Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sara. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 sierpnia 2015

Sara

Wyszłam z sali stawiając długie, zirytowane i głośne kroki. Zupełnie jak mój brat. Myśl ta była tak zaskakująca, że przystanęłam. Odepchnęłam ją jednak szybko. Noce są od takich rozmyśleń. Znów ogarnął mnie gniew na Rengiku. Gdyby powiedziała coś wcześniej! Ze złością kopnęłam jedną z szafek. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Za dziewiątym razem cicho jęknęłam z bólu. Poczułam satysfakcję. Tak...To właśnie ból zawsze pozwalał mi odzyskać jasność umysłu. Tym razem też mnie nie zawiódł. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę kuchni. Przed drzwiami zatrzymałam się i przywołałam na twarz niepewny uśmiech. Pchnęłam zadziwiająco lekkie metalowe drzwi. Prawie od razu powitał mnie zapach czegoś mdłego i zdecydowanie nie jadalnego. Przełknęłam ślinę i pewnym krokiem weszłam do kuchni. Gdzieś obok mnie strzelił jeden z garnków, ale był to jedyny dźwięk w zalegającej tu ciszy.
- Halo? - zawołałam.
Odpowiedziała mi jedynie cisza. Zrezygnowana ruszyłam w stronę drzwi. Chciałam dobrze... W końcu nie zawaliłam mojej misji...Wykonałam zadanie.  Nagle ciszę rozproszyło ciche szuranie. Moja ręka zamarła na drzwiach. Zastanawiałam się czy dźwięk, który usłyszałam był prawdziwy. Nieraz przecież człowiek słyszy to...Co chce usłyszeć. Kolejne szurnięcie. Odwróciłam się. Tym razem byłam pewna, że ktoś (lub coś) tu jest. Nie myliłam się. Zza jednego z blatów patrzył na mnie dziwnie uśmiechnięty jegomość. Zdjęłam rękę z drzwi, usiłując posłać mu jeden  moich najserdeczniejszych uśmiechów.
- Dzień dobry! - powiedziałam głośno zastanawiając się czy kucharz nie jest przypadkiem głuchy. Nie był. Na dźwięk mojego głosu skrzywił się z niezadowoleniem.
-Nie lubię gdy ktoś krzyczy w mojej kuchni młoda damo.Nie lubię też gdy ktokolwiek wchodzi do mojej kuchni... - powiedział to takim tonem, że cofnęłam się o pół kroku. - Po co tu przyszłaś? Czyżbyś była jednym z tych małych podstępnych pędraków szukających moich tajnych przepisów?!
Cofnęłam się o kolejne pół kroku. Czułam za plecami zimno metalowych drzwi.
- N-nie. - szepnęłam usiłując opanować drżenie głosu. Nie wiedzieć czemu niepokoił mnie widok tego kucharza.Coś było nie tak w jego uśmiechu, przy którym pokazywał wszystkie zęby oraz w jego wiecznie ruszających się rękach. - Przysłała mnie Rengiku...Potrzebuje...Sporego zapasu jedzenia. Dla...- Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem ile osób Rengiku zamierzała zabrać na swoją wyprawę. Dziesięć? Uważałam, że wyższa liczba byłaby już małym tłumem. Do tego jeszcze konie... - D-dla dziesięciu osób. Powiedziałam po chwili wahania.
Kucharz spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Taaaa? Na kiedy to potrzebuje?
Spuściłam wzrok
- Na jutro. - zamierzałam powiedzieć to cicho, ale moje słowa nagle stały się niezwykle głośne. Czekałam na wybuch niezadowolenia ze strony kucharza. Nie zawiodłam się.
- Na JUTRO?! - mężczyzna złapał się za głowę w niedowierzaniu. - Przecież nic nie zdążę uszykować! - w jego głosie pobrzmiewała panika.
Podniosłam wzrok. Przecież kucharz nie musiał niczego gotować.
- Nie musi pan niczego przygotowywać. Wystarczy, że zapakuje trochę chleba. Mięsa. - W moim głosie zabrzmiało powątpiewanie
