Wakacje
czwartek, 20 sierpnia 2015
Sara
- Halo? - zawołałam.
Odpowiedziała mi jedynie cisza. Zrezygnowana ruszyłam w stronę drzwi. Chciałam dobrze... W końcu nie zawaliłam mojej misji...Wykonałam zadanie. Nagle ciszę rozproszyło ciche szuranie. Moja ręka zamarła na drzwiach. Zastanawiałam się czy dźwięk, który usłyszałam był prawdziwy. Nieraz przecież człowiek słyszy to...Co chce usłyszeć. Kolejne szurnięcie. Odwróciłam się. Tym razem byłam pewna, że ktoś (lub coś) tu jest. Nie myliłam się. Zza jednego z blatów patrzył na mnie dziwnie uśmiechnięty jegomość. Zdjęłam rękę z drzwi, usiłując posłać mu jeden moich najserdeczniejszych uśmiechów.
- Dzień dobry! - powiedziałam głośno zastanawiając się czy kucharz nie jest przypadkiem głuchy. Nie był. Na dźwięk mojego głosu skrzywił się z niezadowoleniem.
-Nie lubię gdy ktoś krzyczy w mojej kuchni młoda damo.Nie lubię też gdy ktokolwiek wchodzi do mojej kuchni... - powiedział to takim tonem, że cofnęłam się o pół kroku. - Po co tu przyszłaś? Czyżbyś była jednym z tych małych podstępnych pędraków szukających moich tajnych przepisów?!
Cofnęłam się o kolejne pół kroku. Czułam za plecami zimno metalowych drzwi.
- N-nie. - szepnęłam usiłując opanować drżenie głosu. Nie wiedzieć czemu niepokoił mnie widok tego kucharza.Coś było nie tak w jego uśmiechu, przy którym pokazywał wszystkie zęby oraz w jego wiecznie ruszających się rękach. - Przysłała mnie Rengiku...Potrzebuje...Sporego zapasu jedzenia. Dla...- Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem ile osób Rengiku zamierzała zabrać na swoją wyprawę. Dziesięć? Uważałam, że wyższa liczba byłaby już małym tłumem. Do tego jeszcze konie... - D-dla dziesięciu osób. Powiedziałam po chwili wahania.
Kucharz spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Taaaa? Na kiedy to potrzebuje?
Spuściłam wzrok
- Na jutro. - zamierzałam powiedzieć to cicho, ale moje słowa nagle stały się niezwykle głośne. Czekałam na wybuch niezadowolenia ze strony kucharza. Nie zawiodłam się.
- Na JUTRO?! - mężczyzna złapał się za głowę w niedowierzaniu. - Przecież nic nie zdążę uszykować! - w jego głosie pobrzmiewała panika.
Podniosłam wzrok. Przecież kucharz nie musiał niczego gotować.
- Nie musi pan niczego przygotowywać. Wystarczy, że zapakuje trochę chleba. Mięsa. - W moim głosie zabrzmiało powątpiewanie
- Myślisz, że tak łatwo to zapakować?! Jasne! Wszyscy tak myślą! Trochę tego trochę tamtego i już! Spakowane! Przecież to do cholery żadna filozofia, czyż nie? - delikatnie oparłam się o drzwi, widząc czerwoną twarz kucharza. Nie mogłam już się bardziej cofnąć.
- Może....Panu pomogę? - zapytałam cicho.
Kucharz przystanął przerywając swoje kazanie.
- Ech...Nie poradzę sobie. Możesz powiedzieć Rengiku, że na jutro wszystko będzie gotowe - powiedział zrezygnowanym głosem.
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się promiennie, popychając drzwi i z zadowoleniem wychodząc z kuchni.
Dopiero na korytarzu odetchnęłam z ulgą. Jedną sprawę załatwiłam. Zostały jeszcze dwie. Westchnęłam ciężko kierując się w stronę stajni.
***
Oddychanie chłodnym nocnym powietrzem sprawiło mi radość. Wciąż miałam w głowie wykrzykiwane za mną przez staruszka ze stajni słowa: "Żeby mi to było ostatni raz! Konie to nie zabawki! Nie można ich odkurzyć i od tak pojechać!". Mimo tych słów starzec zgodził się przygotować konie na jutrzejszą wyprawę. Teraz jeszcze bardziej martwiłam się o liczbę osób, które miały wziąć w niej udział.
