Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

sobota, 22 sierpnia 2015

Nao


Razem z Miguelem pobiegliśmy do sali ziołolecznictwa. Zastaliśmy tam trzy dziewczyny, leżące na ziemi. Rozpoznałam jedynie Kitsune, z którą kiedyś miałam przyjemność rozmawiać. Natychmiast do niej podbiegłam i pomogłam wstać.
- Nic wam nie jest? - spytałam.
- Nie, już wszystko dobrze - odpowiedziała słabym głosem jedna z dziewczyn.
- Co tu się stało? - usłyszałam za sobą głos Miguela.
- Próbowałyśmy stworzyć więzienie dla opętanej, co doprowadziło do eksplozji - wytłumaczyła czerwonowłosa.
- I co? Udało się? - dopytywałam.
- Sama oceń - powiedziała i gestem ręki wskazała na ogromną klatkę.
- Wow, super! Wreszcie można działać! - krzyknęłam z entuzjazmem.
Obeszłam więzienie kilka razy dookoła i podziwiałam wykonanie, gdy nagle usłyszałam, jak ktoś gwałtownie otwiera drzwi do sali. Obróciłam się napięcie, aby sprawdzić, kto to.

Keith

Słowa Katii dotknęły mnie do żywego. Pobladłem z przerażenia. Czy ja na pewno dobrze usłyszałem?
- Mogłabyś powtórzyć? - zapytałem, próbując trzymać nerwy na wodzy.
Dziewczyna na moment zawahała się, ale po chwili odpowiedziała:
- Przyszła do mnie, była zdenerwowana. Zaczęła mnie obwiniać o to, co stało się z Caspairem - popatrzyła na moje przerażone oblicze. - Ale spokojnie, to nic - dodała szybko, lecz trochę zbyt chaotycznie.
Spuściłem głowę i potarłem skronie. Wiedziałem, że skoro Rengiku była zdenerwowana, to puściły jej nerwy. Z pewnością nawrzeszczała na Katię, to nie ulegało wątpliwości. Myślałem, iż jestem cierpliwy, a moje nerwy pokrywa stal tak gruba i trwała, że nikt nie może się przez nią przebić. Tak było aż do tego momentu. W mojej piersi palił się gniew. Domagał się uwolnienia. Jak mogła zrobić coś takiego? Przecież to ja wydawałem rozkazy. Ja, nie Katia! Dlaczego pobiegła najpierw do niej?! Wszystkie moje błędy jako dowódcy przemknęły mi przed oczami. Nazbierało się trochę potknięć, jednak to ostatnie biło resztę na głowę. W dodatku oberwała za mnie Katia, moja towarzyszka. Spojrzałem na nią. Stała przede mną i mierzyła mnie troskliwym wzrokiem. Wiedziała, że się obwiniam. O dziwo to spojrzenie zlikwidowało wszystkie negatywne emocje, a w dodatku dotarło do schowanego gdzieś głęboko optymizmu i pozwoliło mu wyjść na zewnątrz. Kąciki moich ust mimowolnie powędrowały do góry. Miałem ochotę ją przytulić, podziękować. Jakimś dziwnym trafem uratowała tego optymistę, którym jestem na co dzień. Teraz muszę się podnieść, wyjść z tego z wysoko uniesioną głową. Dla siebie, dla Caspaira i dla Katii. Nie powiedziała mi tego wprost, ale czułem, że we mnie wierzyła. Nie mogłem jej zawieść. Ostatecznie podszedłem do niej i patrząc jej w oczy, powiedziałem:
- Przepraszam, że musiałaś oberwać za mój błąd. Wiem, że Rengiku na pewno nie potraktowała cię łagodnie - przygryzłem wargę. - Podjąłem złą decyzję, ale rozstrząnie tego w nieskończoność nie pomoże Caspairowi. Znajdziemy go i postawimy na nogi choćby nie wiem, co się działo - uśmiechnąłem się. - Po tym wszystkim pójdę do Rengiku. Musi wiedzieć, że nie miałaś z tym nic wspólnego.
Mój głos był spokojny, przepełniony pewnością siebie. Nie bałem się konsekwencji ani wrzasków liderki Walecznych. Byłem na nią wściekły, a moja sympatia do niej przerodziła się w coś na kształt niechęci. Nie mogłem tylko zrozumieć, dlaczego padło akurat na Katię. Wcześniej Rengiku kazała mi też nie słuchać tego, co "ona by mi opowiadała". Czyżby przepełniała ją jakaś niechęć do niej? Musiałem prędzej czy później dowiedzieć się, co jest jej powodem...

