Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Silyen

Kiedy już szok minął, jego miejsce zastąpiła złość. Co ona miała za tupet? Gdzie jakiekolwiek maniery, zasady dobrego wychowania? Cokolwiek! Rozumiałem, że była liderką, ale to nie oznacza, iż mogła tak po prostu ignorować innych uczniów. Przez ten krótki moment odniosłem wrażenie, że zachowuje się jak pan i władca. Wyrwałem się z objęć Kage'a, a w zasadzie to lekko go odepchnąłem.
- Jeśli myślisz, że jestem chętny na jakiekolwiek zabawy z tobą, to grubo się mylisz - powiedziałem stanowczo, nie podnosząc głosu nawet o decybel.
- Widzę, że kotki są dzisiaj w złym humorze - zaśmiał się i przysunął bliżej.
Na początku zamierzałem się cofnąć, ale po chwili zrozumiałem, że to tylko sprawiłoby mu satysfakcję. Odwróciłem się więc i spojrzałem mu w oczy, jakbym chciał mu rzucić wyzwanie.
- Myślisz, że się ciebie boję? Bzdura. Od ojca słyszałem już różne opowieści i wierz mi, w celach Inkwizycji siedzą o wiele bardziej groźni przestępcy od takiego ucznia jak ty, a miałem okazję widzieć kilku na własne oczy ostatnimi czasy. Więc podchodź sobie jak najbliżej tylko zechcesz, ale trzymaj łapy przy sobie - oznajmiłem stanowczo. - W przeciwnym wypadku może zrobić się bardzo nieprzyjemnie.
Ostatnie słowa wypowiedziałem zdecydowanie ciszej, wspinając się palcami po jego ubraniu.
- A kim jest ten twój ojciec? - zapytał, delikatnie uwodzicielskim tonem.
- Gary Whitmore, dragonista w Inkwizycji - powiedziałem oficjalnie.
Ten zamruczał w geście niezadowolenia, zrobił krok w tył i uniósł ręce ku górze.
- Widzę, że trafił nam się rasowy kotek. No, trudno... - odparł, wyraźnie niepocieszony.
- A teraz pozwolisz, że zajmę się sobą - oznajmiłem, po czym pobiegłem w stronę wejścia do szkoły.
Nie mogłem darować jej odpowiedzi na to pytanie. Przyrzekłem sobie, że będę ją nękać dopóty, dopóki mi nie odpowie. Wiedziałem, że określenie 'nękać' jest jak najbardziej właściwe. Jak się uprę, to nie ma przebacz. Udało mi się dogonić ją, zanim weszła do pokoju. Podszedłem do niej od tyłu, a ta odwróciła się gwałtownie.
- Zawsze tak uciekasz, gdy ktoś proponuje ci rozejm? - zapytałem, krzyżując ręce i świdrując ją wzrokiem.