- Myślisz, że tak łatwo to zapakować?! Jasne! Wszyscy tak myślą! Trochę tego trochę tamtego i już! Spakowane! Przecież to do cholery żadna filozofia, czyż nie? - delikatnie oparłam się o drzwi, widząc czerwoną twarz kucharza. Nie mogłam już się bardziej cofnąć.
- Może....Panu pomogę? - zapytałam cicho.
Kucharz przystanął przerywając swoje kazanie.
- Ech...Nie poradzę sobie. Możesz powiedzieć Rengiku, że na jutro wszystko będzie gotowe - powiedział zrezygnowanym głosem.
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się promiennie, popychając drzwi i z zadowoleniem wychodząc z kuchni.
Dopiero na korytarzu odetchnęłam z ulgą. Jedną sprawę załatwiłam. Zostały jeszcze dwie. Westchnęłam ciężko kierując się w stronę stajni.
***
Oddychanie chłodnym nocnym powietrzem sprawiło mi radość. Wciąż miałam w głowie wykrzykiwane za mną przez staruszka ze stajni słowa: "Żeby mi to było ostatni raz! Konie to nie zabawki! Nie można ich odkurzyć i od tak pojechać!". Mimo tych słów starzec zgodził się przygotować konie na jutrzejszą wyprawę. Teraz jeszcze bardziej martwiłam się o liczbę osób, które miały wziąć w niej udział.
Westchnęłam i ruszyłam sprintem w stronę zbrojowni.
 Gdy tam dotarłam nogi bolały mnie jak po kilkukilometrowym maratonie. Zaniedbałam się i nie mogłam sobie tego tłumaczyć ciężkim lub złym dniem. Otworzyłam drzwi rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu. Na ścianach zawieszone były wszystkie rodzaje broni. Każda broń, którą mogłam sobie wyobrazić była dokładnie w tej sali. Błądziłam wzrokiem po wieszakach i półkach szukając mojego trójzębu. To nie było trudne. Mimo, iż ktoś go przełożył, wszędzie rozpoznałabym ten złotawy błysk. Zacisnęłam dłoń na trójzębie. Moja broń tak naprawdę w żaden sposób się nie wyróżniała. Nie lśniła tajemniczym bladoniebieskim blaskiem, ani nie lewitowała niczym anielskie ostrza ofiarne. Jednak zawsze miałam nieodparte wrażenie, że jakaś magiczna siła przyciąga mnie do niej. Westchnęłam odkładając go na bok i łapiąc jeden ze sporych, sztywnych worków. Czas na pakowanie. Noże, miecze, łuki, strzały i wszystkie bronie, które nasuwały mi się pod rękę i należały do szkoły lądowały w worku. Gdy skończyłam moje uszy jęczały od odgłosu uderzającego żelastwa, a na rękach widniało kilka rozcięć, kiedy nieostrożnie i z roztargnieniem złapałam którąś broń. Uśmiechnęłam się jednak. Nie wierzyłam, że uda mi się jeszcze dziś zorganizować wszystkie potrzebne rzeczy. Złapałam mój trójząb i zadowolona wyszłam ze zbrojowni.
***
Nie pamiętam jak dowlokłam się do domu. Nie zdejmując pasa z nożami, z jękiem ulgi położyłam się na łóżku. Słyszałam jak wszystkie moje stawy skrzypią i trzaskają. Jeszcze raz jęknęłam. Przelotnie pomyślałam o demonicznej dziewczynie.
-Inni sobie poradzą - powiedziałam sennie sama do siebie.Słuchałam jak mój oddech się wyrównuje i z zainteresowaniem patrzyłam na podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową. Zamknęłam oczy, czując jak łapią mnie lepkie ręce snów. - Dobranoc Louis - szepnęłam zasypiając.
***
Nie spałam długo. W mojej głowie słyszałam krzyk. Sara! Sara do cholery obudź się! Głos należał do Katii. Spojrzałam na zegar i uśmiechnęłam się z satysfakcją. Spałam równe dziesięć minut. Sara! Sala ziołolecznictwa! Zeskoczyłam z łóżka. Byłam gotowa. Złapałam trójząb i wybiegłam z domu. Nie wiedziałam o co chodzi, ale wyglądało na to, że dzień się jeszcze dla mnie nie skończył.
 Jak mogłam tak samolubnie iść sobie spać?! Rozmyślałam z roztargnieniem pędząc w stronę szkoły.

