać i bez wyprawy, bo w razie gdyby ktoś zaatakował wioskę powinni umieć ją obronić. To samo tyczyło się zresztą kobiet, które w tym momencie były całkowicie bezbronne i zdane na łaskę Eskrawy. Postanowiłam, że rano zabiorę je do lasu na małą lekcję ziołolecznictwa, a po południu nauczę je strzelać z łuku. Nie przepadałam wprawdzie za używaniem broni i walką wręcz, ale wiedziałam, że im te umiejętności są teraz bardzo potrzebne.
- Żal mi tych ludzi – wbijając wzrok w jakiś punkt za oknem – Z tego, co mówili wynika, że Eskrawe nie daje im spokoju już od dłuższego czasu. Stracili już nadzieję na normalne, spokojne życie.
- Nie martw się, to już niedługo się skończy – powiedziałam łagodnie – Pomożemy im i odzyskamy magiczne stworzenia. A ten drań zapłaci za wszystko.
- Oby tak było… - wymamrotał mój towarzysz.
Odwrócił się od okna i zrobił kilka kroków w głąb pokoju, a ja z niepokojem zauważyłam, że słania się ze zmęczenia. W pewnym momencie musiał nawet podeprzeć się o blat stolika żeby nie stracić równowagi.
- Keith wszystko w porządku? – Zapytałam, podchodząc do niego szybko.
- Tak, to nic… - wymamrotał – Zaraz mi przejdzie.
Nie byłam, co do tego przekonana.
- Musisz odpocząć – powiedziałam stanowczo i delikatnie pociągnęłam chłopaka w stronę łóżka.
Keith bez protestów ułożył się wygodnie na materacu i niemal natychmiast odpłynął. Przycupnęłam na skraju łóżka i w zamyśleniu ogarnęłam śpiącemu włosy z twarzy. Chłopak nawet się nie poruszył, a ja siedziałam przy nim jeszcze przez dłuższy czas. Martwiłam się, że walka, a przede wszystkim kontakt z czarną magią zabrały mu zbyt wiele energii albo zrobiły coś jeszcze gorszego. Niby nie miałam powodów do obaw, sama go przecież leczyłam, ale mimo to gryzł mnie dziwny niepokój i nie mogłam się zmusić do zaprzestania czuwania. W końcu zapadłam w sen, wciąż przycupnięta na skraju łóżka Keitha z głową opartą o ścianę zbitą z drewnianych bali…

<Keith?>

Rengiku

- Szukać dalej tu, czy znaleźć inne miejsce? - kolejne inteligentne pytanie od inteligentnych ludzi.
- Róbcie, co chcecie, bylebyście mi nie przeszkadzali - stwierdziłam beznamiętnie i wyszłam. Ja nie wiem, jeszcze chwila i będę wysłuchiwać pytań "Powinienem się podetrzeć, czy od razu naciągnąć gacie?". Wyszłam w biblioteki i przeszłam skrótem na czwarte piętro, a potem na strych. Nie odczuwałam potrzeby maskowania się, toteż najpierw wyładowałam resztki wściekłości na pancernych drzwiach.
Gdy weszłam, pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to absolutny brak kurzu. A poza tym, śpiący cieć na MOJEJ kanapie.
- No dobra, po pierwsze: kto tu sprzątał? - spytałam, nie pozbywając się jeszcze do końca agresywnej nuty. Mój błąd.
- J-ja - rękę podniósł blondyn, który gdzieś już mi się wcześniej przewinął.... Ganimedes. Wyglądał, jakby rozwarzał, czy musi uciekać, czy jednak jak się tylko rozpłacze, to wystarczy.
- Nie wiem, jak tu sprzątałeś... ale jak będzie ci się nudziło, to możesz wbijać do mnie nawet bez pukania - stwierdziłam lekko i na szczęście to podziałało. - No, tylko mi zostaw akwarium w spokoju, bo w pięć minut wszystko odmulisz, a ja potem nie będę miała zajęcia dla siebie. Po drugie, klucze znalezione? - spytałam i odpowiedziało mi zdawkowe kiwnięcie dwóch głów. - A po trzecie, kto temu menelowi pozwolił wleźć na moją kanapę, w dodatku z butami? Bo jak rozumiem już wszystko przeczytał, wszystko wie i mu jeszcze czasu zostało, więc to z tego przemęczenia - tu nie zamierzałam być taka miła. A jako, że odpowiedziała mi głucha cisza zmącona wymownym chrząkaniem, sięgnęłam po starą, sprawdzoną metodę. - Dobra, ktoś tu umie robić Mocca Latte, czy ja się muszę grzebać?
- Ja odpadam, nie pijam kawy - od razu stwierdziła Katherina. Jak zwykle, grzeczna, poukładana i od niczego nie uzależniona.
- Ja tylko czarnuchę potrafię - dodał Keith, a na odpowiedź Ganimedesa nawet nie czekałam. Podeszłam do "kuchni", wyciągnęłam trzy highballe żaroodporne, nastawiłam kawę i rozpoczęłam przygotowania. Po jakiś dziesięciu minutach aromat w całym pomieszczeniu był taki, że nawet trupa bez nosa by obudził. Oczywiście, w mojej szklance wylądował, oprócz kawy, lekki rum. Rozsiadłam się w głębokim fotelu przy stoliku i gestem zaprosiłam pozostałą trójkę.
- No, to do czego już doszliście? - spytałam, biorąc pierwszy łyk, po czym rozłożyłam tablet na stole i włączyłam wideorozmowę.

