Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 sierpnia 2015

Keith - zadanie (z Katią)


S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 8 - Keith
Zacisnąłem pięści. Nie chciałem, żeby pomyślała, że jej nie ufam. To nie tak. Przecież ja tylko bałem się o nią. Z drugie strony domyślałam się, co stanie się ze mną, kiedy Katia aktywuje medalion, by potem spróbować go opanować. Miotałem się z myślami. W końcu spojrzałem jej w oczy. Było w nich tyle zapału, upartości, a jednocześnie coś, co pchało mnie w przepaść uległości. Westchnąłem ciężko, spuszczając głowę.
- Dobrze, zgadzam się, ale jeśli nie wrócisz w przeciągu dwóch godzin, przerywam marsz - powiedziałem.
Zawahała się, jednak po chwili kiwnęła.
- Uważaj na siebie - rzekłem z troską, po czym nacisnąłem klamkę.
Zszedłem szybko na dół po schodach. Na zewnątrz czekała już na mnie cała dziesiątka. Byli tak zajęci dyskusją, że nawet mnie nie zauważyli. Uśmiechnąłem się pod nosem. "Niczym przekupki na targu" pomyślałem. Włożyłem palce do ust i gwizdnąłem. Gwar natychmiast ucichł, a ja przybrałem poważny wyraz twarzy.
- Panowie, na początku małe ostrzeżenie. Dobrze wiecie gdzie i po co się wybieramy. Może być niebezpiecznie, więc oczekuję, że będziecie wykonywać wszystkie moje rozkazy bez mrugnięcia okiem. Niesubordynacji nawet nie bierzcie pod uwagę. Jeśli ktoś chce się wycofać, niech lepiej zrobi to teraz. Gdy wyruszymy nie będzie już odwrotu. Więc? - skończyłem wstępne przemówienie.
Dziesięciu mężczyzn dumnie wyprężyło piersi, stając na baczność. Żaden nie odważył się nawet drgnąć. Cieszyłem się, że miałem tak waleczny oddział.
- Dziękuję za zaufanie. Spocznij! - uśmiechnąłem się lekko. - Będziemy szli w zwartym szyku. Na przodzie Nick i Jack, potem ja oraz Katia. Następnie...
- Przepraszam, gdzie podziała się panienka? - przerwał mi ktoś.
- A, tak. Moja siostra ma do załatwienia pewną sprawę. Dotrze do nas w przeciągu godziny bądź dwóch - wyjaśniłem, po czym kontynuowałem:
- Jak mówiłem, następnie w kolejności Paul, Garth, Daren, Fred, Sam i Luke. John, Christopher, będziecie nas ubezpieczać z tyłu z tarczami w ręku. Teraz kilka komunikatów na temat samej wyprawy. Będziemy szli w stronę gór Aral. Ze sprawdzonego źródła dowiedziałem się, że tam właśnie przebywa Eskrawe. Kiedy już uda nam się znaleźć jego kryjówkę, przydadzą się informacje o liczbie ludzi, jakich ma przy sobie oraz ile zwierząt trzyma w klatkach. Na razie tyle - zakończyłem.
Mężczyźni kiwnęli głową. Ja rzuciłem jeszcze okiem na gospodę. "Oby jej się udało" pomyślałem. Potem odwróciłem się do zgromadzonych, wyprężyłem pierś do przodu i wydałem rozkaz:
- Uformować szyk!
Ustawili się dokładnie tak, jak chciałem, zostawiając wolne miejsce dla mnie i Katii. Stanąłem na odpowiedniej pozycji. Kilka sekund później równym krokiem podążaliśmy w stronę gór. Moje uszy wypełniał dźwięk jedenastu par butów, opadających w tym samym momencie na podłoże. Próbowałem zapełnić nimi każdy centymetr mojego mózgu, ale moje myśli cały czas uciekały w stronę mojej towarzyszki. Wierzyłem głęboko w jej umiejętności. Przecież już kilka razy mi pomogła, stawiając mnie na nogi. Jednak jakąś część mojej duszy przepełniał dziwny niepokój, gdy przywodziłem na myśl momenty, w których na własnej skórze odczułem siłę magii, zamkniętej w medalionie. Tak naprawdę nie martwiłem się, że Katia zrobi coś nie tak, wykona fałszywy ruch, ale że czarna magia przejmie nad wszystkim kontrolę, zbuntuje się. Z zamyślenia wyrwało mnie lekkie szturchnięcie Jacka.
- Keith, ktoś tam jest - oznajmił, po czym wskazał miejsce pod drzewem.
- Sprawdzę to. Najlepiej schowajcie się za zaroślami i niech mi się nikt nie waży wyglądać zza gałązek - nakazałem, po czym ostrożnie wysunąłem się do przodu.
Okolica wydawała mi się dziwnie znajoma. Obserwowałem rozłożyste konary oraz wysunięte na wierzch korzenie. Pod jednym z nich dostrzegłem niewielkie wgłębienie. Wybałuszyłem oczy. Przecież to niemożliwe! To prawie tak, jakbym znalazł igłę w stogu siana. Kiedy usłyszałem kroki, schowałem się za najbliższy pień. Domyślałem się, kto zmierza w moją stronę. Dyskretnie wyjrzałem i moim oczom ukazała się para, która nie dalej jak kilka godzin temu próbowała mnie złapać. Na moją twarz mimowolnie wstąpił uśmiech. Zastanawiałem się, co tu jeszcze robię. Są trzy opcje:
1. Nadal szukają mnie.
2. Nadal szukają medalionu (och, jaka szkoda, że nigdy go nie znajdą).
3. Eskrawe ich wygnał i teraz kręcą się bez celu po lesie.
Nie wiedziałem, który wariant jest poprawny, ale mimo to miałem plan. Wróciłem czym prędzej do reszty drużyny.
- I co? Kto to jest? - zapytał Sam.
- Ludzie Eskrawe. Są tylko we dwójkę. Panowie, potrzebuje trzech ochotników. Jeden musi się nieźle wspinać na drzewa i być nieźle wygadany - uśmiechnąłem się przebiegle.
- To może ja - odezwał się Garth.
Kiwnąłem głową. Po chwili dołączyli do niego jeszcze Paul oraz Nick.
- Więc plan jest taki... - zacząłem.
~*~*~*~
Siedziałem spokojnie w krzakach, czekając na rozwój wydarzeń. Wpatrywałem się w pobliskie drzewo. Niedługo potem na jednej z jego gałęzi dostrzegłem Gartha, który uniósł dłoń do góry, po czym stanął na grubym konarze.
- Panowie - krzyknął do dwóch rzezimieszków - czyżbyście się zgubili? - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Patrz, to ten facet z wioski - usłyszałem cichy szept. - Jasne, może byś zszedł i pokazał nam drogę - zawarczał jeden.
- Wiecie, tu na górze jest całkiem wygodnie. Eskrawe poskąpił wam mapy? Ach, zapomniałem, że takim pieskom jak wy on nie rzuca nawet okruszka chleba pod nogi - zaśmiał się.
"Odważnie sobie poczyna. Tym lepiej. Szybciej wpadną w szał" pomyślałem z radością.
- Ty... Jak śmiesz się tak do nas zwracać?! Zejdź tu tylko, a pożałujesz - odgrażał się blondyn.
- Możecie tu sterczeć nawet do rana. Mnie tu wygodnie - powiedział z lekkością wojownik, po czym rozłożył się wygodnie na konarze tak, jakby to było posłanie.
- Ja ci zaraz pokażę - brunet zaczynał się już denerwować.
Podniósł kamień z ziemi i cisnął nim w Gartha, ale oczywiście chybił.
- Widzę, że brakuje ci tak samo celności jak i rozumu - odparł z lekceważeniem.
Po chwili kolejne odłamki poleciały w stronę wojownika. Ten udawał tylko, że ziewa, czym jeszcze bardziej rozwścieczał towarzystwo. W końcu wstał z uniesionymi rękami.
- Dobra, dobra, już zejdę, spokojnie - oznajmił, po czym z niebywałą gracją zszedł z drzewa.
Przyparł do pnia, nadal trzymając ręce w górze. Zobaczyłem, jak blondyn wyciąga drewnianą pałkę.
- No, to teraz dostaniesz za swoje - uśmiechnął się szyderczo.
Skinąłem głową do Paula i Nicka, ukrytych w krzakach po mojej lewej oraz prawej stronie. Ludzie Inkwizytora byli tak zajęci, a my poruszaliśmy się tak cicho, że nawet się nie odwrócili.
- Obawiam się panowie, że trochę się pospieszyliście - powiedział spokojnie, a gdy jego wzrok przeniósł się na mnie, kąciki ust powędrowały mu ku górze.
Dopiero wtedy awanturnicy radzili na nas spojrzeć, ale było już za późno. Strzała z mojego łuku wymierzona była prosto w pierś bruneta.
- Znowu się widzimy, już po raz trzeci - przywitałem się z nimi. - Lepiej odłóżcie broń, bo jeszcze zrobicie komuś krzywdę - nakazałem.
- Niech cię piekło pochłonie, młokosie. Myślisz, że Lorcan Fill da się tak po prostu złapać - wysyczał brunet.
- Więc wreszcie dane mi było poznać twoje imię - uśmiechnąłem się.
- Muszę cię rozczarować, jesteś w błędzie - powiedział.
Potem wszystko potoczyło się zbyt szybko. Lorcan popchnął blondyna w moją stronę. Nie zdążyłem uskoczyć. Następny był Garth, którego olbrzym po prostu trącił ramieniem z całej siły. Zamieszanie było tak duże, że mężczyzna zdołała uciec. Nick i Paul chcieli za nim pobiec, ale ich zatrzymałem.
- Nie ma sensu. Zostawcie go. Zajmijcie się lepiej tym tu - poleciłem.
Jeden z wojowników związał blondynowi ręce, a ja pomogłem się podnieść z ziemi Garthowi.
~*~*~*~
- Jak się nazywasz? - to było pierwsze pytanie, które zadałem.
- Aiden Turner - przedstawił się.
- Gdzie chowa się Eskrawe?
Odpowiedziało mi milczenie.
- Mam powtórzyć? Gdzie jest kryjówka Eskrawe? - mój głos był stanowczy, ale nie podniesiony.
- Jesteś głupi, jeśli myślisz, że cokolwiek ci powiem. Po moim trupie! - splunął na ziemię.
- To może inne pytanie, ilu ludzi ma do dyspozycji?
Nadal nic... Jak grochem o ścianę. Zacząłem krążyć wokół mężczyzny. Nie lubiłem stosować się do radykalnych rozwiązań, ale musiałem spróbować. Wyciągnąłem strzałę z kołczanu, po czym zatknąłem ją na łuku i przyłożyłem bardzo ostrożnie do pleców blondyna. Nie chciałem nic mu zrobić, broń Boże! Aiden napiął się niczym struna. Usłyszałem, jak przełyka ślinę, a jego oddech staje się coraz szybszy.
- Więc? - wyszepnąłem blisko jego ucha.
- Teraz dziesięciu - odpowiedział z nutką przerażenia w głosie.
- A ile zwierząt tam trzyma?
- Koło trzydziestu - odezwał się.
- Grzeczny chłopiec - powiedziałem, po czym cofnąłem grot.
Odetchnąłem z ulgą, chociaż czułem się trochę winny. Zerknąłem na zegarek. Minęło półtorej godziny. "Gdzie jesteś, Katiu?" pomyślałem z żalem. Dziwna gula ugrzęzła mi w gardle, po ciele rozszedł się zimny dreszcz. Spuściłem głowę i potarłem skronie. Nie mogłem popadać w paranoję. Przecież ma jeszcze 30 minut. Wziąłem kilka głębokich oddechów, po czym spojrzałem w kierunku gospody. Zmrużyłem oczy, a potem zaraz je przetarłem. Nie, to na pewno nie złudzenie. Do naszej grupy zmierzała jakaś postać.