Westchnęłam i ruszyłam sprintem w stronę zbrojowni.
Gdy tam dotarłam nogi bolały mnie jak po kilkukilometrowym maratonie. Zaniedbałam się i nie mogłam sobie tego tłumaczyć ciężkim lub złym dniem. Otworzyłam drzwi rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu. Na ścianach zawieszone były wszystkie rodzaje broni. Każda broń, którą mogłam sobie wyobrazić była dokładnie w tej sali. Błądziłam wzrokiem po wieszakach i półkach szukając mojego trójzębu. To nie było trudne. Mimo, iż ktoś go przełożył, wszędzie rozpoznałabym ten złotawy błysk. Zacisnęłam dłoń na trójzębie. Moja broń tak naprawdę w żaden sposób się nie wyróżniała. Nie lśniła tajemniczym bladoniebieskim blaskiem, ani nie lewitowała niczym anielskie ostrza ofiarne. Jednak zawsze miałam nieodparte wrażenie, że jakaś magiczna siła przyciąga mnie do niej. Westchnęłam odkładając go na bok i łapiąc jeden ze sporych, sztywnych worków. Czas na pakowanie. Noże, miecze, łuki, strzały i wszystkie bronie, które nasuwały mi się pod rękę i należały do szkoły lądowały w worku. Gdy skończyłam moje uszy jęczały od odgłosu uderzającego żelastwa, a na rękach widniało kilka rozcięć, kiedy nieostrożnie i z roztargnieniem złapałam którąś broń. Uśmiechnęłam się jednak. Nie wierzyłam, że uda mi się jeszcze dziś zorganizować wszystkie potrzebne rzeczy. Złapałam mój trójząb i zadowolona wyszłam ze zbrojowni.
***
Nie pamiętam jak dowlokłam się do domu. Nie zdejmując pasa z nożami, z jękiem ulgi położyłam się na łóżku. Słyszałam jak wszystkie moje stawy skrzypią i trzaskają. Jeszcze raz jęknęłam. Przelotnie pomyślałam o demonicznej dziewczynie.
-Inni sobie poradzą - powiedziałam sennie sama do siebie.Słuchałam jak mój oddech się wyrównuje i z zainteresowaniem patrzyłam na podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową. Zamknęłam oczy, czując jak łapią mnie lepkie ręce snów. - Dobranoc Louis - szepnęłam zasypiając.
***
Nie spałam długo. W mojej głowie słyszałam krzyk. Sara! Sara do cholery obudź się! Głos należał do Katii. Spojrzałam na zegar i uśmiechnęłam się z satysfakcją. Spałam równe dziesięć minut. Sara! Sala ziołolecznictwa! Zeskoczyłam z łóżka. Byłam gotowa. Złapałam trójząb i wybiegłam z domu. Nie wiedziałam o co chodzi, ale wyglądało na to, że dzień się jeszcze dla mnie nie skończył.
Jak mogłam tak samolubnie iść sobie spać?! Rozmyślałam z roztargnieniem pędząc w stronę szkoły.
<Katia?Keith?Ktoś inny z ekipy?>
piątek, 14 sierpnia 2015
Sara
Adaptacja, akceptacja, reakcja.
Teraz najważniejsze to znaleźć Rengiku.
Przyśpieszyłam, ślizgając się na gładkich płytkach. Mijaliśmy korytarze zaglądając do sal. Przecież gdzieś musiała być...Prawda?
<Rengiku?Keith?>
środa, 12 sierpnia 2015
Sara
<Rengiku?Ktoś inny?>
<Przepraszam za nieobecność, ale miałam awarię komputera i nie mogłam nic napisać.Ale teraz już będę.>
sobota, 1 sierpnia 2015
Sara
środa, 29 lipca 2015
Sara
niedziela, 26 lipca 2015
Sara
- O kurwa - powiedziałam, doskakując do szafy.
Spodnie, bluzka, kurtka, dwie różne skarpetki. Wszystko, co miałam w zasięgu wzroku wylądowało na łóżku. W pośpiechu ubrałam się, przygładziłam rozczochrane włosy i wybiegłam z domu.
Miałam wrażenie, że lecę, pędząc w stronę budynku szkoły. Cholera, cholera, cholera - słowo to odbijało się w moim umyśle niczym huk wystrzałów.