<Katia?>

piątek, 21 sierpnia 2015

Katia

Przebiegłam praktycznie cały budynek, rozglądając się uważnie w nadziei, że zobaczę znajomą, uśmiechniętą twarz Keitha. Nic z tego. Nie dość, że nigdzie go nie było to jeszcze nikt z Walecznych nie był mi w stanie powiedzieć, gdzie się udał. Dowiedziałam się tylko, że chłopak „dostał burę od liderki i gdzieś się ulotnił”. To było jakąś godzinę temu i od tej pory Keitha nie widzieli.
Kiedy tylko o tym usłyszałam, wystraszyłam się, że mój partner zamierza na własną rękę uratować tego Walecznego, którym zawładnęła Aya. Wiedziałam, że choć jest świetnym wojownikiem to w pojedynkę sobie nie poradzi, więc znowu ruszyłam biegiem do wyjścia głównego. Planowałam jak najszybciej dosiąść Nari i dogonić towarzysza, ale ku mojej wielkiej uldze nie musiałam tego robić. Ledwo opuściłam szkołę zobaczyłam chłopaka rozmawiającego z Inori.
- Keith wszędzie cię szukam! – zawołałam z ulgą i lekkim wyrzutem.
- Dobrze się składa, bo ja też – odparł, ale jakoś tak mniej entuzjastycznie niż zwykle.
- To ja już pójdę – mruknęła Inori i szybko się ulotniła.
- To w jakiej sprawie mnie tak szukałaś? – zapytał chłopak, podchodząc do mnie.
- Pomożesz mi przetransportować tego Walecznego z powrotem do szkoły? – poprosiłam - Podobno jest gdzieś niedaleko.
Tak jak się domyślałam, Keitha dręczyło poczucie winy i to do tego stopnia, że ledwo wspomniałam o nieszczęsnym wartowniku, zacisnął pięści i zrobił się bardzo nerwowy.
- Tak, tak, oczywiście – odpowiedział cicho, a ja w tej chwili miałam wielką ochotę go przytulić i jakoś pocieszyć.
Opanowałam się jednak szybko, bo nie mieliśmy na to czasu.
- Dobrze, to teraz musimy jeszcze znaleźć Rias i Sarę. – oznajmiłam rzeczowym tonem - Będą nam potrzebne.
- Sara jest najprawdopodobniej w swoim pokoju – powiedział trochę pewniejszym tonem - A Rias nie miała robić jakiegoś więzienia dla Ayi? – zapytał.
- Racja, chodźmy sprawdzić.
Po tych słowach oboje ruszyliśmy do sali ziołolecznictwa. Po drodze gorączkowo zaczęłam przeszukiwać teren umysłem w poszukiwaniu naszej jasnowłosej Walecznej. W końcu zlokalizowałam ją w jej domu i z miejsca wyczułam, że jest w krainie sennych marzeń. Musiałam ją obudzić i to szybko, bo potrzebowaliśmy jej tu na już. Dlatego też bez ogródek wdarłam się do jej umysłu z mentalnym krzykiem.
Sara! Sara do cholery obudź się! Sara! Sala ziołolecznictwa!
Wyczułam, że dziewczyna zerwała się niemal natychmiast, więc zadowolona przerwałam połączenie. Byliśmy dopiero na pierwszym piętrze i od sali ziołolecznictwa dzieliło nas jeszcze kilka długich korytarzy, a Keith był tak zamyślony i zdenerwowany chyba nawet nie zauważył, że się na chwilę wyłączyłam. Widząc jak zatroskaną ma minę ponownie poczułam, że muszę coś zrobić by przestał się martwić, a na jego twarzy zagościł ten ciepły uśmiech….
- Keith – szepnęłam, przysuwając się do niego i kładąc rękę na ramieniu – Nie przejmuj się tak. Każdy popełnia błędy.
- Wiem – mruknął nieprzekonany i zatrzymał się by spojrzeć mi prosto w oczy – Ale przeze mnie Caspair może nawet stracić życie.
- Nie pozwolimy na to – zapewniłam z pasją – Przetransportujemy go do szkoły i tu go wyleczę. A jutro Rengiku i jej grupa wypadowa złapią Ayę i wszystko się uspokoi.
Keith spochmurniał na samą wzmiankę o mojej siostrze
– Nie jestem pewien czy Rengiku w ogóle się czymkolwiek przejęła.
- Jasne, że tak – westchnęłam – Wbrew pozorom się przejmuje tylko nie chce by ktokolwiek widział jej emocje, więc ukrywa je pod grubą maską. Ale te popisy i huśtawka nastrojów, kiedy dziś do mnie przyszła i zaczęła obwiniać o stan Caspaira najlepiej dowodzą…
- Co zrobiła?! – przerwał mi zdumiony Keith, a ja z niepokojem dostrzegłam, że zrobił się bardzo blady.