<Katia?>

sobota, 8 sierpnia 2015

Katia - zadanie (z Keithem)

 S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
  Keith- S+W Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa
 
Post 8 - Katia
Siedząc przy kolacji w dużej sali jadalnej, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że oczy wszystkich gości nieustannie obserwują każdy nasz ruch. Nie czułam się zbyt pewnie, będąc w centrum zainteresowania, ale to było nic w porównaniu z odczuciami mojego towarzysza. Nie musiałam skupiać się na przesyłanych przez niego emocjach by wiedzieć, że czuje się osaczony i zestresowany, wystarczyło tylko spojrzeć na jego twarz i poprawnie odczytać to, jak wcisnął się w kąt jadalni, odcinając od reszty zebranych. Może i znałam go krótko, ale wiedziałam, że takie zachowanie nie jest dla Keitha zwyczajnym, a ponura mina w połączeniu z nienaturalną małomównością jeszcze bardziej mnie zaniepokoiły.
- Wiem, że już o to pytałam, ale na pewno nic ci nie jest? – odezwałam się nieśmiało.
Chłopak wzdrygnął się lekko, wyrwany z zamyślenia po czym posłał mi zmęczone spojrzenie.
- Sam nie wiem. – mruknął - Chyba potrzebuję świeżego powietrza. Wybacz, ale przejdę się trochę. Nie czekaj na mnie. Połóż się wcześnie, żebyś była jutro wypoczęta – poradził, uśmiechając się blado po czym podniósł się szybko i ze spuszczoną głową wymknął na zewnątrz.
Z początku chciałam iść za nim, by go jakoś pocieszyć, ale zaraz porzuciłam ten pomysł. Przecież byłam dla Keitha prawie całkiem obca, więc moje słowa, a nawet sama obecność zamiast pomóc, mogłaby go po prostu przytłaczać, tak samo jak wieśniaków. Na tę myśl zrobiło mi się dziwnie przykro, a gdy spuściłam oczy na talerz z niedokończoną wieczerzą, uświadomiłam sobie, że straciłam apetyt. Nie ruszyłam się jednak by skorzystać z rady towarzysza i wcześniej się położyć. Zamiast tego wcisnęłam się w kąt sali, skąd miałam dobry widok na drzwi i czekałam.
Dwie godziny później sala całkiem opustoszała, a mnie ogarniał coraz większy niepokój. Powtarzałam sobie, że Keith jest świetnym wojownikiem i potrafi sobie radzić, a w wiosce nic mu nie grozi. Jednak to nie działało, a ja z każdą chwilą martwiłam się coraz bardziej…
Nawet nie wiedziałam, że przysnęłam, dopóki skrzypienie otwieranych drzwi nie postawiło mnie na równe nogi. Byłam oszołomiona i zesztywniała, a w sali panował mrok, ale mimo to bez najmniejszego problemu rozpoznałam stojącego w drzwiach towarzysza.
- Keith! Nareszcie! – zawołałam dziwnie uradowana, podbiegając do chłopaka.
Jednakże uśmiech spełzł mi z twarzy niemal natychmiast, gdy dotarło do mnie, że Keith ledwotrzyma się na nogach.
- Katia… - szepnął, robiąc niepewnie krok w moją stronę, po czym zachwiał się i osunął na kolana.
Momentalnie znalazłam się przy nim i podparłam, przejmując na siebie cały ciężar jego ciała. Delikatnie skierowałam go w stronę schodów, po czym niemal zawlekłam do przydzielonego pokoju bo Keith był tak słaby i obolały, że nie było szans by choćby samodzielnie utrzymał się w pionie. Już w pokoju, łagodnie położyłam chłopaka na łóżku, po czym zabrałam się do sprawdzania odniesionych przez niego obrażeń. Od razu wyczułam, że ma pęknięte żebro, a nawet kilka wewnętrznych ran, plus mnóstwo siniaków. Wodziłam palcami od jednego newralgicznego miejsca do drugiego, lecząc co się dało, uśmierzając ból i przekazując większość swojej energii by mógł szybciej odzyskać siły. Gdy byłam w połowie tej ostatniej czynności, Keith złapał mnie za rękę, powstrzymując działanie magii. Rozproszona i zdezorientowana podniosłam głowę i spojrzałam w twarz towarzysza, na której pojawiły się już lekkie rumieńce.
- Wystarczy – szepnął, gdy nasze oczy się spotkały, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech
- Ale… - zaczęłam protestować, nieprzekonana
- Katiu musisz być jutro w formie – przerwał mi łagodnie – Nie chcę żeby przeze mnie coś ci się stało. Zwłaszcza, że czeka nas dodatkowe zadanie – dodał ciszej.
- O czym ty mówisz? – zapytałam zdziwiona, dając za wygraną – Opowiedz mi co się stało? Kto cię tak pokiereszował?
- Ludzie Eskrawe – wyjaśnił, jak zwykle spokojny – Spotkałem ich w lesie i śledziłem przez jakiś czas, ale potem mnie znaleźli i próbowali zabić bo za dużo wiedziałem…. – urwał, wpatrując się w moją twarz - Wszystko w porządku? Jesteś bardzo blada… Może się położysz, a jutro opowiem ci resztę…?
- Nie, nie! – zaprotestowałam, opanowując emocje. Nie zamierzałam się przyznać, że blada byłam nie ze zmęczenia a z przerażenia… - Opowiadaj dalej. – poprosiłam lekko ochrypłym głosem.
- Udało mi się użyć mocy i wymknąć tym zbirom – kontynuował niechętnie Keith – Jednym z nich był ten drań, z którym walczyłem w gospodzie. Zanim mnie zauważył, rozmawiał ze swoim towarzyszem o Eskrawe i medalionie. Twierdził, że Inkwizytor jest mocno związany z tym amuletem i jeśli ktoś zdejmie z niego osłonę albo go zniszczy to Eskrawe straci kontrolę nad więzionymi stworzeniami, a także całą swoją moc. Poza tym potwierdzili, że Eskrawe ma kryjówkę w górach Aral.
- Dobrze – kiwnęłam głową – Przynajmniej wiemy, że nasza wyprawa ma sens. A tym amuletem zajmiemy się rano. Teraz oboje powinniśmy się położyć.
- Wedle życzenia – uśmiechnął się Keith i niemal na zawołanie zapadł w głęboki sen.
Widząc to, uśmiechnęłam się lekko i sama również wśliznęłam się do łóżka. Jednakże przez dłuższy czas leżałam tylko z otwartymi oczami, ponieważ w głowie roiło mi się od informacji, które musiałam na spokojnie przeanalizować…. W rezultacie udało mi się zdrzemnąć zaledwie godzinę ponieważ równo o świcie obudził mnie Keith...
- Pora ruszać – powiedział gdy już oboje byliśmy zwarci i gotowi. – Na dole na pewno wszyscy już na nas czekają.
- W takim razie idź i zarządź wymarsz zgodnie z tym co wczoraj mi mówiłeś – uśmiechnęłam się.
- Jak to? – chłopak zatrzymał się wpół kroku z ręką na klamce - A ty?
- Ja mam zadanie do wykonania – przypomniałam – Muszę popracować nad medalionem Eskrawe. I to w jakimś ustronnym miejscu na wypadek gdyby coś wymknęło się spod kontroli.
Pod wpływem ostatnich słów Keith spiął się wyraźnie.
- Idę z tobą.
- Nie ma mowy – zaprotestowałam natychmiast.
- Katia, nie pozwolę… - zaczął, ale mu przerwałam
- Wiem, co robię – powiedziałam tak stanowczo, jak chyba nigdy dotąd – Jeśli mi zaufasz, to nie zajmie mi to więcej niż godzinę i dołączę do was zanim na dobre wejdziemy w góry. – przekonywałam, patrząc mu z powagą w oczy.
Miałam nadzieję, że mnie posłucha i się zgodzi bo nie mogliśmy sobie pozwolić na stratę czasu. A miałam świadomość, że jeśli Keith znajdzie się zbyt blisko aktywowanego medalionu, może się z nim stać coś dużo gorszego niż „spadek formy” jak nazwał skutki uboczne odczuwane w domu Chrisa i Alexy...

<Keith?>

czwartek, 6 sierpnia 2015

Keith - zadanie (z Katią)