<Wrażenia?>

wtorek, 21 lipca 2015

Keith - zadanie (z Katią)

S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 4 - Keith


Kiedy podszedłem do stolika, mężczyźni właśnie rozmawiali o tym, co w najbliższym czasie uczynił tutaj, jak się domyślałem, Eskrawe.
- To już przechodzi ludzkie pojęcie! Temu draniowi nigdy nie jest mało... - mówił jeden z nich.
 Reszta przyklasnęła mu. Wszyscy byli tak samo wściekli i poirytowani. Uznałem wiec, że to dobry moment, by wkręcić się do rozmowy.
- Czy to znaczy, że było więcej ataków? - zapytałem.
Najpierw trochę się obawiałem, że wyrzucą mnie albo będą milczeć. Jeden z nich zilustrował mnie wzrokiem. Nie dałem po sobie poznać, jak bardzo martwi mnie ten gest.
- Chłopcze, chyba nie zdołam ich zliczyć. Ukradli już prawie wszystkie magiczne stworzenia. Ci, którzy jeszcze cudem mają jakieś, trzymają je głęboko ukryte w zakamarkach swojego domu i nie mówią o tym nawet najbliższym znajomym - odezwał się.
- Dokładnie, nikt nie chce być bity ani zastraszany - odparł z pogardą drugi.
- Często tu bywają? - pytałem dalej, póki jeszcze mogłem.
- Praktycznie codziennie jest jakiś atak. Przybywają najczęściej w trzech. Wtedy łatwiej im wyciągnąć informacje - odpowiedział mi jeden z nich.
- Nie ma nikogo, kto by im się sprzeciwił? - rzekłem.
- Ci, co się odważyli, mokną właśnie na deszczu, bo nie mają gdzie mieszkać. Jak można nie mieć honoru i w nocy podpalać czyjś dom? - w jego głosie było słychać wściekłość, a co gorsze bezsilność.
- A wiecie przynajmniej, kto jest sprawcą tych ataków?
- Mówią na niego Eskrawe - to imię wypowiedział ze wstrętem. - Koleś macza palce w czarnej magii. Jest zbyt potężny, by ktokolwiek mógł go pokonać.
- A co z jego ludźmi? - dopytywałem dalej.
- Uważają się za niezwyciężonych, bo mają u boku tego... - powstrzymał się od użycia przekleństwa - Nie są tak silni, jak on, a przynajmniej nie pod względem magii. Siły za to im nie brakuje. Bywają bezlitośni, zabijają bez skrupułów.
- I nie możecie z nimi nic zrobić? - zapytałem z lekkim zdziwieniem w głosie.
Jeden z nich popatrzył na mnie wzrokiem pełnym nienawiści, wściekłości, pogardy, ale i bezsilności, bezradności, zwątpienia. Położył mi rękę na ramieniu, lekko o nie uderzając i powiedział:
- Chłopcze, my wszyscy tutaj mamy dom na utrzymaniu, żonę, dzieci do wykarmienia. Nikt z nas nie rzuci się w beznadziejną walkę. Nasze umiejętności nie są aż tak doskonałe. Z pewnością byśmy zginęli. Nie mamy wyboru.
Był przybity. Choć starał się nie okazywać swoich emocji, widziałem, że czuł się z tym źle. Zbójcy, nic nie warci ludzie, dla których liczy się tylko zysk, odbierali mu honor, sprawiali, że czuł się bezsilny. Zacząłem im współczuć, a w moim sercu obudziła się, większa niż zawsze, chęć pomocy. Już miałem się odezwać, dodać im otuchy, wlać w ich serca nadzieję, ale usłyszałem trzask otwieranych drzwi. Wszystkie rozmowy ucichły. Mężczyzna widocznie siał tu postrach. Postanowiłem nie wyróżniać się z tłumu. Skuliłem się, naśladując wojowników, siedzących ze mną przy stole i obserwowałem dalszy rozwój wydarzeń. Na początku było w porządku, żadnych awantur, lecz gdy mężczyzna zatrzymał się przy Katii, serce podskoczyło mi do gardła. Przeraziłem się jeszcze bardziej, kiedy usłyszałem jej krzyk. Podniosłem się momentalnie z miejsca, ale poczułem szarpnięcie za rękaw. Usiadłem mimo woli.