Wbiegłam do akademii. Ślizgając się na płytkach, pobiegłam w stronę mojej sali i z całej siły szarpnęłam za klamkę. Poczułam jednak opór. Zamknięte. Jęknęłam z frustracji. Dopiero teraz zauważyłam, jak cichy jest budynek. Jakby... Nigdzie nie prowadzono lekcji. Doskoczyłam do kolejnej z sal, usiłując ją otworzyć. Zamknięta. Tak jak myślałam.
Gdzie do cholery wszyscy wyszli?! W przypływie bezsilności kopnęłam ścianę, co spowodowało jedynie ból w stopie. Ból, który pozwolił mi oprzytomnieć. Rozejrzałam się po pustym korytarzu, szukając jakiegokolwiek dźwięku, oznaczającego, że gdzieś w tej szkole zachowała się jakakolwiek żywa dusza.
Po pewnym czasie udało mi się coś wyłowić. Coś jakby... krzyki. Ruszyłam korytarzem, szukając ich źródła. Z każdym moim krokiem odgłosy się nasilały. Byłam już przekonana, iż słyszę ludzkie głosy.
W końcu zatrzymałam się w jednym z korytarzy. Dźwięki kłótni były tu na tyle słyszalne, iż miałam wrażenie, że jej źródło jest tuż za drzwiami. Tylko... którymi?
Nagle jedne z drzwi otworzyły się z impetem. Instynktownie schowałam się za jedną z szafek. Z sali wyszedł ten sam chłopak, którego widziałam wieczorem. Zakiełkował we mnie nieracjonalny gniew. Przygryzłam wargę, usiłując odzyskać jasność umysłu. Całe szczęście Izaya skierował się w przeciwną stronę, znikając mi z oczu.
Wyszłam zza szafki i powoli ruszyłam w stronę przed chwilą otwartych drzwi. Miałam nieodparte wrażenie, że nie powinnam się tu znaleźć. W moich myślach tysiące głosów radziło, aby wrócić do domu, odpuszczając dzisiejszy dzień i udając chorobę. Odepchnęłam je i powoli otworzyłam drzwi.
Moim oczom ukazały się 4 osoby. Ich wzrok skierował się w moją stronę, sprawiając, iż poczułam się bardzo niezręcznie.
-Ja... - wydukałam, czując się coraz bardziej zmieszana. - Chyba ominęło mnie coś ważnego... Czy... Ktoś wyjaśni mi, gdzie podziali się wszyscy uczniowie? - zapytałam, wbijając wzrok w jeden ze znajdujących się w sali stołów.
<Ganimedes? Keith? Katia? Rengiku?>
piątek, 10 lipca 2015
Sara
Jej słowa mnie zabolały. Mimowolnie pomyślałam o Liamie i o mojej rodzinie. Miałam wrażenie, że ogromna stalowa pięść wbija mi się w żołądek, pozbawiając mnie tchu. Po raz kolejny dzisiejszego dnia dostrzegłam zaskakujący kontrast między dwoma osobami.
Seo jednak nie mogła o tym wiedzieć. Byłam przekonana, że nie chciała sprawić mi przykrości. Nagły powiew wiatru osuszył łzy zbierające się pod moimi powiekami. Miałam nadzieję, że dziewczyna niczego nie zauważyła. Wydawała się taka szczęśliwa... Mimo wszystko.
Szłyśmy dalej, pogrążone we własnych rozmyślaniach w przyjaznym milczeniu.
W końcu zatrzymałyśmy się przed jednym z budynków.
- To tutaj? - zapytałam, delikatnie unosząc jedną brew.
<Seo?>
Sara
Gdzieś wewnątrz mojego mózgu zabrzmiała nuta zazdrości. Zadziwiała mnie pogoda ducha tej dziewczyny. Kiedy ja wciąż smętnie analizowałam równie smętne myśli, ona myślała już o czymś weselszym. Czymś zupełnie innym. Dopiero po chwili zdałam sprawę, że się na nią gapię. Szybko spuściłam wzrok.
- Jeśli chcesz o coś zapytać, to nie krępuj się. Chociaż tyle mogę dla ciebie zrobić - powiedziała wesołym głosem. Nie było już w nim łez, co sprawiło, że kąciki moich ust także wykrzywiły się w uśmiechu.
Seo nie miała wobec mnie żadnego długu. Nie musiała odpowiadać na moje pytania, ani czegokolwiek dla mnie robić.