<Katia?Keith?Ktoś inny z ekipy?>

piątek, 14 sierpnia 2015

Sara

Byłam zdezorientowana. Co tu się kurde działo? Czy znów coś popsułam? Przecież powiadomiłam Małego o jego zadaniu. Po minie Keitha wywnioskowałam, że tym razem sprawa nie dotyczyła bezpośrednio mojej osoby, co mnie nieznacznie uspokoiło. Zdałam sobie sprawę z własnej głupoty. Przecież Keith wpadł na mnie PRZYPADKIEM, więc z pewnością nie chodziło o mnie. Nie tracąc więcej czasu na przemyślenia, pobiegłam za chłopakiem. Keith w biegu wyjaśnił mi całą sytuację. Gdy skończył na chwilę zwolniłam. Nie wiedziałam zbyt dużo o całej sprawie ze skradzionym przedmiotem....Spałam. Jednak sam fakt, że tak szybko złapali tą dziewczynę był dla mnie nieco zaskakujący. Przez chwilę nawet udało mi się zapomnieć, że dziewczyna wymknęła się spod kontroli... Znaleźliśmy się w niezłym bagnie. Raczej nie uczono nas na treningach co zrobić w takiej sytuacji...Chociaż....Przypomniałam sobie słowa wpajane nam podczas wszystkich lekcji.
Adaptacja, akceptacja, reakcja.
Teraz najważniejsze to znaleźć Rengiku.
Przyśpieszyłam, ślizgając się na gładkich płytkach. Mijaliśmy korytarze zaglądając do sal. Przecież gdzieś musiała być...Prawda?
<Rengiku?Keith?>

środa, 12 sierpnia 2015

Sara

Westchnęłam cicho rozglądając się po korytarzu. Nie miałam pojęcia gdzie szukać tego chłopaka. Przywołałam w pamięci jego akta Elliot "Mały" Vavere. Przezwisko raczej mu nie pasowało. Prawie dwa metry wzrostu...Sama miałam zaledwie metr siedemdziesiąt pięć. Wzruszyłam ramionami, zastanawiając się gdzie powinnam zacząć szukać. Z braku laku ruszyłam w lewo, mając nadzieję, że kieruję się do biblioteki..
Zajrzałam do biblioteki, sali kinowej... Spotkałam kilka osób, które "ostatnio widziały Małego... ". Niestety żadna wskazówka nie okazała się pomocna.
Zajrzałam do stołówki, gdzie po chłopaku nie było śladu. Z rozczarowanym westchnieniem ruszyłam korytarzem w stronę kafeterii. Było to ostatnie miejsce, które przyszło mi do głowy i raczej nie wierzyłam, że uda mi się gdziekolwiek jeszcze znaleźć tego chłopaka. Zapadł się pod ziemię? Odleciał?
W końcu dotarłam do kafeterii. Niepewnie otworzyłam drzwi, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Na jednym z dużych czarnych foteli siedział jakiś chłopak... Zmrużyłam delikatnie oczy. Tak...To chyba on.
Czytał jakąś książkę. Powoli ruszyłam w jego stronę.
Odkaszlnęłam, aby zwrócić jego uwagę, ale Elliot ewidentnie mnie ignorował.
Podeszłam trochę bliżej.
- Elliot Vavere? - zapytałam dość głośno. Dopiero teraz chłopak raczył podnieść na mnie wzrok.
- Taaaa? - powiedział podnosząc jedną brew.
- Sara Jerome. Rengiku ma dla ciebie zadanie... - Na te słowa chłopak nieznacznie się ożywił - Musisz na jutro zebrać Rasula i jakiegoś chłopaka mającego podobny profil do waszego... - poinformowałam
Chłopak jednak nie wyglądał na zadowolonego nowym zadaniem. Przez chwilę w jego oczach zauważyłam iskierkę....Gniewu?
- Tylko tyle? Dlaczego nie mogę podjąć misji sam? Przecież Rengiku zna moje możliwości! - Z chwili na chwilę mówił coraz głośniej. Wszystkie komórki mojego ciała chciały cofnąć się o kilka kroków, ale tego nie zrobiłam. Zamiast tego także poczułam coś na kształt kontrolowanej złości.
- Tak się składa, że Rengiku zamierzała zbić jak najsilniejszą grupę, która akurat teraz jest nam bardzo potrzebna. A ciebie zamierzała ustanowić jej kapitanem! Co powinieneś uznać za spore wyróżnienie, czyż nie?! - powiedziałam z narastającą złością w głosie. - Jednakże zastanawiam się czy podjęła dobry wybór - dodałam cicho, patrząc z powątpiewaniem na chłopaka.
Przez krótką chwilę nie mogłam nic wyczytać z jego twarzy. W głębi mojego umysłu zakiełkował strach. Miałam mu po prostu przekazać zadanie! Wspaniale! Właśnie zawaliłam moją pierwszą misję...
Po nieznośnej chwili milczenia Eliott przewrócił oczami.
- Dobraaa. Gdzie mam zebrać tą ekipę? - W jego głosie wyczułam zniecierpliwienie, jakby miał do roboty tysiąc innych, znacznie ciekawszych rzeczy. Jednak to akurat mnie nie obchodziło. Zgodził się! Wypełniłam moje pierwsze zadanie.
- Przed szkołą. Koło 9.00. - Powiedziałam usiłując przybrać jak najbardziej rzeczowy ton. Widząc, że chłopak nie ma nic więcej do powiedzenia, odwróciłam się na pięcie i wyszłam z sali.
Dopiero teraz cicho wypuściłam wstrzymywane powietrze.