- Zwariowałeś, młodzieńcze? Życie ci niemiłe? Nic już nie możesz zrobić - powiedział ostro jeden z wojowników. Ten sam, który odpowiedział na moje ostatnie pytanie.
- Nie będę siedział i się gapił, jak krzywdzi moją bezbronną siostrę - odparłem dosadnie.
 Potem wstałem i niezrażony gabarytami mojego przeciwnika, wskoczyłem na stół.
- Nie wstyd ci tak krzywdzić bezbronne niewiasty? - zapytałem donośnym głosem.
 Mężczyzna odwrócił się, a potem soczyście zaśmiał.
- A ktoś ty? - odparł, wyraźnie rozbawiony. Już mnie lekceważył. Cóż, jego błąd.
- To nie istotne. Puść ją i zmierz się z kimś równym sobie. Inaczej gorzko pożałujesz - powiedziałem stonowanym, ale pewnym głosem.
- Czy ty rzucasz mi wyzwanie? Taki knypek jak ty? Myślisz, że masz ze mną szanse? Śmieszny jesteś. Będę robił to, co mi się podoba - odparł, śmiejąc się.
Potem ścisnął Katię za rękę. Ta pisnęła cicho. Tego już było za wiele. Wyciągnąłem schowaną za paskiem saksę. Żałowałem, że nie miałem przy sobie łuku. Już miałem się rzucić na mężczyznę, ale o to wpadł mi do głowy inny pomysł. Nie mogłem skrzywdzić Katii. Musiałem ją najpierw odciągnąć od napastnika. Zacząłem się rozglądać. Kiedy zerknąłem do góry, zauważyłem sterczące belki, podtrzymujące strop. Nie były bardzo grube, a znajdowały się dość nisko. Wystarczyło tylko skoczyć. "To jakbyś się huśtał na gałęzi" pomyślałem. Agresor stał odwrócony plecami do mnie. Teraz albo nigdy. Oddałem skok, przytrzymałem się drewna i uderzyłem w prawy bok mężczyzny. Miałem nadzieję, że pod wpływem oszołomienia po prostu zwolni uścisk lewej ręki, a dzięki temu Katia się wyswobodzi. Stało się tak, jak przewidziałem. Facet runął jak długi na ziemię.
- Odejdź w kąt! - krzyknąłem.
Puściłem się belki, licząc na to, że stanę na równych nogach, ale niestety, tak się nie stało. Niefortunnie trafiłem stopami sam koniec niewielkiego stołu. Nie był aż tak wytrzymały, jak mógłbym się spodziewać. Mój ciężar sprawił, iż mebel się przewrócił, a ja razem z nim. Katia od razu pobiegła do mnie.
- Nic ci nie jest? - zapytała.
- Nie przejmuj się mną. Idź po mój łuk i kołczan, prędko - nakazałem jej.
Dziewczyna od razu wykonała moje polecenie. Lewy bok bolał mnie niemiłosiernie. Postanowiłem jednak zdusić w sobie ten ból. Dałem radę się podnieść i przyjąłem pozycję bojową. Podejrzany mężczyzna dopiero podnosił się z podłogi. Był wściekły. Od razu wyciągnął nóż. Odetchnąłem z ulgą, że to nie miecz. Wówczas byłoby mi o wiele trudniej.
- Ze mną się nie zadziera. Chciałem ci odpuścić twoją wcześniejszą zuchwałość, ale przesadziłeś. Teraz z chęcią przeszyję tym twoje serce - powiedział grubym głosem, wskazując na broń, którą dzierżył w ręce.