S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 7 - Keith

Od Christophera nie dowiedziałem się zupełnie nic. Był tak samo niezłomnym wojownikiem jak i rozmówcą. Kilka razy próbowałem pociągnąć go za język, jednak bezskutecznie. Miałem jednak dziwne wrażenie, że chce mi wszystko wyznać, zrzucić z siebie ten wielki ciężar. Jeszcze chwila, a złamałbym go z pewnością, gdyby nie to, że usłyszałem przeciągłe gwizdnięcie. Chris spiął się na ten dźwięk, ale zaraz potem wziął głęboki oddech i powoli wypuszczał powietrze.
- Wyjdź na zewnątrz, to go zobaczysz - powiedział wreszcie ściszonym głosem.
Dosłownie rzuciłem się do drzwi. W stronę Katii oraz Alexandry zmierzał nieśmiało tęczowo ubarwiony feniks. Zaparło mi dech w piersiach. Jeszcze nigdy nie widziałem tak pięknego stworzenia.
- Jest wspaniały... - westchnąłem cicho.
Moja towarzyszka odwróciła się w moją stronę, a ja posłałem jej pełen zachwytu uśmiech. Odwzajemniła go. Wtedy zza moich pleców wyłonił się Chris. Na początku obdarzył karcącym spojrzeniem żonę, ale już sekundę potem spuścił głowę.
- Nie mogliśmy tego ukrywać w nieskończoność, wybacz - powiedziała tak, jakby próbowała się usprawiedliwić.
Mężczyzna podszedł do niej i położył dłonie na jej ramionach.
- Nie, dobrze zrobiłaś. Nie wiem, co sobie myśleliśmy. Opowiedziałaś jej o wszystkim, prawda? - zapytał, a kobieta pokiwała głową.
- Przepraszam, że nie chciałem ci nic wyznać. To było nierozsądne - zwrócił się do mnie.
Wymieniliśmy spojrzenia. Wiedział, że nie mam mu tego za złe. W jakiś sposób nawet go rozumiałem. Ujawnienie takich informacji mogły w przyszłości zagrozić jego rodzinie tym bardziej, że znał mnie zaledwie dwa dni. Odwróciłem wzrok i przeniosłem go z powrotem na feniksa. Nie mogłem się oprzeć, musiałem do niego podejść.
- Uważaj, jest płochliwy - stwierdziła Katia z lekkim uśmiechem.
- W takim razie podejdź ze mną. Znasz się na tym lepiej niż ja - zachęciłem ją i chwyciłem delikatnie za rękę.
Zaczęliśmy powoli zbliżać się do zwierzęcia. Z każdą sekundą czułem się coraz dziwniej. Głowa poczęła mi słabo pulsować. Zatrzymałem się, by złapać trochę powietrza.
- Keith, wszystko w porządku? - usłyszałem jej zmartwiony głos.
Nieznacznie przechyliła się na bok i wtedy je zobaczyłem. Nieodgadnione światło tliło się w sakiewce mojej towarzyszki. Im dłużej się w nie wpatrywałem, tym gorzej się czułem. Po chwili pakunek rozbłysł znacznie. Do moich uszu wdarł się przeraźliwy wrzask. Chociaż sam nie wiem, czy powinienem tak to nazwać. Skierowałem wzrok w stronę feniksa, który teraz wił się na ziemi. Wyglądał na całkowicie osłabionego. Cierpiał... Nie miałem pojęcia, co się dzieje i jak temu zapobiec. Nasilająca się migrena wcale mi nie pomagała. Co mogło wywołać taką reakcję?  Spojrzałem na Katię. Wyglądała na przerażoną. Wiedziałem, że muszę jakoś to przerwać i to natychmiast. Utkwiłem wzrok w sakiewce. Po chwili mój mózg się rozjaśnił. No, tak! Przecież tam jest medalion!
- Odsuń się! - wrzasnąłem, próbując przekrzyczeć głośne dźwięki, wydawane przez biednego feniksa.
Towarzyszka szybko spełniła moją prośbę. W miarę jak oddalała się od stworzenia, ból głowy ustępował. Gdy znalazła się przy drzwiach, zniknął zupełnie. Próbowałem się wyprostować. Na początku zachwiałem się lekko, ale już po chwili wszystko wróciło do normy.
- Alexandro, zaprowadź go proszę z powrotem do kryjówki i uspokój - poleciłem.
Kobieta od razu zajęła się zwierzęciem, a ja pospiesznie podbiegłem do zmartwionej Katii.
- Nie miałam pojęcia, że tak się stanie. Nie chciałam mu nic zrobić, przepraszam... - powiedziała cicho.
W jej głosie dało się słyszeć skruchę i ból. Te uczucia uderzyły mnie, o dziwo, z wielką siłą. Kiedy patrzyłem na nią, czułem się bardzo dziwnie. Uśmiech zniknął mi zupełnie z twarzy. Nie chciałem, by była smutna. Na początku pragnąłem ją po prostu przytulić, ale przypomniałem sobie, że zazwyczaj w takich sytuacjach czuje się niekomfortowo. Położyłem jej więc rękę na ramieniu i zmusiłem, by na mnie spojrzała.
- To przecież nie twoja wina. To wszystko przez ten amulet. Ty nigdy nie zrobiłabyś nikomu krzywdy. Wiem o tym - powiedziałem ciepłym, spokojnym głosem, uśmiechając się lekko.
Ona chwilę milczała, ale potem kąciki jej ust powędrowały lekko do góry.
- Dziękuję - wyszeptała.
- Od tego są bracia - wyszczerzyłem zęby i mrugnąłem do niej, co sprawiło, że stała się bardziej pogodna.
Ucieszyło mnie to. Wolałem, gdy była wesoła. Wówczas także i ja czułem się zdecydowanie lepiej. Zupełnie tak, jakby mój nastrój w jakiś sposób od niej zależał...
- Z tobą już wszystko w porządku? - zapytała z nutką troski.
- Tak, tak. Nazwijmy to chwilowym spadkiem formy - odparłem żartobliwie.
Katia już miała odpowiedzieć, ale podszedł do nas Chris wraz z żoną.
- Co to było? - zapytał mężczyzna nieufnym tonem.
Skinąłem na towarzyszkę, a ta wyjęła ostrożnie naszyjnik z sakiewki.
- To - wskazałem ręką na biżuterię. - Należy do Eskrawe. Nie wiedzieliśmy, do czego służy, aż do teraz... Wybaczcie, że zrobiliśmy mu krzywdę...
Twarz obojga małżonków lekko się rozjaśniła. Wierzyli nam. Odetchnąłem z ulgą.
- Chciałbym wiedzieć, kiedy wyruszamy? - zmienił temat.
- Myślę, że już jutro o 6 rano. Spotkajmy się przy siedzibie dawnej szkoły rycerskiej. Poinformuj pozostałą dziewiątkę, że ma się stawić w pełnym uzbrojeniu - odpowiedziałem oficjalnym tonem.
- Zaraz się tym zajmę - odparł i zaraz zniknął nam z oczu.
- Może wejdziecie i napijecie się jeszcze herbaty? - zaproponowała gospodyni.
- Nie, dziękujemy. Musimy już wracać do gospody i przygotować się do jutrzejszej wyprawy. Jesteśmy wdzięczni za zaufanie, jakim nas obdarzyłaś, pani - skłoniłem się lekko, a potem wraz z Katią wróciliśmy do miejsca naszego noclegu.Po mniej więcej 10 minut dotarliśmy. Na schodach wyprzedziłem moją towarzyszkę i otworzyłem drzwi do pokoju, wpuszczając ją do środka. Ten gest sprawił, że lekko się zarumieniła. Zauważyłem to, mimo iż próbowała to ukryć. Spoczęliśmy na łóżkach. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Widocznie potrzebowaliśmy minuty ciszy na przyswojenie sobie ostatnich wydarzeń.
- On go osłabił - wypaliłem wreszcie.
- Słucham? - zapytała zdezorientowana Katia. Widocznie moje słowa wyrwały ją gwałtownie z jakiegoś równoległego świata.
- Tego feniksa. Amulet go osłabił. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że przejął nad nim kontrolę - wyjaśniłem.
- To bardzo prawdopodobne - odparła po chwili namysłu.
- Wiesz, on zachowuje się jak pies myśliwego - stwierdziłem.
- To znaczy? - posłała mi pytające spojrzenie.
- Najpierw wykrywa ofiary, a potem je osłabia, by pozwolić myśliwemu je schwytać. Im bardziej zbliżałaś się do feniksa, tym jaśniej świecił amulet. Właśnie tak Eskrawe wykrywał wszystkie magiczne stworzenia - odpowiedziałem.
- To ma sens... Tylko co teraz? Jeśli już nie ma go przy sobie to znaczy, że stracił swoje moce i znów jest słaby - stwierdziła Katia.
- A to znaczy, że zdecydowanie łatwiej będzie nam go pokonać - uśmiechnąłem się lekko.
Moja towarzyszka pokiwała głową.
- Musimy jeszcze obgadać jedną sprawę. Chodzi o jutrzejszy dzień. Mamy w ogóle jakiś plan? - spytałem.
- Idziemy w stronę gór. Tam mam nadzieję wytropić byłego Inkwizytora. Możliwe, że właśnie tam ma swoją siedzibę. Gdy już nam się to uda, musimy zorientować się, ilu ludzi ma przy sobie. Potem opracujemy szczegółowy plan ataku oraz uwolnienia wszystkich stworzeń. Musimy być bardzo ostrożni i dbać o to, by nikt nas nie zauważył. To niezwykle ważne dla powodzenia całej misji.
- Całkowicie się z tobą zgadzam. Myślałem trochę nad organizacją całego marszu. W czasie treningu zamieniłem z wojownikami kilka słów i mam już wstępny szkic całego szyku. Z przodu pójdzie Nick oraz Jack. Doskonale znają tamte okolice. Zaraz za nimi my. Potem sześciu dobrze wyszkolonych w walce wojów, a na końcu dwójka pełniących rolę obrońców z tarczami - wyjaśniłem.
- Świetnie, dobrze, że o tym pomyślałeś - uśmiechnęła się.
Już chciałem coś powiedzieć, ale usłyszałem pukanie do drzwi. Gdy się otworzyły, ujrzałem stojącą w nich gospodynię.
- Wieczerza gotowa - oznajmiła i zaraz potem się wycofała.
- Chodźmy więc - powiedziałem, a potem oboje zeszliśmy na dół.
Kolacja minęła nam w dziwnej atmosferze. Może było to spowodowane tym, że dystansowałem się od reszty. Wybrałem miejsce z boku, w kącie. Chciałem uniknąć przytłaczających spojrzeń oraz zyskać przynajmniej cień iluzji, że jestem sam. Jadłem powoli jakby w transie. Pomimo towarzystwa Katii pierwszy raz poczułem się tu obco. Co było tego powodem?
- Wiem, że już o to pytałam, ale na pewno nic ci nie jest?
Jej głos sprawił, że wróciłem na ziemię. Zastanawiałem się, czy skłamać, czy może jednak powiedzieć prawdę. Nie chciałem, by się martwiła. A z resztą, po co miałaby to robić? Przecież znaliśmy się właściwie tylko przelotnie...
- Sam nie wiem. Chyba potrzebuję świeżego powietrza. Wybacz, ale przejdę się trochę. Nie czekaj na mnie. Połóż się wcześnie, żebyś była jutro wypoczęta - uśmiechnąłem się blado, a potem zaraz spuściłem wzrok i wyszedłem. Kiedy w moje policzki uderzył powiew wiatru, czułem, że z moich barków zlatuje ogromny ciężar. Wziąłem głęboki oddech, a potem skierowałem swe kroki w stronę lasu. Zacząłem się zastanawiać, co się ze mną dzieje? Na co dzień przecież tryskałem optymizmem, starałem się zarażać swoim uśmiechem wszystkich dookoła, a teraz? Teraz sam potrzebowałem pocieszenia, towarzysza do rozmowy. Pomyślałem o Nicku. Dlaczego go tu ze mną nie ma? On zawsze wiedział, jak odciągnąć moją uwagę od problemów, wysłuchiwał mnie z uwagą. "A Katia?" przeszło mi przez myśl. Pokręciłem głową. Wiedziałem, że była wrażliwą dziewczyną. Zadręczanie jej moimi "kłopotami" to zły pomysł, a i tak z pewnością bardzo martwiła się o swojego smoka. Nagle moje myśli zeszły na zupełnie inne tory. Myślałem o tym, jaki wpływ wywiera na mnie ten dziwny amulet. Skrzywiłem się, przypominając sobie te wszystkie wizje, własną niemoc oraz tę nietypową migrenę. Co się działo z moim ciałem? Skąd takie gwałtowne reakcje? Przecież wcześniej mi się to nie zdarzało. Wtem dotarło do mnie najstraszniejsze z wielu pytań, które teraz krążyły w mojej głowie: "Czy dam radę się oprzeć tej dziwnej sile?" Wtedy pierwszy raz poczułem, że tracę grunt pod nogami. Zaczynałem się tego bać... Nagle stanąłem jak wryty.
- Daj spokój! Przecież to tylko jeden głupi amulet. Jeden! Skąd możesz wiedzieć, że inne też będą tak na ciebie działać? - wypowiedziałem te słowa na głos, by lepiej wbić je sobie do głowy.
Nagle usłyszałem czyjąś głośną rozmowę. Nie wiedziałem, czy to wrogowie czy przyjaciele, dlatego upatrzyłem sobie pierwszy lepszy krzak i schowałem się za nim. Było już ciemno, więc nie mogli mnie zauważyć.
- Gdzie on zgubił ten przeklęty medalion?! Cholerny Eskrawe... Potrafi się tylko nami wysługiwać - warknął jeden z nich
- Nie gadaj, tylko szukaj! Jeśli wrócimy bez niego, rozerwie nas na strzępy.
Ten głos rozpoznałbym wszędzie. To był ten zbój z gospody! Postanowiłem ich śledzić. Byłem przekonany, że zdobędę dzięki temu cenne informacje. Zerknąłem na drogę, którą podążali. Była pełna jasnych i ciemnych plam. "Bez problemu dam radę podążać za nimi niezauważony" pomyślałem. Wprowadziłem mój plan w życie. Trzymałem ich na dystans, ale tak, by słyszeć każde słowo. Przemieszczałem się między kolejnymi plamami cienia najciszej, jak tylko potrafiłem.
- Przypomnij mi. Dlaczego szukamy tego przeklętego amuletu?! - zaczął znów blondyn.
- Dlatego kmiocie, że jeśli wpadnie w jakieś brudne łapska, cała nasza robota pójdzie na marne. Wystarczy, żeby jakiś niedorobiony mag wpadł na to, by zdjąć z niego osłonę, wtedy moc Eskrawe osłabnie i nie będzie mógł już kontrolować tak tych durnych zwierzątek. A pomyślałeś, co by się stało, gdyby ktoś go po prostu zniszczył, tumanie?!  - warknął jego towarzysz, po czym uderzył go lekko z otwartej po głowie.
- Dobra, nie wściekaj się. Tylko pytałem -  struchlał tamten.
- To nie pytaj! Nie pamiętasz, co mówił ten Inkwizytorzyna?! Jest powiązany z tym całym medalionem i jakiekolwiek naruszenie go spowoduje utratę mocy, a z naszego wynagrodzenia będą nici. Więc zamknij dziób na kłódkę i rób to, co do ciebie należy! - nakazał ciemnowłosy.
Uśmiechnąłem się przebiegle pod nosem. "Będę miał co opowiadać Katii" uradowałem się. Podążałem za nimi dalej, mając nadzieję dowiedzieć się czegoś jeszcze. Byłem bardzo niepocieszony, gdy przez dłuższy czas nie usłyszałem ani jednego słowa, ale nie chciałem zrezygnować. To zadanie było niezwykle ważne. Musiałem to zrobić. Śledziłem ich jeszcze przez kilka dobrych minut, kiedy w końcu blondyn znów odważył się odezwać:
- A jak już ktoś go znalazł, co wtedy?
- To jasne, idioto! Wrócimy w góry Aral i tak pokierujemy tym magiem od siedmiu boleści, że nic nam nie zrobi. Ale lepiej, żebyśmy go znaleźli.
Na mojej twarzy pojawił się grymas szczęścia. Współpracownicy Eskrawe są nieźle wygadani. Na nasze szczęście... Zdałem sobie sprawę, że dowiedziałem się już wystarczająco dużo, więc spróbowałem się oddalić. Wycofywałem się dyskretnie i wtedy usłyszałem szczęk gałązki pod swoimi stopami. Przełknąłem nerwowo ślinę.
- Mamy towarzystwo - oznajmił jeden z nich grubym głosem.
Miałem nadzieję, że mnie nie zauważą, ale w nerwach po prostu nie zauważyłem, iż przede mną rozpościera się gruby konar. Runąłem na ziemię jak długi, jednocześnie zdradzając swoją pozycję. Słudzy Eskrawe dopadli do mnie w mgnieniu oka. Ciemnowłosy podniósł mnie, przyparł do drzewa i przyjrzał mi się uważnie.
- Jednak jest sprawiedliwość na tym świecie - uśmiechnął się złośliwie, po czym uderzył mnie z całej siły w brzuch.
Nie potrafię opisać, jak okropne było to uczucie. Upadłem na kolana, próbując złapać nieco powietrza w płuca. Zanim zdążyłem zorientować się w sytuacji, blondyn kopnął mnie w plecy. Wiedziałem, że już po mnie. Nie wywinę się tym razem. Za pas jak zwykle miałem zatkniętą saksę, ale nie dałem rady nawet po nią sięgnąć. Po chwili zostałem znów przyparty do wysokiego świerka. Brunet zaciskał rękę na moim gardle.
- Jak dużo słyszałeś? - warknął gniewnie.
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego złapałem jego rękę swoją i próbowałem ją odciągnąć. Nagle mnie olśniło. Przecież miałem moc! Zamknąłem oczy i umieściłem się jakby w ochronnej kuli umysłowej. Oczyściłem umysł, by pomimo fizycznego osłabienia móc wytworzyć wiązkę ognia. Skupiłem się maksymalnie. Świat wokół mnie przestał istnieć. Wtem poczułem znajome ciepło na dłoni. Uniosłem kąciki warg ku górze i rozwarłem powieki. Brunet syknął z bólu, a potem mnie puścił.
- Co u diabła! - zaklął, patrząc na delikatnie poparzoną dłoń.
Blondyn był tak zaskoczony, że od razu podszedł do towarzysza, by mu pomóc. Skorzystałem z okazji. Zmobilizowałem wszystkie swoje siły, żeby wstać i zmusić się do biegu.
- Goń go, idioto! - rozkazał brunet.
Mężczyzna rzucił się za mną w pogoń, ale posłałem w jego stronę wiązkę ognia. Prosto pod jego nogi. Momentalnie się cofnął. Skręciłem w lewo, oddalając się tym samym od gospody. Chciałem, by myśleli, że tam właśnie znajduje się moje mieszkanie. Nie byłem pewien, jak długo płomienie będą się tlić, ale wiedziałem, że niedługo. Nagle dojrzałem moje zbawienie. Za krzakami ukrywała się niewielka wyrwa w ziemi, praktycznie niezauważalna w ciemnościach. Od razu do niej wskoczyłem. Okazało się, że mogę nawet wturlać się odrobinę pod jeden z grubych korzeni. Nałożyłem sobie ciemny kaptur na głowę, by być mniej zauważalny. Jakieś pięć minut potem usłyszałem kroki.
- Gdzie on do cholery jest?! - warknął ciemnowłosy.
- Nie wiem, szedł w tą stronę, przysięgam! - zarzekał się blondyn.
- Chodźmy dalej. Pewnie biegnie do domu. Tchórz jeden... - w jego głosie usłyszałem pogardę.
Nie wiem, ile tam siedziałem. Może piętnaście minut, a może godzinę. Musiałem mieć pewność, że mnie nie znajdą. W końcu wstałem, otrzepałem się z ziemi i nadal z kapturem na głowie, ruszyłem w drogę powrotną. Byłem cały posiniaczony. Okropnie bolały mnie żebra oraz brzuch. Czułem, iż zaraz zwymiotuję. Dosłownie słaniałem się na nogach. Wiedziałem jednak, że informacje, które udało mi się zdobyć, okażą się kluczowe dla powodzenia całej misji. Westchnąłem ciężko. Czekała mnie długa droga powrotna do gospody. Na szczęście wiedziałem, w którą stronę się udać. Najdziwniejsze było to, że jedyne, co pragnąłem w tym momencie zobaczyć, to nie łóżko czy ciepłą herbatę, ale Katię, a najlepiej jej uśmiech...