<Ren?>

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Caspair

Gdy tylko wysłuchałem polecenia, zerwałem się, chwyciłem moje wakizashi ze stosu broni pod ścianą i wybiegłem czym prędzej z sali, mogąc w końcu odetchnąć świeżym powietrzem. Nawet jeśli trening był całkiem przydatny i w gruncie rzeczy przyjemny, jakoś nie polubiłem tego Inkwizytora. Już na początku stwierdziłem, że dziwnie mu z oczu patrzy. Ale nie mi narzekać. Pobiegłem do stołówki i wysępiłem od kucharza jakiś chleb, kilka jabłek o dziwnym kolorze i dwie małe butelki wody. Nie wiem czemu się tak przebiegle uśmiechał. Schowałem przedmioty do obszernej kieszeni mojej bluzy, a potem zaszedłem do stajni. Ostatecznie szybciej znajdę Nao z wierzchowcem, prawda? Nie dość, że będę widział więcej, to mogę zdać się na instynkt zwierzęcia, a nie na mój kochany, wielce przydatny zmysł orientacji. Wybrałem angloarabkę o wdzięcznym imieniu Amnesia. Zdążyłem się z nią już wcześniej zapoznać, cieszyła mnie jej wrażliwość na sygnały i to, że nie płoszyła się byle czym. Ponadto była szybka i nie ignorowała jeźdźca. A na dodatek - ktoś ją już wyczyścił, więc nie musiałem się tym zadręczać. Osiodłałem ją szybko, wyprowadziłem i dosiadłem. Chwilę się ze mną szarpała, gdy zbierałem wodze, ale ostatecznie pozwoliła się zamknąć, a ja mogłem ruszyć do lasu. Parę razy dostałem po twarzy gałęzią, ale starałem się nie zwracać na to większej uwagi. Wyciągniętym kłusem mijaliśmy kolejne drzewa. W międzyczasie zastanawiałem się nad tą opętaną dziewczyną. Prawdopodobnie jak wszystkich innych, ciekawiła mnie ona. Chciałem ją zobaczyć i dowiedzieć się, jak wygląda, jak się zachowuje, jakie są jej możliwości. Zainteresowała mnie. 
Po dłuższym czasie zauważyłem jakąś polanę. Była tam dziewczyna, która wpatrywała się w niebo, stojąc nieruchomo. Z początku myślałem, że Sayuri się jakimś cudem tutaj teleportowała, ale ona miała znacznie dłuższe włosy od osoby, którą teraz widziałem. Nie była to też Nao. Uznałem, że to musi być owa opętana, więc starając się nie zwrócić na siebie jej uwagi zszedłem z konia, poklepałem klacz po łopatce i uwiązałem do najbliższego konara, gładząc ją po szyi. Skoro ta Aya jest tutaj, Nao powinna być niedaleko. Przeszedłem przez krzaki i od razu zauważyłem, że właśnie patrzy się na mnie, trochę przestraszona.
- Kim ty...
- Jestem księciem i przybyłem tu na białym rumaku, by nieść ratunek pięknej niewiaście -powiedziałem, wręczając jej butelkę z wodą, chleb i jabłko. - A tak na serio, mam cię zmienić w pilnowaniu dziewczyny i skierować do kafeterii. Koń jest uwiązany za mną, a jak dotrzesz na miejsce, to Keith ci wszystko wyjaśni. Przynajmniej mam taką nadzieję... Idź już.
- Cześć - rzuciła tylko i czym prędzej odeszła. Po chwili słyszałem tylko tętent kopyt na leśnym szlaku. Usiadłem pod drzewem i patrzyłem na dziewczynę. Wciąż stała nieruchomo gapiąc się w księżyc, ale dopiero teraz zauważyłem, że jej wzrok był całkowicie pusty. Nie przejąłem się tym jednak. 
Siedziałem tak już od dobrej godziny, ale nic się nie zmieniło. Aya nadal stała, tylko jej oczy podążały za księżycem. Nudziła mnie już ta cała warta. Byłem przekonany, że nawet gdyby obok mnie wybuchła bomba, ona by się tym nie przejęła. W pewnym momencie coś mnie podkusiło, żeby wyjąć moją broń z pochwy. Nawet nie całkowicie, byle tylko zobaczyć ostrze. Złapałem za rękojeść i gdy tylko od miecza odbiło się światło księżyca, moją dłoń zaczął nękać palący ból. Schowałem wakizashi z powrotem, jednak ból nie ustał, a zamiast tego powoli rozchodził się aż do ramienia. Próbowałem ruszyć ręką, ale odmówiła mi posłuszeństwa. Nie rozumiałem zupełnie, co się dzieje. Z zaciśnietymi zębami spojrzałem na dziewczynę i natknąłem się na jej wzrok. Stała nadal w tym samym miejscu, tyle, że zwrócona w moim kierunku i z ręką wyciągniętą w moją stronę, zupełnie jakby chciała powiedzieć, żebym do niej podszedł. Jej spojrzenie stało się przerażające. Nagle ból ustał. Nadal nie mogłem ruszyć ręką, ale czułem, jakby ktoś ciągnął mnie za rękę w jej stronę. Próbowałem się oprzeć, ale moje wysiłki nic nie dawały. Przez myśl mi przeszło, by wyjąć wakizashi i odciąć kończynę, ale druga ręka również nie reagowała. Byłem przerażony. Nie wiedziałem co robić. Wtem zauważyłem, że przestrzeń wokół mnie zaczyna ciemnieć. "Bogowie, błagam, tylko nie to! Nie znowu, nie w tej chwili! Błagam was!" - myślałem. Chwilę później już nic nie czułem, a wokół mnie znajdowała się tylko czarna, pusta przestrzeń. Zresztą, nie pierwszy raz. Podczas treningów z moim ojcem zdarzało mi się, że nagle się tu przenosiłem, a jakiś czas później budziłem się, widząc pod sobą jego poharataną twarz i krwawiące ciało. Nienawidziłem siebie za to. Nie mogę uwierzyć, że znów się tu znalazłem. Upadłem na podłogę, o ile można to nazwać podłogą. Poczułem, że moje ciało robi teraz jakiś ruch. Dziwne uczucie. Jakby mrowienie w części ciała aktualnie używanej w "Realnym Świecie", tyle, że jednocześnie i lekko bolesne, i troszkę przyjemne. Ale nadal straszne. Miałem świadomość, że w jakiś sposób oddzieliłem się od mojego ciała i byłem w "Gdzieś". Czasami w "Gdzieś", w tej czarnej przestrzeni widziałem niewyraźne zarysy jakichś dziwnych postaci. Nie mogłem ani ich dotknąć, ani niczego powiedzieć. To było... Straszne. Znowu poczułem ruch. Moje ciało chyba usiadło. Chociaż tyle dobrego. Zastanawiałem się, co się teraz dzieje w "Realnym Świecie". Wiem, że za jakiś czas na pewno zjawi się ktoś z mojej klasy, by przejąć wartę. Wątpię, aby ta dziewczyna się gdzieś ruszyła. A nawet jeśli, pewnie instynktownie podążyłbym za nią. Zaśmiałem się do siebie. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy.