Nie podszedłem do niego. Chciałem, by to on wykonał pierwszy ruch. Nie musiałem długo czekać. Mężczyzna zamachnął się nożem. Zrobiłem unik i z całej siły kopnąłem go w bok, na który upadł. Ten skulił się. Teraz to ja postanowiłem zaatakować. Pchnąłem saksę do przodu, ale mój atak od razu został sparowany. Przez chwilę wymienialiśmy się ciosami. Manewrowałem bronią w taki sposób, by zmusić przeciwnika do wykonania konkretnego pchnięcia. Celowo odsłaniałem swoje lewe biodro. Po kilkunastu sekundach napastnik zamachnął się i wycyrklował w nieosłonięte miejsce. Na to czekałem. Wykonałem unik. W czasie obrotu umieściłem saksę w lewej ręce. Następnie wolną dłonią chwyciłem mężczyznę  go za nadgarstek i z całej siły popchnąłem do przodu. Ten po raz kolejny leżał na deskach.
- Nie doceniasz mnie - powiedziałem spokojnie.
Mój przeciwnik podniósł się szybko. Twarz czerwieniała mu z wściekłości. Od razu się na mnie rzucił. Odskoczyłem, ale trochę za późno. Ostra cześć jego noża drasnęła mnie w bok. Naparł na mnie z taką szybkością, że straciłem równowagę. On z kolei wpadł na krzesło. Teraz obydwaj zaliczyliśmy, już po raz kolejny, bliskie spotkanie z drewnianą podłogą. Nie byłem w stanie się podnieść. Mój przeciwnik niestety tak. Niepewnie stawał kroki, ale z każdą sekundą był coraz bliżej i bliżej. Nie mogłem nawet użyć mocy pyrokinezy. Po pierwsze byłem zbyt osłabiony, a po drugie, bałem się, że podpalę gospodę, jeśli źle wyceluje. "To koniec" przeszło mi przez głowę.
- Keith! - usłyszałem krzyk mojej towarzyszki.
Odwróciłem głowę w tamtą stronę. Łuk i kołczan leciały w moim kierunku. Szybko je chwyciłem. Rzut Katii okazał się idealny. Adrenalina tak bardzo opanowała moje ciało, że zapomniałem o bólu. Błyskawicznie nałożyłem strzały. Nie było czasu, by aktywować celownik. Musiałem zdać się na swój instynkt. Wycelowałem i wypuściłem pocisk. Ten zdawał się lecieć jakby w zwolnionym tempie. Zbliżał się do ręki napastnika. Wstrzymałem oddech. Grot strzały idealnie musnął wszystkie palce mężczyzny, które trzymały rękojeść noża. Usłyszałem szczęk metalu, upadającego na deski. Odetchnąłem z ulgą i natychmiast wypuściłem drugą strzałę. Ta lekko rozcięła jego łydkę. W między czasie Katia kopnęła porzuconą broń agresora pod jeden ze stołów. Ja odetchnąłem z ulgą. Nie miałem już sił, by wycelować kolejny raz. Na szczęście mój przeciwnik zrozumiał, że nie ma już szans i rzucił się do ucieczki. - Jeszcze cię dorwę. Zadarłeś z niewłaściwą osobą - wysyczał i szybko wypadł za drzwi. Kiedy te się zatrzasnęły, moja towarzyszka podeszła do mnie. Najszybciej jak mogła, wyleczyła wszystkie moje obrażenia. Byłem trochę obolały, ale przynajmniej mogłem się podnieść. Od razu rzuciłem się dziewczynie na szyję. Nie wiem dlaczego. To był odruch.
- Nic ci nie zrobił? - zapytałem troskliwie.
- Nie, dzięki tobie - powiedziała cicho.
Oderwałem się od niej i uśmiechnąłem.
- Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło.
Nagle poczułem na sobie tysiące spojrzeń. Odwróciłem się. Cała gospoda wlepiała we mnie wzrok. Po chwili oczekiwania rozległy się brawa. Postanowiłem wykorzystać ten moment. Stanąłem na jednym ze stołów. Uniosłem ręce, by uciszyć ten wrzask.