<Rengiku?Ktoś inny?>
<Przepraszam za nieobecność, ale miałam awarię komputera i nie mogłam nic napisać.Ale teraz już będę.>

sobota, 1 sierpnia 2015

Sara

- Wasze milczenie uznaję za potwierdzenie przyjęcia poleceń - powiedziała spokojnie Rengiku. - A skoro tak, to nie ma co tracić czasu.
Dziewczyna skinęła na mnie i razem wyszłyśmy z sali. Znów uderzyła mnie cisza zalegająca w korytarzach, ale tym razem nie mogłam o tym dłużej rozmyślać. Dziewczyna bez słowa ruszyła przed siebie. Szłam za Rengiku ufając, że zna drogę. Dla mnie korytarze zawsze wyglądały tak samo. Mimo, że udało mi się wkuć cały plan budynku, idąc za nic nie mogłam połapać się w której części jestem. W końcu zatrzymałyśmy się przed jednym z pokoi. Rengiku weszła tam, po chwili wracając z kilkoma kluczami w ręce. Zrobiła zniecierpliwioną minę. Dopiero teraz zrozumiałam, że w jej ręce znajdują się klucze od Areny, które miała dać Ganimedesowi. "Jak ona zdołała o tym nie zapomnieć?" przemknęło mi przez myśl.