<Keith?>

Inori

Dzięki dobremu refleksowi Keith'a nie upadłam ze schodów. Mogłam zauważyć, że Keith czymś się martwi i obwinia. Chcąc z nim porozmawiać, zrezygnowałam jak tylko zobaczyłam dziewczynę szukając jego. Żegnając się z nim, odeszłam. Lekko zaniepokojona Keithem ruszyłam w dalsze poszukiwania Nao. Niestety nie znalazłam jej, a było dość późno. Wyszłam do ogrodu, gdzie chciałam trochę się przewietrzyć i pomyśleć, gdzie też mogła by być Nao. Usiadłam na jednej ze schód i przygarniając swoje nogi objęłam je rękoma i zaczęłam patrzeć się w niebo. Ciemno granatowe niebo, świecące na nim gwiazdy, księżyc prawie w pełni i kilka małych chmur. ~Ciekawe gdzie podziewa się Nao czy też Miguel- powiedziałam do siebie cicho pod nosem~
- Co tutaj robisz w tak chłodny wieczór całkiem sama. - usłyszałam czyiś głos za pleców. Nie chciałam się ani odwrócić. Byłam tak przybita i smutna, że nie miałam ani ochoty z nikim rozmawiać.

<Ktoś lub Keith?>

Silyen

Kiedy słyszałem, jak Ren zbywa Keitha, miałem ochotę jej wygarnąć. Złość płynęła w moich żyłach i dodatkowo podsycała kłębiące się po całym ciele emocje. Na szczęście bądź nie, chłopak zdążył mnie powstrzymać. Po opuszczeniu pokoju, idąc korytarzem, mruczałem jeszcze pod nosem jakieś mało znaczące słowa. "Jak można być tak bezczelnym? Rozumiem, że jest liderką, ale to nie znaczy, że jej wszystko wolno. Wykorzystuje ludzi do własnych celów. Oni tyrają za nią, starają się jak mogą, a ona nawet nie chce ich wysłuchać. Nawet gdyby to była totalna głupota, błaha sprawa, to mogłaby go po prostu odesłać. Nie jest w stanie poświęcić komuś nawet kilku minut... No, chyba że we własnym interesie" pomyślałem. Kiedy tak moja niechęć do Rengiku podnosiła się z każdą chwilą, zacząłem żałować, że w ogóle chciałem jej pomóc. Właśnie... Zwolniłem kroku. Teraz odtwarzałem w głowie moment, gdy znalazłem ją całkiem bezsilną na korytarzu. Pamiętałem, jak impulsywnie wówczas zareagowała. Przez to wspomnienie byłem jeszcze bardziej skołowany. Z czego wynika jej dziwne zachowanie? Dlaczego tak boi się okazywać swoje słabości, skoro każdy jakąś ma? Przecież by dowodzić nie trzeba być idealnym, ale zaskarbiać sobie sympatię współtowarzyszy. Rengiku robiła zupełnie odwrotnie. Wydawało mi się niekiedy, że wręcz gardzi ludźmi, którzy są wokół niej. W towarzystwie setki pytań krążących w mojej głowie, dotarłem w końcu do swojego pokoju. Opadłem bezwładnie na łóżko i sięgnąłem po telefon. Kilka nieodebranych połączeń oraz parę sms-ów od ojca. Odpisałem szybko, że nic mi nie jest, ale mamy taki sajgon w szkole, że nie ma czasu na zdanie szczegółowej relacji. Potem, nie zdejmując nawet ubrań, zasnąłem. Wiedziałem, iż za kilka godzin będę musiał ponownie widzieć się z liderką Walecznych. Westchnąłem ciężko i odpłynąłem do krainy sennych marzeń.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Sara