<Katia? ;)>

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Katia - zadanie (z Keithem)

 S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
  Keith- S+W Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa
 
Post 7 - Katia
Wiedziałam, że Keith ma racje i współpraca wieśniaków jest nam koniecznie potrzebna, ale ta ich nieufność nie napawała mnie optymizmem. Skoro nie udało nam się wydobyć od nich informacji po tym jak im pomogliśmy i nauczyliśmy walki czy leczenia, nie było cienia szansy, że gdy zapukamy do ich drzwi tak po prostu nam się zwierzą. Mimo wszystko jednak musieliśmy spróbować…. Nagle przyszedł mi do głowy pewien plan.
- Keith wybrałeś już ludzi, którzy będą nam jutro pomagać w schwytaniu Eskrawe? – zapytałam cicho, podchodząc do chłopaka, który wciąż stał ze wzrokiem wbitym w podwórzec za oknem.
- Owszem – towarzysz kiwnął głową – Tak jak się umawialiśmy wybrałem dziesięciu.
- Dobrze, w takim razie to ich domy odwiedzimy w pierwszej kolejności.
- A to ma jakieś znaczenie? – Keith zmarszczył brwi zdezorientowany – I tak nie będą chcieli z nami rozmawiać o magii i stworzeniach.
- Sami nie, ale jeśli przyjdziemy pod pretekstem ochrony ich domów i rodzin przed zemstą ludzi Eskrawe pewne rzeczy mogą po prostu się wydać – wyjaśniłam – Niewykluczone, że jakieś niesforne stworzenie wychynie z kryjówki, a wtedy będzie można wziąć jego właścicieli w krzyżowy ogień pytań i dowiedzieć się czegoś więcej.
- Masz rację – Keith wyraźnie się ożywił, a na jego twarzy znów zagościł ciepły uśmiech, który tak lubiłam – Warto spróbować i to najlepiej od razu! – powiedział, ciągnąc mnie za rękę w stronę drzwi.
Roześmiałam się, widząc tą jego nagłą ekscytację, ale i bez protestów dałam się sprowadzić na dół. Wkrótce opuściliśmy gospodę i zaczęliśmy krążyć między domami. Niestety większość wieśniaków odrzucała naszą pomoc, a tym bardziej nie chciała z nami rozmawiać. Odprawiali nas z kwitkiem mimo, że przecież proponowaliśmy im pomoc i ochronę co było naprawdę dziwne. Na koniec trafiliśmy do niewielkiej chaty Christophera, najmłodszego z wioskowych wojowników, który choć był zaledwie dwa lata starszy od nas już miał żonę i małe dziecko.
Gdy zapukałam, drzwi otworzyła nam zaskoczona Aleksandra.
- Witajcie – mruknęła – Co was sprowadza w nasze skromne progi o tej porze?
- Troska o wasze bezpieczeństwo pani – Keith skłonił lekko głowę – Twój mąż wyrusza jutro z nami na niebezpieczną wyprawę, a my chcemy dopilnować by pod jego nieobecność nic złego nie spotkało zarówno Ciebie pani jak i twego dziecka.
- Możecie nas ochronić? – młoda kobieta wyraźnie się zainteresowała i zaprosiła nas do środka – Wejdźcie proszę. Zaraz zawołam Chrisa.
Posłusznie weszliśmy do przedsionka, a z niego do niewielkiego salonu gdzie wyraźnie widać było, że porządek nie gości tu zbyt często i ktoś ledwie tu ogarnął, słysząc pukanie do drzwi. Zaciekawiona podeszłam do pokaźnej kupy różnych rzeczy. Były wśród nich garnki, kocyki, serwetki i kilka drobiazgów kompletnie niepotrzebnych w typowym gospodarstwie domowym. Rzeczy były przysypane różnymi zwykłymi wiktuałami, ale i tak można było rozpoznać w nich narzędzia niezbędne do opieki nad feniksem! Czyżby Chris i Aleksa mieli tak rzadkiego, magicznego towarzysza? A co ważniejsze, czy udało im się go uchować przed chytrym wzrokiem Eskrawe?
Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić czy choćby wskazać Keithowi swoje znaleziska do pokoju wszedł młody wojownik. Zobaczywszy nas, zesztywniał nieco i krzywo się uśmiechnął.
- Witajcie – powiedział podobnie jak jego żona kilka minut wcześniej – Słyszałem, że przybyliście by zadbać o bezpieczeństwo mojej rodziny. Co możecie dla nich zrobić?
- Mogę otoczyć ten dom barierą ochronną – powiedziałam – Ale muszę mieć na to twoje pozwolenie Aleksandro, ponieważ bariera będzie ściśle związana z twoją osobą jako z gospodynią tego miejsca.
- Zgadzam się – kobieta skinęła głową
- Słowa nie wystarczą – wyjaśniłam – Chodźmy na podwórze, tam rozpoczniemy nakładanie zaklęcia.
Alexandra skinęła głową, po czym wstała i wyprowadziła mnie do niewielkiego ogródka. Zanim wyszłam posłałam jeszcze Keithowi porozumiewawcze spojrzenie, oznaczające, że jak mnie nie będzie ma szanse na osobności pogadać z wojownikiem i wyciągnąć z niego jakieś informacje. Towarzysz ledwo zauważalnie skinął głową na znak, że rozumie, a ja spokojnie podążyłam z Aleksandrą. W ogrodzie wzięłam kobietę za rękę i zaczęłam tworzyć więź umysłów, ale Aleksandra niespodziewanie mi się wyrwała.
- Co ty robisz?! – oburzyła się
- To, o czym ci mówiłam – wyjaśniłam spokojnie – Dotyk dłoni umożliwia przepływ mocy i jest niezbędny do stworzenia bariery podobnie jak połączenie umysłów.
- Ale ja nie… - kobiety wydawała się rozdarta – Eh…. Nie możemy się bez tego obejść?
- Nie, jeśli chcesz by zaklęcie działało – powiedziałam dobitnie.
Dziewczyna wydawała się rozdarta. Z jednej strony chciała zapewnić bezpieczeństwo sobie i synkowi, a z drugiej wciąż próbowała coś przede mną ukryć..
- Czego się boisz Aleksandro? – zapytałam, przerywając przedłużające się milczenie – Przecież dobrze wiesz, że chcę Ci pomóc. Nie uda mi się to jednak, jeśli nie zaczniesz mi w pełni ufać – dodałam łagodniej, wyciągając do niej rękę.
W końcu kobieta westchnęła ciężko i chwyciła moją dłoń. Od razu poczułam, że jest magiczna, ale nie dawałam nic po sobie poznać tylko wytworzyłam więź między naszymi umysłami. Następnie stworzyłam barierę ochronną skupioną wokół młodej dziewczyny, ukierunkowując ją tak by czerpała energię z drzemiących w niej pokładów magii. Gdy skończyłam, odsunęłam się o krok od dziewczyny i usiadłam na trawie, symulując zmęczenie.
- Katiu czy to zaklęcie będzie cię cały czas osłabiało? – Alexandra przysiadła tuż obok mnie – Nie chciałabym żeby przeze mnie coś ci się stało…
- Nie martw się – obdarzyłam ją uśmiechem – To twoja magia zasila barierę nie moja.
- O czym ty mówisz? – kobieta była świetną aktorką.
- Nie udawaj proszę – mruknęłam zmęczona ciągłą grą wieśniaków – Dobrze wiesz, o czym mówię. Jesteś Magiczna i na pewno nie ty jedna w całej wiosce.
Aleksandra milczała przez chwilę, bijąc się z myślami aż w końcu westchnęła zrezygnowana.
- Jak się domyśliłaś? – zapytała
- Poczułam – wyjaśniłam – A wasza tajemniczość tylko podsyciła moje podejrzenia.
- Wiedzieliśmy, że w końcu to musi się wydać…. – mruknęła ze smutkiem
- Lepiej żeby wydała się wśród ludzi, którzy chcą wam pomóc niż tych, co stanowią zagrożenie – zauważyłam – Proszę opowiedz mi wszystko.
- No dobrze. Ta wioska już od wieków jest magicznym miejscem. Mamy tu idealne warunki do życia dla magicznych stworzeń. Zawsze było ich tu mnóstwo, a niektóre należały do niebezpiecznych, więc nasi ludzie uczyli się nad nimi panować. Spora część wieśniaków posiada do tego naturalne predyspozycje, a nawet magiczne moce. Niestety, kiedy przybył Eskrawe zwierzęta zaczęły ginąć, a my musieliśmy ukrywać pozostałe stworzenia jak i nasze moce przed resztą świata.
- Rozumiem – szepnęłam – To, dlatego ukrywacie przed nami obecność waszego feniksa.
- Jesteś spostrzegawcza nie ma, co! – zaśmiała się moja rozmówczyni – Masz rację, ale teraz to już nie ma sensu.
Po tych słowach Alexandra gwizdnęła przeciągle, a z niewielkiej przybudówki wyłonił się piękny, tęczowo ubarwiony feniks. Stworzenie zbliżyło się do nas nieufnie.
- Jest wspaniały… - usłyszałam za sobą szept, a gdy się odwróciłam zobaczyłam stojącego w drzwiach Keitha.