<Następny wartownik? Co się działo w "Realu"?>

Rias

Po przydzieleniu zadań, rozdzieliłyśmy się żeby przynieść potrzebne rzeczy do sali ziołolecznictwa. Ja ruszyłam do biblioteki, żeby znaleźć zapieczętowane zaklęcie. Ledwo weszłam, od razu poszłam do półki z książkami zakazanymi i zapieczętowanymi, żeby odszukać zaklęcia, które będzie mi potrzebne do wykonania więzienia. Zabierając jedną z książek, niechcący otworzyłam tajemne przejście, które zaprowadziło mnie do malutkiej komnaty. Rozglądając się uważnie po pomieszczeniu, odkryłam małe pudełeczko, a wtedy bez zastanawiania chciałam je otworzyć, ale nie mogłam ponieważ chroniło je bardzo silne zaklęcie. Musiałam użyć swych mocy żeby je zniszczyć. Udało się… ale nie było to łatwe! Straciłam dużo energii życiowej, a w rezultacie upadłam na ziemię wyczerpana. Ostatkiem sił podniosłam się i zobaczyłam zawartość znaleziska. W pudełeczku było zaklęcie którego szukałam! Szczęśliwa wzięłam zaklęcie i przywlokłam się znalezionym przejściem do sali ziołolecznictwa. Gdy już byłam w na miejscu, zobaczyłam czekającą na nas Kitsune. Usiadłam naprzeciwko niej i pokazałam zaklęcie, a ona pokazała mi magiczne kamienie. Po krótkiej rozmowie z Kitsune, przybyła ranna Sayuri. Zaskoczona i zaniepokojona zapytałam co się stało, a ona z wściekłością opowiedziała całą swoją beznadziejną sytuację. Wysłuchawszy jej do końca, zapytałam:
- Nie mogłaś wziąć zapasowego klucza?
Słysząc to pytanie Sayuri, uderzyła się ręką w czoło i po chwili zmieniła temat, pokazując nam zdobyte magiczne liny. Mając już wszystkie przedmioty, kazałam dziewczynom rozmieść na środku sali kamienie zawiązane magicznymi linami, a potem się odsunąć. Dziewczyny od razu tak zrobiły, a ja wtedy zabrałam zapieczętowane zaklęcie i wymówiłam je. Po chwili spaliłam je żeby jego popiół spadł na dwa przedmioty .Gdy tak się stało… powstała eksplozja! Nie wiem jak, ale nasze osłony personalne uratowały nas przed eksplozją.
- Co to było?! - zapytała Sayuri, podnosząc się z ziemi.
- Nie mam pojęcia – wychrypiałam, także wstając.
- Udało nam się?- oedzwała się słabym głosem Kitsune
- Chyba tak… - powiedziałam, patrząc na to co udało nam się stworzyć.