Wyszłam z sali stawiając długie, zirytowane i głośne kroki. Zupełnie jak mój brat. Myśl ta była tak zaskakująca, że przystanęłam. Odepchnęłam ją jednak szybko. Noce są od takich rozmyśleń. Znów ogarnął mnie gniew na Rengiku. Gdyby powiedziała coś wcześniej! Ze złością kopnęłam jedną z szafek. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Za dziewiątym razem cicho jęknęłam z bólu. Poczułam satysfakcję. Tak...To właśnie ból zawsze pozwalał mi odzyskać jasność umysłu. Tym razem też mnie nie zawiódł. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę kuchni. Przed drzwiami zatrzymałam się i przywołałam na twarz niepewny uśmiech. Pchnęłam zadziwiająco lekkie metalowe drzwi. Prawie od razu powitał mnie zapach czegoś mdłego i zdecydowanie nie jadalnego. Przełknęłam ślinę i pewnym krokiem weszłam do kuchni. Gdzieś obok mnie strzelił jeden z garnków, ale był to jedyny dźwięk w zalegającej tu ciszy.
- Halo? - zawołałam.
Odpowiedziała mi jedynie cisza. Zrezygnowana ruszyłam w stronę drzwi. Chciałam dobrze... W końcu nie zawaliłam mojej misji...Wykonałam zadanie.  Nagle ciszę rozproszyło ciche szuranie. Moja ręka zamarła na drzwiach. Zastanawiałam się czy dźwięk, który usłyszałam był prawdziwy. Nieraz przecież człowiek słyszy to...Co chce usłyszeć. Kolejne szurnięcie. Odwróciłam się. Tym razem byłam pewna, że ktoś (lub coś) tu jest. Nie myliłam się. Zza jednego z blatów patrzył na mnie dziwnie uśmiechnięty jegomość. Zdjęłam rękę z drzwi, usiłując posłać mu jeden  moich najserdeczniejszych uśmiechów.
- Dzień dobry! - powiedziałam głośno zastanawiając się czy kucharz nie jest przypadkiem głuchy. Nie był. Na dźwięk mojego głosu skrzywił się z niezadowoleniem.
-Nie lubię gdy ktoś krzyczy w mojej kuchni młoda damo.Nie lubię też gdy ktokolwiek wchodzi do mojej kuchni... - powiedział to takim tonem, że cofnęłam się o pół kroku. - Po co tu przyszłaś? Czyżbyś była jednym z tych małych podstępnych pędraków szukających moich tajnych przepisów?!
Cofnęłam się o kolejne pół kroku. Czułam za plecami zimno metalowych drzwi.
- N-nie. - szepnęłam usiłując opanować drżenie głosu. Nie wiedzieć czemu niepokoił mnie widok tego kucharza.Coś było nie tak w jego uśmiechu, przy którym pokazywał wszystkie zęby oraz w jego wiecznie ruszających się rękach. - Przysłała mnie Rengiku...Potrzebuje...Sporego zapasu jedzenia. Dla...- Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem ile osób Rengiku zamierzała zabrać na swoją wyprawę. Dziesięć? Uważałam, że wyższa liczba byłaby już małym tłumem. Do tego jeszcze konie... - D-dla dziesięciu osób. Powiedziałam po chwili wahania.
Kucharz spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Taaaa? Na kiedy to potrzebuje?
Spuściłam wzrok
- Na jutro. - zamierzałam powiedzieć to cicho, ale moje słowa nagle stały się niezwykle głośne. Czekałam na wybuch niezadowolenia ze strony kucharza. Nie zawiodłam się.
- Na JUTRO?! - mężczyzna złapał się za głowę w niedowierzaniu. - Przecież nic nie zdążę uszykować! - w jego głosie pobrzmiewała panika.
Podniosłam wzrok. Przecież kucharz nie musiał niczego gotować.
- Nie musi pan niczego przygotowywać. Wystarczy, że zapakuje trochę chleba. Mięsa. - W moim głosie zabrzmiało powątpiewanie
- Myślisz, że tak łatwo to zapakować?! Jasne! Wszyscy tak myślą! Trochę tego trochę tamtego i już! Spakowane! Przecież to do cholery żadna filozofia, czyż nie? - delikatnie oparłam się o drzwi, widząc czerwoną twarz kucharza. Nie mogłam już się bardziej cofnąć.