<Keith?>

poniedziałek, 27 lipca 2015

Keith - zadanie (z Katią)


S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 6 - Keith

Zastanawiałem się nad tym, co powiedziała Katia. To wszystko było takie dziwne... Przecież im pomogliśmy. Moja towarzyszka nie mogła się przecież mylić w sprawie mocy tej dziewczynki.
- Wiesz, rano rozmawiałem z Johnem. Mówił, że kiedyś mieli tutaj niewielką szkołę rycerską. Na początku przyjąłem to z entuzjazmem. W końcu dzięki temu znaleźliśmy miejsce do ćwiczeń, ale jak teraz o tym myślę... Nie widaje ci się to dziwne? Szkoła rycerska w takiej małej wiosce, na odludziu? Po co? - zastanowiłem się na głos.
- To wszystko jest zupełnie pozbawione sensu - odezwała się.
- Chyba wypadałoby porozmawiać na osobności z tą gospodynią. Zaczekaj na mnie w pokoju, dobrze? Mamy jeszcze jeden problem do rozwiązania - poprosiłem.
- Tylko taktownie - poleciła.
Skinąłem głową. Oboje weszliśmy do środka, a potem każdy z nas poszedł w swoją stronę. W głowie układałem jakiś plan rozmowy z tą kobietą. Zauważyłem, jak krzątała się po kuchni. Zapukałem lekko drzwi.
- Przepraszam, czy mógłbym z panią porozmawiać? - zapytałem.
- Proszę - odpowiedziała.
- Jak się pani podobały zajęcia z Katią? - zacząłem luźno.
- Twoja siostra to wspaniała dziewczyna. Wiele nas nauczyła. Jesteśmy wdzięczne za wiedzę, którą nam przekazała - odparła, nadal przechadzając się po pomieszczeniu.
- Cieszę się. Nasze zajęcia również były owocne. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz - udałem zamyślenie.
- Co takiego? - zainteresowała się.
- Ćwiczyliśmy w starej szopie. Podobno kiedyś szkolono tam wojowników. Skąd w takiej małej wiosce wzięła się szkoła rycerska i po co ją wybudowano? - zapytałem.
Kobieta zesztywniała, ale tylko na ułamek sekundy. Niektórzy mogliby pomyśleć, że ten odruch niejako im się przyśnił. Dla mnie jednak był to znak, iż gospodyni coś wiedziała.
- Ja nie wiem nic o tym. Założyli to założyli. Nie ma co dochodzić przyczyn - powiedziała w końcu.
Podszedłem do niej. Ta przestała w końcu się krzątać i stanęła w miejscu ze wzrokiem wbitym w miotłem.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale wiem, że nie mówi mi pani całej prawdy. Widzę to. Ja i Katia tyle zrobiliśmy dla waszej wioski. Czy naprawdę nie możemy liczyć na choć odrobinę szczerości? Jak mamy wyswobodzić to miejsce spod wpływu Eskrawe, skoro ukrywacie przed nami najważniejsze informacje? My obdarzyliśmy was zaufaniem, przekazaliśmy swoją wiedzę. Czy to nie wystarczy? - nadal milczała. - Jeśli będzie pani w stanie choć trochę rozwiać nasze wątpliwości, proszę się odezwać - zakończyłem, po czym powoli wyszedłem z kuchni.
Wszystko przekazałem jej ze spokojem. Nie byłem zły. Możliwe, że bała się czegoś albo kogoś. Musiała mieć swoje powody, ale wychodząc, miałem nadzieję, iż zatrzyma mnie i wyzna wszystko, co ciąży jej na serce. Nie zrobiła tego jednak. Udałem się do pokoju. Rozmowa z gospodynią to pikuś w porównaniu z tym, co czeka mnie za chwilę. Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem Katię, która rozmawiała ochoczo z jakąś małą dziewczynką. Obie się śmiały. Mnie również udzieliła się ta radosna atmosfera. Od razu się rozweseliłem. Zilustrowałem je wzrokiem. Nawet nie zauważyły, jak wszedłem. Mojej towarzyszce do twarzy było z uśmiechem. Nie wiem dlaczego, ale oczu nie mogłem od niej oderwać. Zrobiłem to dopiero, gdy Katia zauważyła moją obecność. Odchrząknąłem znacząco i podszedłem do nich.
- Przedstawisz nas sobie? - powiedziałem z uśmiechem.
- Keith to jest Ally. Ally to jest Keith, mój brat - oznajmiła.
- Dzień dobry - odezwała się nieśmiało mała.
- Słyszałem, że miałaś niemiłą przygodę. Już wszystko w porządku? - zapytałem.
- Tak. Twoja siostra mi pomogła - uśmiechnęła się życzliwie w stronę mojej towarzyszki.
- A powiedz mi, podobały ci się zajęcia?
Kiwnęła głową.
- Te wszystkie rzeczy są świetne i można dzięki nim pomóc innym - rzekła radośnie.
- A co jeszcze lubisz, Ally? - dopytywałem.
Zamyśliła się na chwilę.
- Zwierzęta, ale nie takie zwykłe. Magiczne - ostatnie słowo wyszeptała.
- Dlaczego akurat takie? - udałem zdziwienie.
- Nie boją się mnie, rozmawiają ze mną. Nawet wykonują moje polecenia - w tym momencie prawie pisnęła.
Popatrzyłem na Katię i posłałem jej porozumiewawcze spojrzenie.
- Skarbie, a gdzie widziałaś takie stworzenia? - zapytała moja towarzyszka.
- Czasem po prostu na spacerze. Raz trafiłam na jednorożca albo na pegaza - rozradowała się. - Czasem też w domach innych. Pomagam, jak są kłopoty, bo wszyscy w wiosce wiedzą, że... - tu urwała. - Ja nie powinnam wam tego mówić... - ściszyła głos.
Bez wahania położyłem swoją dłoń na ramieniu dziewczynki. Wydawała się taka smutna i zagubiona.
- Słoneczko, obiecujemy ci, że to, co powiesz, nie wyjdzie za drzwi tego pokoju. Nie bój się - uśmiechnąłem się do niej szczerze.
Ona spojrzała na mnie. Zobaczyłem iskierki w jej oczach. Kąciki jej ust powędrowały lekko do góry. Wierzyła nam.
- Więc, wszyscy wiedzą, że kocham zwierzęta i umiem je uspokoić - dokończyła.
- A czy jest tu jeszcze ktoś, kto tak potrafi zapanować nad nimi? - powiedziałem.
- Tak - odparła lakonicznie.
Popatrzyłem na Katię. Te informacje były niezbędne. Przynajmniej wreszcie mieliśmy dowód. Musieliśmy to omówić. Na osobności. Ona zrozumiała, o co chodzi.
- Dziękuję, skarbie, że nam zaufałaś - uśmiechnęła się moja towarzyszka. - Musimy omówić coś koniecznie z moim bratem.
- Spotkamy się jeszcze? - zapytała mała.
- Oczywiście, że tak.
Dziewczynka rozpromieniła się. Zaczęła odchodzić, ale zanim nacisnęła klamkę, odwróciła się i zadała pytanie:
- Odzyskacie wszystkie magiczne zwierzęta?
- Zrobimy co w naszej mocy - uśmiechnąłem się.
- To dobrze, bo one bardzo cierpią - oznajmiła i opuściła pokój.
- Nie musiałeś jej tak wypytywać - skarciła mnie Katia.
- Wiem i sam dziwnie się z tym czuję, ale nikt nie chciał nam nic powiedzieć. Chwyciłem się naszej ostatniej deski ratunku. Przynajmniej wiemy już, że się nie myliłaś, a gospodyni kłamała - odparłem nieco zmieszany.
- Racja. Tego potrzebowaliśmy - powiedziała.
Westchnąłem ciężko. Podszedłem do okna i wpatrywałem się w dal. Nie czułem się najlepiej. Nie wiedziałem dlaczego, ale świat wydawał mi się teraz jakoś bardziej ponury niż zwykle. Oparłem się o parapet. Całe szczęście to dziwne uczucie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.
- Uważam, że powinniśmy zostawić na razie sprawę z medalionem. Proponuję, żebyśmy przeszli po wszystkich domach i wypytali ludzi o to, co tutaj się dzieje oraz o ich zdolności. John mówił, że niektórzy mieszkańcy zachowali jeszcze jakieś magiczne stworzenia w domach. To także wypadałoby sprawdzić. Albo oni zaczną z nami pracować, albo ze schwytania Eskrawe będą nici - stwierdziłem na koniec.

<Katia?>

sobota, 25 lipca 2015

Katia - zadanie (z Keithem)