<Sayuri?>

niedziela, 9 sierpnia 2015

Sayuri

Po ustaleniu dokładniejszego planu działania i przydzieleniu rzeczy do uzyskania, ruszyłam do skrzydła Walecznych. Rozejrzałam się uważnie, wzrokiem szukając pokoju chłopaka.
To pewnie ten – podeszłam do drzwi i uderzyłam w nie delikatnie ręką, jednakże nikt nie otwierał. Domyśliłam się, że nikogo nie ma w pokoju.
Jak mam tam wejść? – zastanawiałam się. Miałabym kłopoty, gdybym stopiła zawiasy w drzwiach. To było jednak jedyne, co mogłam zrobić. Nie włamię się przez okno… W sumie czemu nie?
Wyszłam ze szkoły i prawie okrążając budynek, stanęłam pod oknami. Kiedy wreszcie ustaliłam, które należy do Izayi, zostało mi tylko się do niego wdrapać. Ku mojemu zdziwieniu, prawie wszystkie okna były otwarte. Cóż, było mi to na rękę. Rozejrzałam się, czy nikt nie patrzy, po czym wskoczyłam na parapet okna, z którego przeszłam do pokoju Izayi. Jestem tu tylko, by wziąć te liny, toteż nie rozglądając się zbytnio, przystąpiłam do działania. Zobaczyłam mój cel przy biurku. Jednakże, zerwałam się tak nerwowo, że nie zauważyłam taboretu, przez który wywróciłam się na szafę z ubraniami - Izaya, wybacz mi za syf...
- Ałł… - syknęłam głośno.
Mimo to, nie miałam czasu na leżenie i trzymanie się za krwawiącego palca. Wstałam i podeszłam do biurka, zabrałam liny, po czym trochę jeszcze przeklinając na taboret, wyskoczyłam z okna.
Wróciwszy do szkoły, weszłam do sali ziołolecznictwa i przeklinając głośno, dałam Rias liny. Obie dziewczyny już na mnie czekały, tak na marginesie.
- Co się stało? – zapytały chórem, widząc moje potargane włosy, krwawiącego palca i ranę na policzku, którą zrobiłam wyskakując z okna.
- Nie denerwujcie mnie nawet! Drzwi do pokoju Izayi były zamknięte, więc weszłam oknem. W pomieszczeniu potknęłam się jednak o taboret i pierdolnęłam w szafę, stąd zakrwawiony palec. Natomiast wychodząc z pokoju, a dokładniej zeskakując z okna za mocno się odepchnęłam i wpadłam w krzaki – westchnęłam przy końcu.
- Nie mogłaś wziąć zapasowego klucza? – zapytała Rias.
Na te słowa uderzyłam się ręką w czoło. Czemu nie przyszło mi to do głowy?!
- Ehh… W każdym razie, masz tutaj magiczne liny – zmieniłam szybko temat.