- Może....Panu pomogę? - zapytałam cicho.
Kucharz przystanął przerywając swoje kazanie.
- Ech...Nie poradzę sobie. Możesz powiedzieć Rengiku, że na jutro wszystko będzie gotowe - powiedział zrezygnowanym głosem.
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się promiennie, popychając drzwi i z zadowoleniem wychodząc z kuchni.
Dopiero na korytarzu odetchnęłam z ulgą. Jedną sprawę załatwiłam. Zostały jeszcze dwie. Westchnęłam ciężko kierując się w stronę stajni.
***
Oddychanie chłodnym nocnym powietrzem sprawiło mi radość. Wciąż miałam w głowie wykrzykiwane za mną przez staruszka ze stajni słowa: "Żeby mi to było ostatni raz! Konie to nie zabawki! Nie można ich odkurzyć i od tak pojechać!". Mimo tych słów starzec zgodził się przygotować konie na jutrzejszą wyprawę. Teraz jeszcze bardziej martwiłam się o liczbę osób, które miały wziąć w niej udział.
Westchnęłam i ruszyłam sprintem w stronę zbrojowni.
 Gdy tam dotarłam nogi bolały mnie jak po kilkukilometrowym maratonie. Zaniedbałam się i nie mogłam sobie tego tłumaczyć ciężkim lub złym dniem. Otworzyłam drzwi rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu. Na ścianach zawieszone były wszystkie rodzaje broni. Każda broń, którą mogłam sobie wyobrazić była dokładnie w tej sali. Błądziłam wzrokiem po wieszakach i półkach szukając mojego trójzębu. To nie było trudne. Mimo, iż ktoś go przełożył, wszędzie rozpoznałabym ten złotawy błysk. Zacisnęłam dłoń na trójzębie. Moja broń tak naprawdę w żaden sposób się nie wyróżniała. Nie lśniła tajemniczym bladoniebieskim blaskiem, ani nie lewitowała niczym anielskie ostrza ofiarne. Jednak zawsze miałam nieodparte wrażenie, że jakaś magiczna siła przyciąga mnie do niej. Westchnęłam odkładając go na bok i łapiąc jeden ze sporych, sztywnych worków. Czas na pakowanie. Noże, miecze, łuki, strzały i wszystkie bronie, które nasuwały mi się pod rękę i należały do szkoły lądowały w worku. Gdy skończyłam moje uszy jęczały od odgłosu uderzającego żelastwa, a na rękach widniało kilka rozcięć, kiedy nieostrożnie i z roztargnieniem złapałam którąś broń. Uśmiechnęłam się jednak. Nie wierzyłam, że uda mi się jeszcze dziś zorganizować wszystkie potrzebne rzeczy. Złapałam mój trójząb i zadowolona wyszłam ze zbrojowni.
***
Nie pamiętam jak dowlokłam się do domu. Nie zdejmując pasa z nożami, z jękiem ulgi położyłam się na łóżku. Słyszałam jak wszystkie moje stawy skrzypią i trzaskają. Jeszcze raz jęknęłam. Przelotnie pomyślałam o demonicznej dziewczynie.
-Inni sobie poradzą - powiedziałam sennie sama do siebie.Słuchałam jak mój oddech się wyrównuje i z zainteresowaniem patrzyłam na podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową. Zamknęłam oczy, czując jak łapią mnie lepkie ręce snów. - Dobranoc Louis - szepnęłam zasypiając.
***
Nie spałam długo. W mojej głowie słyszałam krzyk. Sara! Sara do cholery obudź się! Głos należał do Katii. Spojrzałam na zegar i uśmiechnęłam się z satysfakcją. Spałam równe dziesięć minut. Sara! Sala ziołolecznictwa! Zeskoczyłam z łóżka. Byłam gotowa. Złapałam trójząb i wybiegłam z domu. Nie wiedziałam o co chodzi, ale wyglądało na to, że dzień się jeszcze dla mnie nie skończył.
 Jak mogłam tak samolubnie iść sobie spać?! Rozmyślałam z roztargnieniem pędząc w stronę szkoły.