- Nie, tylko... - zacięłam się, nie widząc, czy tak naprawdę mam jakieś pytania. - O czym tak myślisz? - zapytałam w końcu, ciekawa, jaka myśl może tak diametralnie zmienić nastrój.
<Seo?>
czwartek, 9 lipca 2015
Sara
Patrzyłam badawczo na dziewczynę, usiłując wychwycić jak najwięcej informacji z jej krótkiej, dość chaotycznej wypowiedzi. Zastanawiała mnie sprawa Izayi. Wciąż obstawiałam przy swoim, twierdząc, że żaden szanujący się facet nie cieszyłby się z łez dziewczyny. NORMALNY szanujący się facet...
Z przerażeniem stwierdziłam, że w oczach dziewczyny znów pojawiły się łzy, jakby samo opowiadanie historii dzisiejszego dnia ją dobijało.
- Może przesadzam, ale nie umiem wytrzymać w takich sytuacjach. Pewnie myślisz, że jestem słaba. Też tak sądzę - Seo zaśmiała się cicho, nerwowo. Powstrzymywała łzy. Usiłowała ukryć je za ścianą uśmiechu... Jej zachowanie było takie znajome...
Popatrzyłam badawczo na dziewczynę, gorączkowo szukając słów pocieszenia.
-"Miękkie serce w brutalnym świecie - to odwaga, nie słabość" - powiedziałam, przypominając sobie jeden z moich ulubionych cytatów. - Nie powinnaś pozwolić, aby ktoś tobą manipulował, aby zmieniał twoje spojrzenie na świat. Właśnie to, jaka jesteś, czyni cię wyjątkową. Różniącą się od innych. Jedyną w swoim rodzaju - dodałam.
Wciąż jednak nie rozumiałam, dlaczego. Po co ten chłopak wdał się z nią w dyskusję? Co mu dało doprowadzenie jej do łez? Chorą satysfakcję? Poczucie spełnienia? Niestety. Moje pytania musiały poczekać. Jeśli naprawdę chciałam poznać odpowiedź, musiałam spotkać Izayę.
Rozejrzałam się po pustym dziedzińcu oświetlonym nikłym światłem latarni.
-Odprowadzić cię? - zapytałam.
<Seo?>
Sara
Jej uśmiech od razu sprawił, że poczułam satysfakcję. Wydawała się miłą osobą. Cichy głos w mojej głowie zastanawiał się jednak... co takiego się wydarzyło? Dlaczego Seo była taka zdruzgotana? Kim był ten chłopak? Czego od niej chciał? Myśli w mojej głowie przewijały się w zawrotnym tempie. Kiedy naiwnie usiłowałam złapać którąś z nich, przygniatały mnie kolejne. W końcu odsunęłam od siebie wszystkie pytania. Przeanalizowałam sytuację jeszcze raz, tak jak uczono nas na treningach. Teraz, patrząc przez pryzmat moich wspomnień, mogłam porównać całą scenę do aktu z dramatu, co mogłoby się wydawać zabawne, gdyby nie fakt, że tuż przede mną stała zapłakana dziewczyna, a dramat nigdy nie kończy się happy endem.
Spojrzałam wymownie w stronę, gdzie zniknął chłopak.
-O co chodziło? - zapytałam po chwili, mając nadzieję, że po policzkach dziewczyny znów nie popłyną łzy.
<Seo?>
środa, 8 lipca 2015
Sara
Wracałam do mojego pokoju w akademii. W uszach miałam słuchawki, w których powoli płynęła jakaś nudna i nieciekawa melodia. Westchnęłam, wyłączając urządzenie. Dopiero teraz podniosłam wzrok. Przed sobą zobaczyłam dziwną scenę. Zapłakana dziewczyna rozmawiała z jakimś chłopakiem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dziewczyna była na skraju załamania nerwowego, natomiast chłopak z opanowaną miną i uśmiechem błądzącym gdzieś na twarzy coś do niej mówił. Patrzyłam na całą scenę okiem artysty, wychwytując kontrasty i powiązania.
Obok dziewczyny leżała porzucona torebka po cukierkach. Większość rozsypała się na ziemi, formując kolorowe wzory. Przypuszczalnie ich właścicielka nawet tego nie zauważyła. Zaciskała bezradnie ręce, słuchając słów rozmówcy.