- Moi drodzy, jak widzicie, nikt nie jest niezniszczalny. Nie istnieją ludzie, których nie można pokonać. Najgorsze, co możecie zrobić, to dać się zastraszyć. Jest wśród was tylu rosłych mężczyzn, którzy z pewnością, wspólnymi siłami poradziliby sobie z tym osiłkiem - zrobiłem krótką przerwę. - Ale nikt nie kiwnął palcem. Wszyscy siedzieliście na swoich miejscach. Gdyby mnie tu nie było, nawet nie chcę myśleć, co stałoby się z moją siostrą. A co jeśli na jej miejscu byłaby wasza żona lub córka? Czy i wówczas nie bronilibyście jej?
Gdy to usłyszeli, zwiesili głowy. Było im wstyd. Kontynuowałem dalej.
- Nie możecie dawać sobą tak pomiatać. Musicie się przeciwstawić, walczyć o swój honor.
- Ale jak? Przecież nie umiemy. Poza tym, gdzie nauczyłeś się tak posługiwać bronią? - przerwał mi któryś z mężczyzn.
Spojrzałem na Katię, a ta skinęła głową. Już czas, by ujawnić nasz cel.
- Lata ćwiczeń i nauki pozwoliły mi zdobyć te umiejętności. Nie jestem zwykłym podróżnym. Wraz z moją siostrą dostaliśmy polecenie schwytania Albiona Eskrawe. Nie uda nam się to jednak, jeśli nam nie pomożecie. Proponuję umowę. Ja nauczę kilku wybranych mężczyzn, w jaki sposób walczyć, a moja siostra przekażę nieco swojej wiedzy kobietom z waszej wioski na temat leczenia. Wy powiecie mi wszystko, co wiecie o Eskrawe i jego ludziach oraz w razie potrzeby, pomożecie mi w schwytaniu go. Umowa stoi? - zakończyłem swoją przemowę.
Zapadła cisza, nikt nawet nie śmiał się odezwać. Wreszcie mężczyzna, który próbował mnie powstrzymać przed wdaniem się w bójkę, wstał, spojrzał na mnie ze świeczkami w oczach i rzekł:
- Przywróciłeś mi nadzieję w normalne, spokojne życie. Podziwiam cię za twą odwagę i upór, wojowniku. Zrobię wszystko, o cokolwiek mnie poprosisz.
Uśmiechnąłem się i skinąłem głową w podziękowaniu. W końcu dołączyli do niego inni, aż wreszcie cała gospoda wstała z miejsc.
- Dziękuję wam za zaufanie. Jutro o godzinie 7 wszyscy chętni stawią się w gospodzie, o ile jej właścicielka wyrazi na to zgodę - powiedziałem.
- Oczywiście, zgadzam się - odparła.
 - Świetnie, do zobaczenia - odezwałem się na koniec.
Potem razem z Katią wróciliśmy do pokoju, by tam wymienić się informacjami oraz wrażeniami.

<Katia?>

Silyen

Szliśmy korytarzem w zupełnej ciszy. Rengiku prowadziła. Całe szczęście, bo z pewnością zgubiłbym drogę ze sto razy, zanim dotarlibyśmy do biblioteki. Kiedy plątaniną korytarzy dotarliśmy w końcu na miejsce, liderka otworzyła szybko drzwi i od razu podeszła do Seo oraz Hirokiego. Stali oni teraz przy jednym z regałów. Wyglądali na trochę przestraszonych, ale prawdopodobnie zaniepokoił ich dźwięk otwieranych wrót.
- Dajcie ten pierścień - rozkazała, nie tracąc czasu na zbędne powitania.
Seo szybko, ale ostrożnie podała Rengiku jedwabną chusteczkę. Liderka nie chciała tracić czasu na zbędne oglądanie znaleziska. Od razu skierowała się do wyjścia.
- Co mamy teraz robić? Szukać dalej tu, czy znaleźć inne miejsce? - zapytałem, zanim jeszcze przekroczyła próg.

<Rengiku?>

Strony