<Rengiku?Katia?Ganimedes?>

środa, 29 lipca 2015

Sara

Moje zdezorientowanie jeszcze wzrosło kiedy dostałam pełny opis sytuacji. Oderwałam wzrok od stołu, na którym dostrzegłam już wszystkie widoczne z tej odległości zadrapania i zwróciłam go w kierunku rozmówców. Przynajmniej wiedziałam już gdzie podziali się wszyscy uczniowie, ale...
- To... Co ja mam robić? - zapytałam, czując jak powoli kiełkuje we mnie niepokój. Naprawdę chciałam COŚ zrobić.
- Mogłabyś dołączyć do którejś z grup patrolowych - powiedział jakiś jasnowłosy chłopak. Nie znałam go. Właściwie jedyną osobą, którą tu znałam była Rengiku, którą znałam z widzenia.
- Ale w sumie z twoimi umiejętnościami mogłabyś się przydać tutaj - wtrąciła Rengiku - Jeśli tylko jesteś gotowa na ciężką pracę i dowodzenie innymi. - dodała.
Jej słowa docierały do mnie przez kilka sekund. Następnie w moim umyśle pojawiły się niezliczone odpowiedzi, argumenty i wątpliwości. Z moich ust niemal wydostało się głośne i bezsensowne "Ja?".
Moje milczenie chyba zostało uznane za wahanie.
- To jak, idziesz czy zostajesz? - powiedziała, lekko zirytowanym tonem.
Moje myśli ogarnął spokój. Podjęłam decyzję. I poczułam dziwną, nieracjonalną satysfakcję.
Złapałam głębszy oddech, podczas którego dotarł do mnie cały absurd sytuacji. Gdyby nie Izaya, którego zdążyłam już znienawidzić, choć jeszcze z nim nie rozmawiałam, nie byłby mnie tutaj i dalej bez celu kręciłabym się po szkole w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki.
-Zostaję - powiedziałam, sama dziwiąc się opanowaniem własnego głosu.
Dopiero teraz dostrzegłam ,że nadal skupiam na sobie całą uwagę zebranych.
-Więc...Co tu robimy? - zapytałam znów nieco zmieszana.

<Ganimedes? Keith? Katia? Rengiku?>

niedziela, 26 lipca 2015

Sara

Z ociąganiem otworzyłam oczy. Jedynie z przyzwyczajenia zerknęłam na zegarek. 9.49. Uśmiechnęłam się, wciąż oblepiona pajęczyną snów. Nagle do mojego umysłu przebiła się nieprzyjemna, natarczywa myśl. 9.49. Otworzyłam oczy, błyskawicznie siadając na łóżku. Spojrzałam jeszcze raz na zegar, mając nadzieję, iż godzina była tylko przewidzeniem. 9.50.
- O kurwa - powiedziałam, doskakując do szafy.
Spodnie, bluzka, kurtka, dwie różne skarpetki. Wszystko, co miałam w zasięgu wzroku wylądowało na łóżku. W pośpiechu ubrałam się, przygładziłam rozczochrane włosy i wybiegłam z domu.
Miałam wrażenie, że lecę, pędząc w stronę budynku szkoły. Cholera, cholera, cholera - słowo to odbijało się w moim umyśle niczym huk wystrzałów.
Wbiegłam do akademii. Ślizgając się na płytkach, pobiegłam w stronę mojej sali i z całej siły szarpnęłam za klamkę. Poczułam jednak opór. Zamknięte. Jęknęłam z frustracji. Dopiero teraz zauważyłam, jak cichy jest budynek. Jakby... Nigdzie nie prowadzono lekcji. Doskoczyłam do kolejnej z sal, usiłując ją otworzyć. Zamknięta. Tak jak myślałam.
Gdzie do cholery wszyscy wyszli?! W przypływie bezsilności kopnęłam ścianę, co spowodowało jedynie ból w stopie. Ból, który pozwolił mi oprzytomnieć. Rozejrzałam się po pustym korytarzu, szukając jakiegokolwiek dźwięku, oznaczającego, że gdzieś w tej szkole zachowała się jakakolwiek żywa dusza.
Po pewnym czasie udało mi się coś wyłowić. Coś jakby... krzyki. Ruszyłam korytarzem, szukając ich źródła. Z każdym moim krokiem odgłosy się nasilały. Byłam już przekonana, iż słyszę ludzkie głosy.
W końcu zatrzymałam się w jednym z korytarzy. Dźwięki kłótni były tu na tyle słyszalne, iż miałam wrażenie, że jej źródło jest tuż za drzwiami. Tylko... którymi?
Nagle jedne z drzwi otworzyły się z impetem. Instynktownie schowałam się za jedną z szafek. Z sali wyszedł ten sam chłopak, którego widziałam wieczorem. Zakiełkował we mnie nieracjonalny gniew. Przygryzłam wargę, usiłując odzyskać jasność umysłu. Całe szczęście Izaya skierował się w przeciwną stronę, znikając mi z oczu.
Wyszłam zza szafki i powoli ruszyłam w stronę przed chwilą otwartych drzwi. Miałam nieodparte wrażenie, że nie powinnam się tu znaleźć. W moich myślach tysiące głosów radziło, aby wrócić do domu, odpuszczając dzisiejszy dzień i udając chorobę. Odepchnęłam je i powoli otworzyłam drzwi.
Moim oczom ukazały się 4 osoby. Ich wzrok skierował się w moją stronę, sprawiając, iż poczułam się bardzo niezręcznie.
-Ja... - wydukałam, czując się coraz bardziej zmieszana. - Chyba ominęło mnie coś ważnego... Czy... Ktoś wyjaśni mi, gdzie podziali się wszyscy uczniowie? - zapytałam, wbijając wzrok w jeden ze znajdujących się w sali stołów.