<Katia?Keith?Ktoś inny z ekipy?>

środa, 19 sierpnia 2015

Keith

Po tym jak odważyłem się w końcu powiedzieć Rengiku, co o tym wszystkim myślę, nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Chodziłem po korytarzach nerwowy, jak nigdy dotąd. W końcu postanowiłem wyjść na zewnątrz. Dosłownie wybiegłem przed budynek, stanąłem twarz do ściany i wpatrywałem się w nią przez chwilę. Wreszcie uderzyłem parę razy pięścią w czerwone cegły i opadłem na trawę. Wiedziałem, że to moja wina. Stan Caspaira - to moje decyzje do niego doprowadziły. Przecież powinienem przewidzieć takie sytuacje, ale z drugiej strony, co miałem zrobić? Przecież Nao nie wytrzymała by tam całą noc, a skoro została w lesie to znaczy, że taki był rozkaz Rengiku. Widziałem, jak rozmawia z Miguelem. Mieszały się we mnie złość, frustracja, bezradność. Potrzebowałem się uspokoić, zebrać myśli. Zawsze myślałem, że dobrze radzę sobie w sytuacjach kryzysowych, ale wydarzenia z ostatnich kilku godzin uświadomiły mi, iż nie jestem odpowiedni na stanowisko dowódcy. Nie potrafiłem wyprzedzać faktów i myślałem stanowczo za długo. Westchnąłem ciężko. Przez moment wsłuchiwałem się w szum wiatru. Ten powoli zaczął zabierać ode mnie wszelkie negatywne emocje. Kiedy już się uspokoiłem, wstałem i wróciłem do środka. Nie wiedziałem, gdzie najpierw iść... W końcu postanowiłem, że po prostu wrócę do liderek i zapytam, czy nie jestem w czymś potrzebny. Skierowałem się do schodów i zaraz w moją stronę zaczęła "lecieć" Inori. Szybko złapałem ją za rękę, by nie upadła.
- Wybacz mi, że wpadłam na ciebie. Po prostu nie uważałam jak szłam - odezwała się.
- W porządku. Na twoje szczęście refleks mam nie najgorszy - uśmiechnąłem się.
- Keith - usłyszałem za sobą znajomy głos - wszędzie cię szukam.
Odwróciłem się. Tak, to była Katia.
- Dobrze się składa, bo ja też - odparłem.
- To ja już pójdę - oznajmiła Inori i w oka mgnieniu się ulotniła.
- To w jakiej sprawie mnie tak szukałaś? - zapytałem, podchodząc bliżej.
- Pomożesz mi przetransportować tego Walecznego z powrotem do szkoły? Podobno jest gdzieś niedaleko - poprosiła.
Przełknąłem nerwowo ślinę, a rękę mocno zacisnąłem na barierce. Na samą myśl o Caspairze dostawałem jakieś paranoi.
- Tak, tak, oczywiście - odpowiedziałem nieco ciszej niż zwykle.
- Dobrze, to teraz musimy jeszcze znaleźć Rias i Sarę. Będą nam potrzebne.
- Sara jest najprawdopodobniej w swoim pokoju, a Rias nie miała robić jakiegoś więzienia dla Ayi? - zauważyłem.
- Racja, chodźmy sprawdzić.
Po tych słowach oboje ruszyliśmy najpierw sali ziołolecznictwa. Mieliśmy nadzieję, że dziewczyny szybko się znajdą.

<Katia?>
<Inori, znalazłaś już Nao?>
<Sara, Rias? Dołączcie do nas!>

Strony