 S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
  Keith- S+W Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa
Post 6 - Katia
Obudziły mnie promienie słońca delikatnie rozświetlające pokój. Ku mojemu zdziwieniu leżałam na przeznaczonym mi łóżku, dokładnie okryta kołdrą. Zaspana podniosłam się z posłania i rozejrzałam w poszukiwaniu towarzysza. Keitha jednak nigdzie nie było… Zaniepokojona ruszyłam w stronę drzwi by go poszukać, ale w tym momencie moją uwagę zwróciła niewielka kartka leżąca na szafce nocnej. Podeszłam i rzuciłam na nią okiem.
„Wyszedłem się przejść. Będę w jadalni koło 7.”
Odetchnęłam z ulgą i zganiłam się za zbyt emocjonalną reakcję. Przecież Keith był wojownikiem i nie potrzebował nieustannej opieki. Zapewne obudził się wczesnym rankiem i poszedł przygotować pole do ćwiczeń, a wcześniej przeniósł mnie do łóżka…. Na tę myśl zarumieniłam się lekko ze wstydu, ale szybko się opanowałam. Przebrawszy się w czysty strój zeszłam do głównej sali.
Ku mojemu zdziwieniu o poranku sala była równie gwarna, co wczoraj wieczorem. Ledwo weszłam, zostałam zagadnięta przez kilka podekscytowanych kobiet niemogących się doczekać aż zacznę je uczyć. Przez chwilę wymieniałam z nimi uprzejmości aż wreszcie udało mi się od nich wyrwać i zlokalizować gospodynię.
- Witaj pani – przywitałam się grzecznie - Mam kilka pytań związanych z organizacją naszych ćwiczeń.
- Ćwiczeń? – kobieta zmarszczyła brwi – Nie powiesz nam po prostu panienko, jakie zioła zbierać?
- Nie – pokręciłam głową – To nie wystarczy. Zamierzam zabrać wszystkie zainteresowane kobiety do lasu by na własne oczy zobaczyły, jakie zioła należy zbierać i na co zwracać uwagę by przypadkiem nie podać komuś trucizny – wyjaśniłam, ale widząc lekki niepokój w oczach rozmówczyni dodałam – Takie rzeczy rzadko się zdarzają, a praktyka pod okiem nauczyciela pozwala wykluczyć takie tragiczne pomyłki.
- No dobrze – gospodyni wyraźnie odetchnęła z ulgą
- Poza tym po powrocie z lasu zamierzam nauczyć was podstaw łucznictwa – dodałam wywołując wyraz niebotycznego zdumienia na twarzy kobiety.
- Ale my… - zaczęła z wahaniem – Nigdy nie miałyśmy do czynienia z bronią – wyznała w końcu.
- Domyślam się – skinęłam głową z lekkim uśmiechem – Najwyższa pora to zmienić. Pomogę wam, ale potrzebuję twojej pomocy pani.
- Proszę, mów mi Lucinda – uśmiechnęła się kobieta
- W porządku Lucindo – powiedziałam przyjaźnie – Ty również mów mi po imieniu. Powiedz mi, ile kobiet tu mieszka?
- Może 40… - zastanowiła się Lucinda – W tym pięć staruszek, które już nawet nie wychodzą z domu. A tak to w większości mężatki i młode matki, które mają mnóstwo obowiązków na głowie i parę dziewuszek, co to w obłokach bujają i tylko kłopotów przysparzają.
- Widzę, że jesteś dobrze poinformowana – pochwaliłam, – Ale mówisz o nich tak, jakbyś usprawiedliwiała, dlaczego nie przyjdą. – zauważyłam, poważniejąc.
- Słyszałam, że większość woli zostać w domu przy dzieciach….
- W takim razie proszę przekaż im, że dzieci są mile widziane w naszym małym orszaku – powiedziałam stanowczo – Rozumiem, że się o nie martwią, ale to, co planujemy nie jest jakimś błahym wykładem i ma wam wszystkim pomóc. Damy sobie radę z kilkorgiem dzieci, a maluchy na pewno się ucieszą na wieść o wycieczce do lasu.
- W porządku – gospodyni skinęła poważnie głową – Zaraz je przyprowadzę.
- Dziękuję – powiedziałam, a po chwili gospodyni zniknęła za drzwiami na podwórze.
Przez chwilę siedziałam w kącie obserwując licznie przybyłych mężczyzn i kilka kobiet, które postanowiły wciąż udział w całym przedsięwzięciu. Moment później wypatrzyłam Keitha wchodzącego właśnie do gospody. Chłopak od razu mnie zauważył i przysiadł do stolika, przy którym siedziałam.
- Mam nadzieję, że dobrze spałaś.
Chłopak obdarzył mnie lekkim uśmiechem, a ja poczułam jak z zakłopotania płoną mi policzki. Miałam nadzieję, że mu to umknęło…
- O tak – zaśmiałam się.
- Udało mi się znaleźć miejsce na trening – pochwalił się Keith - Mają tu dobre warunki. Myślę, że dla każdego znajdzie się jakiś treningowy miecz. To musi się udać – dodał z determinacją.
- Uda się – przytaknęłam - damy radę.
W tym momencie zegar wybił godzinę 7.
- To już pora – westchnął Keith - Powodzenia. Widzimy się potem.
- Nawzajem – odparłam, widząc Lucindę, stojącą w drzwiach wyjściowych i dającą mi znaki bym do niej dołączyła.
Wstałam, więc i szybko przepchnęłam się między ludźmi. Gdy wreszcie opuściłam gospodę okazało się, że na podwórcu czeka już spora grupa mocno poruszonych kobiet.
- Świetnie się spisałaś – szepnęłam do Lucindy, po czym zwróciłam się do zebranych – Witam was drogie panie! Dziękuję, że mimo wcześniejszych obiekcji zebrałyście się tutaj w tak licznym gronie. Mam nadzieję, że to, co dziś dla was zaplanowałam nie zajmie nam zbyt wiele czasu, a jednocześnie jestem pewna, że nabyta wiedza wam się przyda. Chodźcie za mną.
Umilkłam i ruszyłam przed siebie w towarzystwie Lucindy. Reszta kobiet trzymała się raczej w pewnej odległości, zapewne po to bym nie słyszała, o czym między sobą szeptają. Czułam od nich nieufność, ekscytację i zaniepokojenie, co było dość dziwną mieszanką. Na razie jednak nie miałam powodu do zmartwień, a wręcz się trochę odprężyłam, gdy ośmielone uśmiechem dzieciaki wysunęły się do przodu i zaczęły swoje zabawy.
To wszystko skończyło się, gdy tylko opuściliśmy teren należący do wioski i weszliśmy między drzewa. Dzieciaki w zwartej grupce trzymały się blisko mnie i Lucindy. Starsze kobiety również się do nas zbliżyły by dobrze widzieć, co się dzieję, ale w razie, czego były gotowe do natychmiastowej ewakuacji.
- Spokojnie – powiedziałam łagodnie acz z lekkim zdziwieniem – Czyżbyście nigdy nie opuszczały wioski?
- Nie pani – przyznała jedna z młodszych kobiet – W lasach przecie rozbójników nie brakuje, a i dziki zwierz napaść na człowieka może toteż nasi mężowie jeno uzbrojeni tu chadzali.
- Ale ten las to skarbnica ziół, a i owoców tu dostatek – wskazałam na gęste krzewy jeżyn i jagód mocno obrośnięte pokrzywą.
Kobiety wyraźnie się zmieszały, ale nic nie odpowiedziały, więc postanowiłam, że najlepiej będzie zacząć naukę.
- Te jagody, które tu widzicie to Czerenice. Oprócz owoców, z których możecie sporządzać przetwory ważne są liście. Należy przyrządzić z nich napar, który stosowany w odpowiedni sposób świetnie zbija gorączkę, a przede wszystkim zwalcza stany zapalne. – umilkłam i dałam znak kobietom by zebrały trochę owoców i liści do zabranych z domu koszy. Kiedy już to zrobiły ruszyłyśmy dalej. Zatrzymywałam się, co chwila, wskazywałam właściwą roślinę, tłumacząc jej zastosowanie, po czym czekałam aż moja grupa je pozbiera.
Na początku kobiety były bardziej zaniepokojone i niechętne niż zainteresowane, ale z czasem zaczęły uważać na każde moje słowo.
- Holudner jest dość często spotykany, ale nie znaczy to, że nie potrzebny. Sok z jego owoców leczy choroby skórne, a nawet łagodzi reumatyzm…. Skołojrza ma wiele zastosowań. Gdy wrócimy do wioski pokażę wam jak zrobić z niej syrop na kaszel oraz płukankę łagodzącą objawy zatruć pokarmowych. Natomiast teraz najważniejsze byście zapamiętały, że odwar z liści skołojrzy wspomaga gojenie ran i ma działanie odkażające…. Dzwoniec ma przede wszystkim działanie uspokajające, kojące nerwy. Ponadto wywar z tego ziela łagodzi bóle stawów…
Minęło południe, gdy wreszcie umilkłam i mogłyśmy wracać do wioski z koszami pełnymi rozmaitych wiktuałów. Z zadowolenie spostrzegłam, że kobiety przestały się bać i teraz rozmawiały ze mną bez skrępowania. Gdy wreszcie doszłyśmy do gospody zarządziłam pół godziny przerwy. W tym czasie grupa miała zostawić kosze w swoich domach, a ja musiałam zorganizować jakieś łuki. Na szczęście okazało się to dość proste, bo mężczyźni używali tej broni do obrony wioski, a teraz zostawili je w gospodzie by móc nauczyć się władania inną bronią.
Niestety, gdy tylko kobiety wzięły broń do ręki okazało się, że żadna nie ma predyspozycji do używania tej broni. Większość nie miała po prostu dość siły by naciągnąć cięciwę, a tym, co ową siłę miały brakowało celności oka. Mimo tego próbowałam nauczyć je choćby podstaw, czego skutkiem było zranienie jednej z dziewczynek. Załamana od razu zabrałam dziecko do gospody, a Lucinda nakazała kobietom by rozeszły się do swoich domów. Myślałam, że przyprowadzi matkę poszkodowanej, ale wróciła sama.
- Ta mała jest sierotą – mruknęła, widząc moje pytające spojrzenie.
Pokiwałam głową i zajęłam się ramieniem dziewczynki. Rana nie była duża, ale szok, ból i upływ krwi sprawiły, że dziecko straciło przytomność. W czasie uzdrawiania wyczułam ogromne pokłady magii. Jednak, gdy zapytałam o to Lucindę ta kategorycznie zapewniła mnie, że w wiosce nie ma żadnych Magicznych. Nie byłam przekonana, ale i nie mogłam się z nią kłócić, bo ledwo skończyłam uzdrawianie, mała poszkodowana otworzyła oczy.
- Jak ci na imię? – Zapytałam
- Ally – odpowiedziała cicho
- Dobrze się już czujesz? – zapytałam, a gdy kiwnęła główką dodałam – Bardzo cię przepraszam.
- Ale to przecież nie pani mnie trafiła – zauważyło dziecko, marszcząc brwi.
- Tak, ale ja nie dopilnowałam tamtej kobiety…
- Nie miała pani jak jej pilnować – upierała się Ally
- Mała ma racje – poparła ją Lucinda – To nie twoja wina Katiu.
Nie byłam przekonana, ale i nie chciałam się w tym momencie z nimi kłócić, bowiem właśnie wrócili mężczyźni i do gospody wszedł Keith.
- Lucindo zaprowadź proszę Ally do naszego pokoju – poleciłam – Niech tam odpocznie, a ja przyjdę do niej jak tylko porozmawiam z bratem.
Gospodyni kiwnęła głową i wzięła dziewczynkę za rękę, kierując się w stronę schodów. Ja tymczasem szybko zbliżyłam się do Keitha i zanim jeszcze zdążył usiąść, wyprowadziłam go na zewnątrz.
- Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony – Coś się stało?
- Nic szczególnego, ale… - zawahałam się, po czym opowiedziałam chłopakowi, co się działo w ciągu dnia, – (…) Kiedy leczyłam tą małą wyczułam w niej bardzo duże pokłady mocy. Wydaje mi się, że jest Magiczna, ale Lucinda temu zaprzecza. Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa…
- Co masz na myśli? – zapytał zamyślony Keith
- Ta kobieta, która spowodowała wypadek też użyła magii – wyznałam – Możliwe, że nieświadomie albo po prostu moc wymknęła jej się spod kontroli. W każdym razie nie da się inaczej wytłumaczyć tego, że w jednej chwili nie może napiąć cięciwy, a zaraz potem poprawnie nakłada strzałę i trafia dziecko, biegające zaledwie parę metrów od wyznaczonego celu. No i jej strzała przez moment jarzyła się na niebiesko. – urwałam, zdając sobie sprawę jak chaotyczna była moja wypowiedź i jak to wszystko nie trzymało się kupy – W każdym razie wydaje mi się, że coś tu jest bardzo nie tak i nie chodzi tylko o Eskrawe… - wymamrotałam nieśmiało, spuszczając wzrok.

<Keith?>

piątek, 24 lipca 2015

Keith - zadanie (z Katią)