<Ganimedes? Keith? Katia? Rengiku?>

piątek, 10 lipca 2015

Sara

- Widzisz, mój brat jest dla mnie wyjątkowy. Tyle razy mi pomagał, że zawsze uważałam go za bohatera. Gdyby nie on, mielibyśmy poważne kłopoty - odpowiedziała.
Jej słowa mnie zabolały. Mimowolnie pomyślałam o Liamie i o mojej rodzinie. Miałam wrażenie, że ogromna stalowa pięść wbija mi się w żołądek, pozbawiając mnie tchu. Po raz kolejny dzisiejszego dnia dostrzegłam zaskakujący kontrast między dwoma osobami.
Seo jednak nie mogła o tym wiedzieć. Byłam przekonana, że nie chciała sprawić mi przykrości. Nagły powiew wiatru osuszył łzy zbierające się pod moimi powiekami. Miałam nadzieję, że dziewczyna niczego nie zauważyła. Wydawała się taka szczęśliwa... Mimo wszystko.
Szłyśmy dalej,  pogrążone we własnych rozmyślaniach w przyjaznym milczeniu.
W końcu zatrzymałyśmy się przed jednym z budynków.
- To tutaj? - zapytałam, delikatnie unosząc jedną brew.

<Seo?>

Sara

Patrzyłam na Seo. Mimo wcześniejszych wydarzeń teraz wydawała się... szczęśliwa? Może to złe określenie, ale wyglądała, jakby wcześniejsze wydarzenie nie zostawiło żadnego śladu w jej psychice. Nie zadręczało jej. Ba! Na jej twarzy błądził uśmiech. Widać było, że przestała już myśleć o Izayi. Że zepchnęła swoje myśli na zupełnie inne tory.
Gdzieś wewnątrz mojego mózgu zabrzmiała nuta zazdrości. Zadziwiała mnie pogoda ducha tej dziewczyny. Kiedy ja wciąż smętnie analizowałam równie smętne myśli, ona myślała już o czymś weselszym. Czymś zupełnie innym. Dopiero po chwili zdałam sprawę, że się na nią gapię. Szybko spuściłam wzrok.
- Jeśli chcesz o coś zapytać, to nie krępuj się. Chociaż tyle mogę dla ciebie zrobić - powiedziała wesołym głosem. Nie było już w nim łez, co sprawiło, że kąciki moich ust także wykrzywiły się w uśmiechu.
Seo nie miała wobec mnie żadnego długu. Nie musiała odpowiadać na moje pytania, ani czegokolwiek dla mnie robić.
- Nie, tylko... - zacięłam się, nie widząc, czy tak naprawdę mam jakieś pytania. - O czym tak myślisz? - zapytałam w końcu, ciekawa, jaka myśl może tak diametralnie zmienić nastrój.