Byłam ciekawa co spowodowało, że na jej twarzy pojawiły się łzy. Dlaczego chłopak był tak nienaturalnie opanowany? Cichy głos podpowiadał mi, aby spróbować podsłuchać chociażby część rozmowy. Zignorowałam go i przyśpieszyłam kroku. Mam wiele cech charakteru, ale nie mogłam do nich zaliczyć wścibskości.
W pewnym momencie chłopak odwrócił się, jakby zamierzał odejść. Po kilku krokach przystanął jednak, jakby przypomniał sobie coś bardzo ważnego.
- Nazywam się Izaya Zatushi. Jeszcze się spotkamy w mniej przyjaznych okolicznościach… - powiedział to na tyle głośno, że nie miałam kłopotów z usłyszeniem jego słów.
Zatrzymałam się, patrząc na odchodzącego Izayę, nie rozumiejąc całej sytuacji.
Dopiero kiedy chłopak zniknął, zwróciłam uwagę na dziewczynę. Schyliła się, zbierając rozsypane cukierki. W jej oczach lśniły łzy, które dzielnie usiłowała powstrzymać.
W mojej głowie powoli kiełkował gniew.
Jaki chłopak pozwala, aby dziewczyna przez niego płakała? Jaki chłopak się z tego CIESZY?!
Podeszłam do niej i bez słowa pomogłam jej zbierać słodycze. Gdy skończyłyśmy, wyprostowałam się i uważnie na nią spojrzałam. Jej oczy wciąż były szkliste, wypełnione szczerym przerażeniem.
-Jak masz na imię? - zapytałam szeptem, przerywając niezręczną ciszę.
<Seo?>
wtorek, 7 lipca 2015
Sara
Nie wiem, jak długo tu siedziałam. Może godzinę? Dwie?
Po moich policzkach spływały łzy. Nie łkałam. Czułam się jak posąg, po którym powoli spływają krople deszczu. Od dawna usiłowałam sobie wytłumaczyć, że Louis żyje. Że po prostu musiał zniknąć. I nie mógł się... ze mną skontaktować? Jakkolwiek? Kolejna łza uderzyła o taflę wody.
Podniosłam mój szkicownik ocierając łzę. Złapałam ołówek i leniwie rysowałam niczym nie zmąconą taflę jeziora. Tak naprawdę nie chciałam rysować, ale mój umysł musiał się czymś zająć.
Obok mojego ucha przeleciało jakieś bzyczące stworzenie. Odruchowo machnęłam ręką robiąc wielką, szarą kreskę na moim i tak niezbyt urodziwym obrazku. Rozejrzałam się w poszukiwaniu gumki do mazania. Byłam przekonana, że zabierałam ją wychodząc z mojego pokoju. Niestety, przedmiot zniknął. Westchnęłam z irytacją i wbiłam wzrok w przeciwległy brzeg jeziora, zatapiając się we własnych myślach.
Byłam tu od niedawna, jednak powinnam już... kogoś poznać. Odepchnęłam od siebie tę myśl. Jedyna osoba, którą znałam, to pan Nemu. Od uczniów trzymałam się raczej z daleka. Nie znałam ich, a sama myśl o jakiejkolwiek próbie nawiązania rozmowy była dla mnie przerażająca. Miast interakcji z innymi ludźmi, skupiałam treningach i niewielkich, przydzielanych mi misjach.
Nieraz zastanawiałam się, dlaczego. Nie byłam przecież nieśmiała. Po prostu...
Moim ciałem wstrząsnął dreszcz, wyrywając mnie z zamyślenia. Nie byłam pewna, czy przypadkiem nie zasnęłam. Słońce niebezpiecznie schyliło się ku zachodowi, a ja... nie do końca znałam drogę powrotną. Skrzywiłam się na myśl o szukaniu moich punktów charakterystycznych w plątaninie liści.
Podniosłam się z ziemi i po raz ostatni spojrzałam na zachodzące słońce. Ściemni się za... Wlepiłam wzrok w kąt promieni słonecznych usiłując odgadnąć godzinę.
Byłam tak pochłonięta obliczeniami, iż nie zwróciłam uwagi na dobiegający z lasu cichy szelest liści.
- Ekchem - usłyszałam za własnymi plecami. Moje serce na chwilę zamarło, a mięśnie napięły się. Powoli odwróciłam głowę.
<Ktokolwiek?>