S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 5 - Keith
Kiedy się obudziłem, zegar wskazywał godzinę 5:30. Zerknąłem na Katię i ze zdziwieniem zobaczyłem, że moja towarzyszka śpi oparta o ramę łóżka. Na początku nie wiedziałem, co z tym zrobić. W końcu jednak wstałem i najostrożniej, jak tylko potrafiłem, przeniosłem ją na posłanie obok, a potem przykryłem kołdrą. Następnie znalazłem gdzieś kartkę oraz długopis. Na szafce nocnej zostawiłem Katii krótką wiadomość: „Wyszedłem się przejść. Będę w jadalni koło 7.” Zszedłem po schodach na dół. Mimo wczesnej pory przy stołach siedziało kilka osób. Większości nie poznawałem. W rogu jednak dojrzałem znajomego mężczyznę. To on wczoraj jako pierwszy przystał na moją propozycję. Zdałem sobie sprawę, że nawet nie zapytałem go o imię. Podszedłem więc do niego.
- Dzień dobry - przywitałem się.
- O, witaj młodzieńcze! Siadaj - odparł przyjaźnie.
- Panie, czy mógłbyś mi zdradzić swoje imię? - poprosiłem.
- John Bald. Mów mi po imieniu chłopcze - uśmiechnął się.
- Keith Winters. Miło mi.
- Twój wczorajszy pokaz walki był znakomity. Niejeden mężczyzna chciałby mieć tyle siły i sprytu co ty - powiedział z aprobatą.
- Uwierz mi, że są o wiele lepsi ode mnie. Ciekawy jestem, ile osób odpowie na mój apel - zamyśliłem się.
- Na brak ludzi, nie będziesz mógł narzekać. Pół wioski zleci się tutaj, zobaczysz.
- Tylko gdzie ja ich wszystkich pomieszczę? I czym będą walczyć? - zmartwiłem się.
- Hmm... Z tym nie będzie problemu. Chodź za mną - uśmiechnął się pod nosem.
Wyszliśmy z gospody. Na dworze było chłodno, wiał lekki wiatr, a słońce jeszcze nie do końca wyłoniło się zza lini horyzontu. Po kilku minutach, wydeptaną dróżką dotarliśmy wreszcie do jakiejś stodoły. John otworzył masywne drzwi. Doleciał do mnie zapach siana. Kiedy wszedłem do środka, ujrzałem ogromną przestrzeń. Na drewnianych ścianach porozwieszane były obrazki, ukazujące różne postawy w czasie walki. W kącie stało kilka manekinów treningowych. Obok nich na sianie dostrzegłem również stos treningowych mieczy. Odebrało mi mowę.
- Skąd to wszystko macie? - zapytałem.
- Niegdyś to miejsce tętniło życiem. Mieliśmy tu niewielką szkołę rycerską, ale od 30 lat ten budynek stoi pusty. Wówczas zmarł nasz jedyny nauczyciel szermierki. Miałem wtedy 13 lat. To była ogromna strata dla tej wioski. Ci, którzy pamiętali jego nauki albo umarli, albo po prostu stąd wyjechali. My, jako miejscowi wojownicy, ćwiczyliśmy tutaj, jednak nigdy pod okiem eksperta. Wszystko, co umiemy zawdzięczamy instynktowi oraz tym rysunkom - odparł nieco smutnym głosem.
- To idealne miejsce. Chodź, pomożesz mi wszystko przygotować - poprosiłem.
Razem z Johnem ustawiliśmy manekiny na środku w równych odstępach. Następnie na kilku niewielkich, niskich stolikach rozłożyliśmy miecze. Po prawej stronie, przy ścianie stanęła drewniana skrzynka. Obszedłem całość dookoła i uważnie obejrzałem wszystkie szkice. W głowie układałem już sobie plan treningu. Na niewielkich kartkach rozpisałem kilkanaście ćwiczeń. To powinno wystarczyć początkującym.
- To chyba wszystko, możemy wracać. A i jeszcze jedno. Czy mógłbyś przekazać chętnym, by założyli na siebie elementy zbroi, jeśli takie posiadają? - zapytałem.
- Oczywiście,już się robi - odparł ochoczo i wybiegł ze stodoły.
Ja z kolei wróciłem do gospody. Okazało się, że ten spacer z wojownikiem trwał ponad godzinę. Gdy wszedłem, sporo osób zajęło już miejsca przy stołach. Dostrzegałem zarówno mężczyzn jak i kobiety. W rogu siedziała Katia. Podszedłem do niej.
- Mam nadzieję, że dobrze spałaś - uśmiechnąłem się.
- O tak - zaśmiała się.
- Udało mi się znaleźć miejsce na trening. Mają tu dobre warunki. Myślę, że dla każdego znajdzie się jakiś treningowy miecz. To musi się udać - powiedziałem, pełen determinacji.
- Uda się, damy radę - rzekła Katia.
W tym momencie zegar wybił godzinę 7.
- To już pora - westchnąłem. - Powodzenia. Widzimy się potem.
- Nawzajem - odparła, a potem skierowała się do gospodyni i razem gdzieś wyszły.
Ja stanąłem przed jednym ze stołków barowych. Chciałem dobrze wszystkich widzieć.
Zeszło się naprawdę sporo osób. Przywołałem do siebie Johna. Potrzebowałem pomocy.
- Panowie, zapraszam wszystkich do naszej sali treningowej. Tam wszystko wyjaśnię - oznajmiłem.
Potem zaprowadziłem ich do stodoły. Od razu stanąłem na skrzynce. Postanowiłem zacząć w oficjalny sposób.
- Witaj wszystkich na zajęciach z szermierki. Początkujący będą mogli tutaj posiąść podstawowe umiejętności, a zaawansowani podszlifować technikę. Cieszę się, że tak wielu z was odpowiedziało na mój apel. Starajcie się wyciągnąć z tych lekcji jak najwięcej. Mam nadzieję, że będzie to przyjemny, ale i owocny czas. Na początek proszę, by wszyscy siedli na podłodze w możliwie jak najmniejszych odstępach do siebie. Zaczniemy od krótkiego referatu - oznajmiłem.
Swoje przemówienie rozpocząłem od opisu budowy miecza. Potem przeszedłem do otwarć. Na sylwetce Johna pokazywałem po kolei wszystkie cztery. Następnie zająłem się kolejno pojęciem ręki uzbrojonej oraz pracą nóg. Zademonstrowałem m.in: postawy - podstawową, kierunkową i szermierczą; przekrok, krok i półkrok; krok dostawny; zejścia oraz trawersy.
- Zwracajcie uwagę na to, jak stawiacie stopy. Najpierw pięta, potem palce. Kroki powinny być niewielkie. Lepiej wykonać dwa mniejsze niż jeden duży. Starajcie się cały czas pracować na lekko ugiętych kolanach. Łatwiej wam będzie zadawać ataki - powiedziałem.
Potem po krótce omówiłem i zademonstrowałem trzy uderzenia: odgórne, poprzecze i oddolne.
- Starajcie się zawsze uderzać cel na mniej więcej 1/3 długości klingi, licząc od sztychu. Ponadto róbcie wydech przy ataku. Może się to wydawać dziwne, ale z czasem wejdzie wam w krew. Miecz możecie trzymać w prawej lub lewej ręce. Nie ma to różnicy. To wy o tym decydujecie - mówiłem.
Potem przeszedłem do zagadnień z obrony. Najpierw pokazałem w jaki sposób można przyjmować ciosy. Następnie poświęciłem trochę czasu pracy nóg w obronie.
- Unikajcie cofania się poprzez robienie kroku w tył. W ten sposób nic nie osiągniecie, a tylko pogorszycie swoją sytuację - podkreśliłem.
Potem przyszedł czas na pole ataku. Przy tym temacie omówiłem także koncepcję zamykania linii ataku oraz ideę zawieszeń.
- Na razie to tyle, jeśli chodzi o teorię. Teraz proszę ustawić się w szeregu - nakazałem. - Kolejno odlicz! - rozkazałem, gdy już wszyscy stali tak, jak chciałem.
- 1, 2, 3, 4... 34, 35, 36! - doszło do mnie.
- Teraz proszę wziąć miecz treningowy ze stolika i podzielić się na grupy. Przy manekinach stają chłopcy w wieku od 12 do 18 lat wyłącznie. Po mojej prawej mężczyźni, którzy już wcześniej walczyli mieczem, natomiast po lewej ci, którzy pierwszy raz mają do czynienia z tą bronią. Na koniec obok mnie wyszkoleni wojownicy - poleciłem.
Dołączyło do mnie zaledwie 6 osób. Dziesięciu chłopców zajęło miejsce przy manekinach. Czternastu po prawej, a reszta po lewej.
- Dobrze, teraz tych dwudziestu przede mną niech dobierze się w pary. Wyszkoleni wojownicy będą was obserwować i wydawać polecenia - rozdałem szóstce obok mnie przygotowane wcześniej kartki. - Będę informował, kiedy zmienić ćwiczenie. Zaczynamy!
Sam podszedłem do grupy najmłodszych. Wydawałem im polecenia, korygowałem błędy, sam demonstrowałem i tłumaczyłem jeszcze raz niezrozumiałe zagadnienia. Po mniej więcej trzech godzinach mogłem zostawić ich w spokoju.
- Przerwa! - krzyknąłem.
Ta trwała około 30 minut. Większość udała się do domów, żeby coś zjeść, a potem wrócić z powrotem. Z tego, co słyszałem, nie było źle. Wojownicy zdali mi krótki raport. Nikt nie narzekał, jak na razie. Kiedy wszyscy już wrócili, przemówiłem ponownie:
- Szkolonych wojowników proszę o dobranie się w pary. Stańcie przy reszcie. Młodsi, jeśli chcą, mogą jeszcze zostać i poćwiczyć. Manekiny są do waszej dyspozycji. Jeśli ktoś z nich chce jednak już iść, droga wolna - tu przerwałem, jednak nikt nie wyszedł. - Dobrze, zatem możecie już zacząć. Ja będę nadzorował teraz grupę dorosłych.
I zaczęło się. Wykrzykiwałem kolejne komendy. Przy każdym ćwiczeniu uważnie obserwowałem każdego. Musiałem wybrać dziesięciu. Nie było to łatwe, bo wiele osób radziło sobie naprawdę dobrze. Wywoływałem więc kolejno poszczególne osoby i odbywałem z nimi krótki, indywidualny trening. Po upływie dwóch godzin byłem gotowy podjąć decyzję. Ukradkiem poprosiłem grupkę osób o pozostanie.
- Dziękuję wszystkim, że zechcieli poświęcić swój czas i energię. Muszę przyznać, iż jestem pozytywnie zaskoczony. Wielu z tych młodych chłopców będzie w przyszłości świetnymi wojownikami. Grupa dorosłych także znakomicie się spisała. Pamiętajcie: "Trening czyni mistrza", dlaczego ćwiczcie nieustannie - zakończyłem.
Na twarzach wielu dostrzegałem uśmiech, ulgę i satysfakcję. Cieszyło mnie to. Gdy wszyscy wyszli, a została ze mną tylko ta dziesiątka znowu zacząłem mówić:
- Wybrałem was, ze względu na wasze umiejętności. Chciałbym was prosić, byście pomogli mi w schwytaniu Eskrawe i jego ludzi. Jeśli ktokolwiek z was nie chce narażać życia, niech wyjdzie stąd teraz.
Zdziwiłem się, gdy żaden nie opuścił swojego miejsca. Ile siły musiało tkwić w tych ludziach...
- Dziękuję... - szepnąłem z ulgą w głosie.
Potem przeprowadziłem z nimi specjalny trening. Pokazałem trudniejsze, bardziej zaawansowane chwyty. Nauczyłem więcej o wykorzystywaniu pola ataku na swoją korzyść. Radzili sobie wspaniale.
- Dobrze, już wystarczy. Świetnie się spisaliście. Za niedługo zostaną wam przekazane dalsze instrukcje. Wracajcie do domu - uśmiechnąłem się i wróciłem do gospody.
Zastanawiałem się, jak poszło Katii.
<Katia?>

środa, 22 lipca 2015

Katia - zadanie (z Keithem)

 S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
  Keith- S+W Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa


 Post 5 - Katia
Odetchnęłam z ulgą, gdy wreszcie znaleźliśmy się w cichym, przytulnym pokoju. Miałam dość tłumów, gwaru, nadmiaru zalewających mnie emocji, a przede wszystkim poczucia, że wszyscy uważnie śledzą każdy nasz ruch. Keith też wyraźnie się rozluźnił i jakoś tak mimochodem objął mnie ramieniem.
- Na pewno nic Ci nie jest? – zapytał – Zużyłaś dziś sporo energii, a potem jeszcze ten drań…. – urwał, a mnie zalała fala troski i tlącej się wciąż w chłopaku złości.
- Naprawdę już wszystko jest w porządku – powiedziałam łagodnie, ale widziałam, że nie jest przekonany, więc szybko zmieniłam temat – Dowiedziałeś się czegoś ciekawego od wojowników?
Keith skinął głową, a przez następną godzinę opowiadaliśmy sobie zasłyszane informacje, obserwując pogrążoną w ciemności wioskę za oknem i próbując ustalić jakiś sensowny plan działania. W końcu uznaliśmy, że najlepiej będzie jak jutro wszyscy mężczyźni i chłopcy powyżej dwunastu lat wezmą udział w treningu walki, a na koniec dnia Keith wybierze spośród nich najlepszych dziesięciu by poszli wraz z nami w góry Arak. Reszcie ten trening mógł się przydać i bez wyprawy, bo w razie gdyby ktoś zaatakował wioskę powinni umieć ją obronić. To samo tyczyło się zresztą kobiet, które w tym momencie były całkowicie bezbronne i zdane na łaskę Eskrawy. Postanowiłam, że rano zabiorę je do lasu na małą lekcję ziołolecznictwa, a po południu nauczę je strzelać z łuku. Nie przepadałam wprawdzie za używaniem broni i walką wręcz, ale wiedziałam, że im te umiejętności są teraz bardzo potrzebne.
- Żal mi tych ludzi – wbijając wzrok w jakiś punkt za oknem – Z tego, co mówili wynika, że Eskrawe nie daje im spokoju już od dłuższego czasu. Stracili już nadzieję na normalne, spokojne życie.
- Nie martw się, to już niedługo się skończy – powiedziałam łagodnie – Pomożemy im i odzyskamy magiczne stworzenia. A ten drań zapłaci za wszystko.
- Oby tak było… - wymamrotał mój towarzysz.
Odwrócił się od okna i zrobił kilka kroków w głąb pokoju, a ja z niepokojem zauważyłam, że słania się ze zmęczenia. W pewnym momencie musiał nawet podeprzeć się o blat stolika żeby nie stracić równowagi.
- Keith wszystko w porządku? – Zapytałam, podchodząc do niego szybko.
- Tak, to nic… - wymamrotał – Zaraz mi przejdzie.
Nie byłam, co do tego przekonana.
- Musisz odpocząć – powiedziałam stanowczo i delikatnie pociągnęłam chłopaka w stronę łóżka.
Keith bez protestów ułożył się wygodnie na materacu i niemal natychmiast odpłynął. Przycupnęłam na skraju łóżka i w zamyśleniu ogarnęłam śpiącemu włosy z twarzy. Chłopak nawet się nie poruszył, a ja siedziałam przy nim jeszcze przez dłuższy czas. Martwiłam się, że walka, a przede wszystkim kontakt z czarną magią zabrały mu zbyt wiele energii albo zrobiły coś jeszcze gorszego. Niby nie miałam powodów do obaw, sama go przecież leczyłam, ale mimo to gryzł mnie dziwny niepokój i nie mogłam się zmusić do zaprzestania czuwania. W końcu zapadłam w sen, wciąż przycupnięta na skraju łóżka Keitha z głową opartą o ścianę zbitą z drewnianych bali…

<Keith?>

wtorek, 21 lipca 2015

Keith - zadanie (z Katią)