<Seo?>

czwartek, 9 lipca 2015

Sara

Patrzyłam badawczo na dziewczynę, usiłując wychwycić jak najwięcej informacji z jej krótkiej, dość chaotycznej wypowiedzi. Zastanawiała mnie sprawa Izayi. Wciąż obstawiałam przy swoim, twierdząc, że żaden szanujący się facet nie cieszyłby się z łez dziewczyny. NORMALNY szanujący się facet...
Z przerażeniem stwierdziłam, że w oczach dziewczyny znów pojawiły się łzy, jakby samo opowiadanie historii dzisiejszego dnia ją dobijało.
- Może przesadzam, ale nie umiem wytrzymać w takich sytuacjach. Pewnie myślisz, że jestem słaba. Też tak sądzę - Seo zaśmiała się cicho, nerwowo. Powstrzymywała łzy. Usiłowała ukryć je za ścianą uśmiechu... Jej zachowanie było takie znajome...
Popatrzyłam badawczo na dziewczynę, gorączkowo szukając słów pocieszenia.
-"Miękkie serce w brutalnym świecie - to odwaga, nie słabość" - powiedziałam, przypominając sobie jeden z moich ulubionych cytatów. - Nie powinnaś pozwolić, aby ktoś tobą manipulował, aby zmieniał twoje spojrzenie na świat. Właśnie to, jaka jesteś, czyni cię wyjątkową. Różniącą się od innych. Jedyną w swoim rodzaju - dodałam.
Wciąż jednak nie rozumiałam, dlaczego. Po co ten chłopak wdał się z nią w dyskusję? Co mu dało doprowadzenie jej do łez? Chorą satysfakcję? Poczucie spełnienia? Niestety. Moje pytania musiały poczekać. Jeśli naprawdę chciałam poznać odpowiedź, musiałam spotkać Izayę.
Rozejrzałam się po pustym dziedzińcu oświetlonym nikłym światłem latarni.
-Odprowadzić cię? - zapytałam.

<Seo?>

Sara

Jej uśmiech od razu sprawił, że poczułam satysfakcję. Wydawała się miłą osobą. Cichy głos w mojej głowie zastanawiał się jednak... co takiego się wydarzyło? Dlaczego Seo była taka zdruzgotana? Kim był ten chłopak? Czego od niej chciał? Myśli w mojej głowie przewijały się w zawrotnym tempie. Kiedy naiwnie usiłowałam złapać którąś z nich, przygniatały mnie kolejne. W końcu odsunęłam od siebie wszystkie pytania. Przeanalizowałam sytuację jeszcze raz, tak jak uczono nas na treningach. Teraz, patrząc przez pryzmat moich wspomnień, mogłam porównać całą scenę do aktu z dramatu, co mogłoby się wydawać zabawne, gdyby nie fakt, że tuż przede mną stała zapłakana dziewczyna, a dramat nigdy nie kończy się happy endem.
Spojrzałam wymownie w stronę, gdzie zniknął chłopak.
-O co chodziło? - zapytałam po chwili, mając nadzieję, że po policzkach dziewczyny znów nie popłyną łzy.

<Seo?>

środa, 8 lipca 2015

Sara

Wracałam do mojego pokoju w akademii. W uszach miałam słuchawki, w których powoli płynęła jakaś nudna i nieciekawa melodia. Westchnęłam, wyłączając urządzenie. Dopiero teraz podniosłam wzrok. Przed sobą zobaczyłam dziwną scenę. Zapłakana dziewczyna rozmawiała z jakimś chłopakiem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dziewczyna była na skraju załamania nerwowego, natomiast chłopak z opanowaną miną i uśmiechem błądzącym gdzieś na twarzy coś do niej mówił. Patrzyłam na całą scenę okiem artysty, wychwytując kontrasty i powiązania.
Obok dziewczyny leżała porzucona torebka po cukierkach. Większość rozsypała się na ziemi, formując kolorowe wzory. Przypuszczalnie ich właścicielka nawet tego nie zauważyła. Zaciskała bezradnie ręce, słuchając słów rozmówcy.
Byłam ciekawa co spowodowało, że na jej twarzy pojawiły się łzy. Dlaczego chłopak był tak nienaturalnie opanowany? Cichy głos podpowiadał mi, aby spróbować podsłuchać chociażby część rozmowy. Zignorowałam go i przyśpieszyłam kroku. Mam wiele cech charakteru, ale nie mogłam do nich zaliczyć wścibskości.
W pewnym momencie chłopak odwrócił się, jakby zamierzał odejść. Po kilku krokach przystanął jednak, jakby przypomniał sobie coś bardzo ważnego.
- Nazywam się Izaya Zatushi. Jeszcze się spotkamy w mniej przyjaznych okolicznościach… - powiedział to na tyle głośno, że nie miałam kłopotów z usłyszeniem jego słów.
Zatrzymałam się, patrząc na odchodzącego Izayę, nie rozumiejąc całej sytuacji.
Dopiero kiedy chłopak zniknął, zwróciłam uwagę na dziewczynę. Schyliła się, zbierając rozsypane cukierki. W jej oczach lśniły łzy, które dzielnie usiłowała powstrzymać.
W mojej głowie powoli kiełkował gniew.
Jaki chłopak pozwala, aby dziewczyna przez niego płakała? Jaki chłopak się z tego CIESZY?!
Podeszłam do niej i bez słowa pomogłam jej zbierać słodycze. Gdy skończyłyśmy, wyprostowałam się i uważnie na nią spojrzałam. Jej oczy wciąż były szkliste, wypełnione szczerym przerażeniem.
-Jak masz na imię? - zapytałam szeptem, przerywając niezręczną ciszę.