S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 4 - Keith


Kiedy podszedłem do stolika, mężczyźni właśnie rozmawiali o tym, co w najbliższym czasie uczynił tutaj, jak się domyślałem, Eskrawe.
- To już przechodzi ludzkie pojęcie! Temu draniowi nigdy nie jest mało... - mówił jeden z nich.
 Reszta przyklasnęła mu. Wszyscy byli tak samo wściekli i poirytowani. Uznałem wiec, że to dobry moment, by wkręcić się do rozmowy.
- Czy to znaczy, że było więcej ataków? - zapytałem.
Najpierw trochę się obawiałem, że wyrzucą mnie albo będą milczeć. Jeden z nich zilustrował mnie wzrokiem. Nie dałem po sobie poznać, jak bardzo martwi mnie ten gest.
- Chłopcze, chyba nie zdołam ich zliczyć. Ukradli już prawie wszystkie magiczne stworzenia. Ci, którzy jeszcze cudem mają jakieś, trzymają je głęboko ukryte w zakamarkach swojego domu i nie mówią o tym nawet najbliższym znajomym - odezwał się.
- Dokładnie, nikt nie chce być bity ani zastraszany - odparł z pogardą drugi.
- Często tu bywają? - pytałem dalej, póki jeszcze mogłem.
- Praktycznie codziennie jest jakiś atak. Przybywają najczęściej w trzech. Wtedy łatwiej im wyciągnąć informacje - odpowiedział mi jeden z nich.
- Nie ma nikogo, kto by im się sprzeciwił? - rzekłem.
- Ci, co się odważyli, mokną właśnie na deszczu, bo nie mają gdzie mieszkać. Jak można nie mieć honoru i w nocy podpalać czyjś dom? - w jego głosie było słychać wściekłość, a co gorsze bezsilność.
- A wiecie przynajmniej, kto jest sprawcą tych ataków?
- Mówią na niego Eskrawe - to imię wypowiedział ze wstrętem. - Koleś macza palce w czarnej magii. Jest zbyt potężny, by ktokolwiek mógł go pokonać.
- A co z jego ludźmi? - dopytywałem dalej.
- Uważają się za niezwyciężonych, bo mają u boku tego... - powstrzymał się od użycia przekleństwa - Nie są tak silni, jak on, a przynajmniej nie pod względem magii. Siły za to im nie brakuje. Bywają bezlitośni, zabijają bez skrupułów.
- I nie możecie z nimi nic zrobić? - zapytałem z lekkim zdziwieniem w głosie.
Jeden z nich popatrzył na mnie wzrokiem pełnym nienawiści, wściekłości, pogardy, ale i bezsilności, bezradności, zwątpienia. Położył mi rękę na ramieniu, lekko o nie uderzając i powiedział:
- Chłopcze, my wszyscy tutaj mamy dom na utrzymaniu, żonę, dzieci do wykarmienia. Nikt z nas nie rzuci się w beznadziejną walkę. Nasze umiejętności nie są aż tak doskonałe. Z pewnością byśmy zginęli. Nie mamy wyboru.
Był przybity. Choć starał się nie okazywać swoich emocji, widziałem, że czuł się z tym źle. Zbójcy, nic nie warci ludzie, dla których liczy się tylko zysk, odbierali mu honor, sprawiali, że czuł się bezsilny. Zacząłem im współczuć, a w moim sercu obudziła się, większa niż zawsze, chęć pomocy. Już miałem się odezwać, dodać im otuchy, wlać w ich serca nadzieję, ale usłyszałem trzask otwieranych drzwi. Wszystkie rozmowy ucichły. Mężczyzna widocznie siał tu postrach. Postanowiłem nie wyróżniać się z tłumu. Skuliłem się, naśladując wojowników, siedzących ze mną przy stole i obserwowałem dalszy rozwój wydarzeń. Na początku było w porządku, żadnych awantur, lecz gdy mężczyzna zatrzymał się przy Katii, serce podskoczyło mi do gardła. Przeraziłem się jeszcze bardziej, kiedy usłyszałem jej krzyk. Podniosłem się momentalnie z miejsca, ale poczułem szarpnięcie za rękaw. Usiadłem mimo woli.
- Zwariowałeś, młodzieńcze? Życie ci niemiłe? Nic już nie możesz zrobić - powiedział ostro jeden z wojowników. Ten sam, który odpowiedział na moje ostatnie pytanie.
- Nie będę siedział i się gapił, jak krzywdzi moją bezbronną siostrę - odparłem dosadnie.
 Potem wstałem i niezrażony gabarytami mojego przeciwnika, wskoczyłem na stół.
- Nie wstyd ci tak krzywdzić bezbronne niewiasty? - zapytałem donośnym głosem.
 Mężczyzna odwrócił się, a potem soczyście zaśmiał.
- A ktoś ty? - odparł, wyraźnie rozbawiony. Już mnie lekceważył. Cóż, jego błąd.
- To nie istotne. Puść ją i zmierz się z kimś równym sobie. Inaczej gorzko pożałujesz - powiedziałem stonowanym, ale pewnym głosem.
- Czy ty rzucasz mi wyzwanie? Taki knypek jak ty? Myślisz, że masz ze mną szanse? Śmieszny jesteś. Będę robił to, co mi się podoba - odparł, śmiejąc się.
Potem ścisnął Katię za rękę. Ta pisnęła cicho. Tego już było za wiele. Wyciągnąłem schowaną za paskiem saksę. Żałowałem, że nie miałem przy sobie łuku. Już miałem się rzucić na mężczyznę, ale o to wpadł mi do głowy inny pomysł. Nie mogłem skrzywdzić Katii. Musiałem ją najpierw odciągnąć od napastnika. Zacząłem się rozglądać. Kiedy zerknąłem do góry, zauważyłem sterczące belki, podtrzymujące strop. Nie były bardzo grube, a znajdowały się dość nisko. Wystarczyło tylko skoczyć. "To jakbyś się huśtał na gałęzi" pomyślałem. Agresor stał odwrócony plecami do mnie. Teraz albo nigdy. Oddałem skok, przytrzymałem się drewna i uderzyłem w prawy bok mężczyzny. Miałem nadzieję, że pod wpływem oszołomienia po prostu zwolni uścisk lewej ręki, a dzięki temu Katia się wyswobodzi. Stało się tak, jak przewidziałem. Facet runął jak długi na ziemię.
- Odejdź w kąt! - krzyknąłem.
Puściłem się belki, licząc na to, że stanę na równych nogach, ale niestety, tak się nie stało. Niefortunnie trafiłem stopami sam koniec niewielkiego stołu. Nie był aż tak wytrzymały, jak mógłbym się spodziewać. Mój ciężar sprawił, iż mebel się przewrócił, a ja razem z nim. Katia od razu pobiegła do mnie.
- Nic ci nie jest? - zapytała.
- Nie przejmuj się mną. Idź po mój łuk i kołczan, prędko - nakazałem jej.
Dziewczyna od razu wykonała moje polecenie. Lewy bok bolał mnie niemiłosiernie. Postanowiłem jednak zdusić w sobie ten ból. Dałem radę się podnieść i przyjąłem pozycję bojową. Podejrzany mężczyzna dopiero podnosił się z podłogi. Był wściekły. Od razu wyciągnął nóż. Odetchnąłem z ulgą, że to nie miecz. Wówczas byłoby mi o wiele trudniej.
- Ze mną się nie zadziera. Chciałem ci odpuścić twoją wcześniejszą zuchwałość, ale przesadziłeś. Teraz z chęcią przeszyję tym twoje serce - powiedział grubym głosem, wskazując na broń, którą dzierżył w ręce.
Nie podszedłem do niego. Chciałem, by to on wykonał pierwszy ruch. Nie musiałem długo czekać. Mężczyzna zamachnął się nożem. Zrobiłem unik i z całej siły kopnąłem go w bok, na który upadł. Ten skulił się. Teraz to ja postanowiłem zaatakować. Pchnąłem saksę do przodu, ale mój atak od razu został sparowany. Przez chwilę wymienialiśmy się ciosami. Manewrowałem bronią w taki sposób, by zmusić przeciwnika do wykonania konkretnego pchnięcia. Celowo odsłaniałem swoje lewe biodro. Po kilkunastu sekundach napastnik zamachnął się i wycyrklował w nieosłonięte miejsce. Na to czekałem. Wykonałem unik. W czasie obrotu umieściłem saksę w lewej ręce. Następnie wolną dłonią chwyciłem mężczyznę  go za nadgarstek i z całej siły popchnąłem do przodu. Ten po raz kolejny leżał na deskach.
- Nie doceniasz mnie - powiedziałem spokojnie.
Mój przeciwnik podniósł się szybko. Twarz czerwieniała mu z wściekłości. Od razu się na mnie rzucił. Odskoczyłem, ale trochę za późno. Ostra cześć jego noża drasnęła mnie w bok. Naparł na mnie z taką szybkością, że straciłem równowagę. On z kolei wpadł na krzesło. Teraz obydwaj zaliczyliśmy, już po raz kolejny, bliskie spotkanie z drewnianą podłogą. Nie byłem w stanie się podnieść. Mój przeciwnik niestety tak. Niepewnie stawał kroki, ale z każdą sekundą był coraz bliżej i bliżej. Nie mogłem nawet użyć mocy pyrokinezy. Po pierwsze byłem zbyt osłabiony, a po drugie, bałem się, że podpalę gospodę, jeśli źle wyceluje. "To koniec" przeszło mi przez głowę.
- Keith! - usłyszałem krzyk mojej towarzyszki.
Odwróciłem głowę w tamtą stronę. Łuk i kołczan leciały w moim kierunku. Szybko je chwyciłem. Rzut Katii okazał się idealny. Adrenalina tak bardzo opanowała moje ciało, że zapomniałem o bólu. Błyskawicznie nałożyłem strzały. Nie było czasu, by aktywować celownik. Musiałem zdać się na swój instynkt. Wycelowałem i wypuściłem pocisk. Ten zdawał się lecieć jakby w zwolnionym tempie. Zbliżał się do ręki napastnika. Wstrzymałem oddech. Grot strzały idealnie musnął wszystkie palce mężczyzny, które trzymały rękojeść noża. Usłyszałem szczęk metalu, upadającego na deski. Odetchnąłem z ulgą i natychmiast wypuściłem drugą strzałę. Ta lekko rozcięła jego łydkę. W między czasie Katia kopnęła porzuconą broń agresora pod jeden ze stołów. Ja odetchnąłem z ulgą. Nie miałem już sił, by wycelować kolejny raz. Na szczęście mój przeciwnik zrozumiał, że nie ma już szans i rzucił się do ucieczki. - Jeszcze cię dorwę. Zadarłeś z niewłaściwą osobą - wysyczał i szybko wypadł za drzwi. Kiedy te się zatrzasnęły, moja towarzyszka podeszła do mnie. Najszybciej jak mogła, wyleczyła wszystkie moje obrażenia. Byłem trochę obolały, ale przynajmniej mogłem się podnieść. Od razu rzuciłem się dziewczynie na szyję. Nie wiem dlaczego. To był odruch.
- Nic ci nie zrobił? - zapytałem troskliwie.
- Nie, dzięki tobie - powiedziała cicho.
Oderwałem się od niej i uśmiechnąłem.
- Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło.
Nagle poczułem na sobie tysiące spojrzeń. Odwróciłem się. Cała gospoda wlepiała we mnie wzrok. Po chwili oczekiwania rozległy się brawa. Postanowiłem wykorzystać ten moment. Stanąłem na jednym ze stołów. Uniosłem ręce, by uciszyć ten wrzask.
- Moi drodzy, jak widzicie, nikt nie jest niezniszczalny. Nie istnieją ludzie, których nie można pokonać. Najgorsze, co możecie zrobić, to dać się zastraszyć. Jest wśród was tylu rosłych mężczyzn, którzy z pewnością, wspólnymi siłami poradziliby sobie z tym osiłkiem - zrobiłem krótką przerwę. - Ale nikt nie kiwnął palcem. Wszyscy siedzieliście na swoich miejscach. Gdyby mnie tu nie było, nawet nie chcę myśleć, co stałoby się z moją siostrą. A co jeśli na jej miejscu byłaby wasza żona lub córka? Czy i wówczas nie bronilibyście jej?
Gdy to usłyszeli, zwiesili głowy. Było im wstyd. Kontynuowałem dalej.
- Nie możecie dawać sobą tak pomiatać. Musicie się przeciwstawić, walczyć o swój honor.
- Ale jak? Przecież nie umiemy. Poza tym, gdzie nauczyłeś się tak posługiwać bronią? - przerwał mi któryś z mężczyzn.
Spojrzałem na Katię, a ta skinęła głową. Już czas, by ujawnić nasz cel.
- Lata ćwiczeń i nauki pozwoliły mi zdobyć te umiejętności. Nie jestem zwykłym podróżnym. Wraz z moją siostrą dostaliśmy polecenie schwytania Albiona Eskrawe. Nie uda nam się to jednak, jeśli nam nie pomożecie. Proponuję umowę. Ja nauczę kilku wybranych mężczyzn, w jaki sposób walczyć, a moja siostra przekażę nieco swojej wiedzy kobietom z waszej wioski na temat leczenia. Wy powiecie mi wszystko, co wiecie o Eskrawe i jego ludziach oraz w razie potrzeby, pomożecie mi w schwytaniu go. Umowa stoi? - zakończyłem swoją przemowę.
Zapadła cisza, nikt nawet nie śmiał się odezwać. Wreszcie mężczyzna, który próbował mnie powstrzymać przed wdaniem się w bójkę, wstał, spojrzał na mnie ze świeczkami w oczach i rzekł:
- Przywróciłeś mi nadzieję w normalne, spokojne życie. Podziwiam cię za twą odwagę i upór, wojowniku. Zrobię wszystko, o cokolwiek mnie poprosisz.
Uśmiechnąłem się i skinąłem głową w podziękowaniu. W końcu dołączyli do niego inni, aż wreszcie cała gospoda wstała z miejsc.
- Dziękuję wam za zaufanie. Jutro o godzinie 7 wszyscy chętni stawią się w gospodzie, o ile jej właścicielka wyrazi na to zgodę - powiedziałem.
- Oczywiście, zgadzam się - odparła.
 - Świetnie, do zobaczenia - odezwałem się na koniec.
Potem razem z Katią wróciliśmy do pokoju, by tam wymienić się informacjami oraz wrażeniami.

<Katia?>

Strony