<Seo?>

wtorek, 7 lipca 2015

Sara

Siedziałam w ogrodzie. Jeśli ogrodem można nazwać ten ogromny las, przez który przed chwilą przechodziłam. Teraz znajdowałam się nad jeziorem wdychając tę woń charakterystyczną dla zbiorników wodnych. Byłam bardzo ciekawa, czy ktokolwiek oprócz legendarnego pustelnika zna wszystkie zakątki tego lasu.
Nie wiem, jak długo tu siedziałam. Może godzinę? Dwie?
Po moich policzkach spływały łzy. Nie łkałam. Czułam się jak posąg, po którym powoli spływają krople deszczu. Od dawna usiłowałam sobie wytłumaczyć, że Louis żyje. Że po prostu musiał zniknąć. I nie mógł się... ze mną skontaktować? Jakkolwiek? Kolejna łza uderzyła o taflę wody.
Podniosłam mój szkicownik ocierając łzę. Złapałam ołówek i leniwie rysowałam niczym nie zmąconą taflę jeziora. Tak naprawdę nie chciałam rysować, ale mój umysł musiał się czymś zająć.
Obok mojego ucha przeleciało jakieś bzyczące stworzenie. Odruchowo machnęłam ręką robiąc wielką, szarą kreskę na moim i tak niezbyt urodziwym obrazku. Rozejrzałam się w poszukiwaniu gumki do mazania. Byłam przekonana, że zabierałam ją wychodząc z mojego pokoju. Niestety, przedmiot zniknął. Westchnęłam z irytacją i wbiłam wzrok w przeciwległy brzeg jeziora, zatapiając się we własnych myślach.
Byłam tu od niedawna, jednak powinnam już... kogoś poznać. Odepchnęłam od siebie tę myśl. Jedyna osoba, którą znałam, to pan Nemu. Od uczniów trzymałam się raczej z daleka. Nie znałam ich, a sama myśl o jakiejkolwiek próbie nawiązania rozmowy była dla mnie przerażająca. Miast interakcji z innymi ludźmi, skupiałam treningach i niewielkich, przydzielanych mi misjach.
Nieraz zastanawiałam się, dlaczego. Nie byłam przecież nieśmiała. Po prostu...
Moim ciałem wstrząsnął dreszcz, wyrywając mnie z zamyślenia. Nie byłam pewna, czy przypadkiem nie zasnęłam. Słońce niebezpiecznie schyliło się ku zachodowi, a ja... nie do końca znałam drogę powrotną. Skrzywiłam się na myśl o szukaniu moich punktów charakterystycznych w plątaninie liści.
Podniosłam się z ziemi i po raz ostatni spojrzałam na zachodzące słońce. Ściemni się za... Wlepiłam wzrok w kąt promieni słonecznych usiłując odgadnąć godzinę.
Byłam tak pochłonięta obliczeniami, iż nie zwróciłam uwagi na dobiegający z lasu cichy szelest liści.
- Ekchem - usłyszałam za własnymi plecami. Moje serce na chwilę zamarło, a mięśnie napięły się. Powoli odwróciłam głowę.

<Ktokolwiek?>

Strony