<Rias?>

Katia

Po odesłaniu Sila do Rengiku, szybko uprzątnęłam lupę i inne narzędzia badawcze, po czym magicznie zapieczętowałam drzwi do labolatorium. Miałam ochotę przejść się po szkole by zobaczyć jak reszta Magicznych radzi sobie z powierzonymi zadaniami, ale przypomniałam sobie, że przecież powiedziałam im, że w razie problemów mają mnie szukać w moim pokoju. Ruszyłam więc szybkim krokiem na drugie piętro gdzie, tak jak przypuszczałam, ktoś już czatował przed moimi drzwiami. Kiedy podeszłam bliżej, okazało się, że to Kitsune.
- Jesteś wreszcie! – zawołała z ulgą kiedy do niej podeszłam
- Coś się stało? – zaniepokoiłam się
- Nie, tylko Rias powiedziała, że do tego więzienia potrzebne są magiczne kamienie w kształcie motyli – wyjaśniła – W sumie nie wiem po co nam one, ale… masz tu coś takiego? – zapytała, wskazując na drzwi do mojej sypialni.
- Owszem – uśmiechnęłam się – Rias dobrze zna się na rzeczy. Te kamienie uspokoją i oszołomią opętującego dziewczynę demona, jednocześnie nie robiąc trwałej krzywdy ani jemu ani Ayi. – wyjaśniłam, jednocześnie otwierając drzwi i wpuszczając dziewczynę do środka – Czego jeszcze zamierzacie użyć? – zapytałam zaciekawiona.
- Lin Izayi i jakiegoś zaklęcia, którym zajmuje się Rias – odpowiedziała.
A no tak – pomyślałam, otwierając magiczną szkatułę ze szkolnymi artefaktami – Rias na własnej skórze odczuła działanie tych lin. Demon nie będzie mógł się opierać, a szał wywołany rzuconym na nie urokiem zneutralizują kamienie. A zaklęcie połączy i zapieczętuje całość….
- Proszę – podałam Kitsune trzy duże i mieniące się kamienie w odpowiednim kształcie – To powinno wystarczyć.
- Dzięki – dziewczyna uśmiechnęła się lekko – To ja się już będę zbierać. Rias i Sayuri czekają w sali ziołolecznictwa.
- Ok, powodzenia – pożegnałam ją przyjaźnie.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, postanowiłam wykorzystać wolny czas na nauczenie się czegoś więcej o demonach i technikach egzorcyzmowania, na wypadek gdyby Egzorcystka potrzebowała pomocy. Szybko przejrzałam swoją biblioteczkę i wyłowiłam z niej ogromne tomiszcze z magii zaawansowanej. Usiadłam z nim w głębokim fotelu i zaczęłam pospiesznie kartkować, szukając odpowiedniego rozdziału. Kiedy go wreszcie znalałam, bez reszty zatopiłem się w lekturze...
Dopiero delikatne pukanie do drzwi odwróciło moją uwagę od książki i zmuszając do działania. Wstałam i dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo zesztywniałam od długiego siedzenia w jednej pozycji choć przecież wydawało mi się, że nie czytałam dłużej niż pięć minut. Otworzywszy drzwi, zdumiałam się, widząc Keitha stojącego w progu z nieśmiałym uśmiechem na ustach. Miałam wrażenie, że jest nieco zmieszany, ale gdy odwzajemniłam uśmiech i zaprosiłam go do środka, wyraźnie się rozluźnił.
- Co Cię do mnie sprowadza? - zapytałam, siadając na skraju łóżka i kładąc sobie książkę na kolanach - Potrzebujesz pomocy?

<Keith?>


Keith

Kiedy odchodziłem od Sila, miałem bardzo złe przeczucia. Co jest nie tak z tym pierścieniem albo co gorsza, ze mną? Żałowałem, że nie mogę poświęcić tej sprawie więcej uwagi. Zaraz miał się rozpocząć trening. Idąc w kierunku głównego wejścia, zabrałem z drogi cztery, niewielkie kamienie. Wsunąłem je do kieszeni.
- Jesteś wreszcie - odezwał się Earl.
- Wybacz, ale okazało się, że nie tylko ja musiałem porozmawiać z Rengiku - próbowałem się wytłumaczyć.
- Mniejsza z tym, wejdźmy wreszcie do środka i przeprowadźmy to szkolenie. Mam nadzieję, że wiesz, co będziemy robić. Ja zamierzam tylko nadzorować całe przedsięwzięcie - oznajmił.
Przełknąłem nerwowo ślinę. W tym samym momencie usłyszałem kroki. Spojrzałem na prawo i zobaczyłem, idącą w naszą stronę, grupkę uczniów.
- Jesteśmy - wydyszał Miguel.
- Co tu robicie? Myślałem, że będziecie śledzić Ayę - zauważyłem.
- Zmiana planów. Uznaliśmy, że troje to już tłum, a co dopiero czworo. Zostawiliśmy więc tam Nao, a sami przyszliśmy na szkolenie.
- Zatem zapraszam - uśmiechnąłem się przyjaźnie.
Razem z Earlem wystąpiliśmy przed wszystkich. Wprowadziłem całą grupę do pustej sali, w której odbywały się zajęcia z walki mieczem. Nie było tam ławek, ani krzeseł, więc to najlepsze miejsce na trening.
- Ustawcie się w szeregu - rozkazałem.
Gdy wykonali już moje polecenie, zacząłem mówić:
- Jak wszyscy wiecie, na terenie szkoły znajduje się opętana dziewczyna. Cała placówka zaangażowana jest w pomoc przy jej schwytaniu. My, Waleczni pierwszego roku, mamy za zadanie zapewnić całej operacji działanie ochronne i zadbać o to, by po schwytaniu Aya nie wymknęła się z tego budynku. Zanim jednak rozdzielę zadania, popracujemy nad zagadnieniem, jakim jest praca w grupie. Zazwyczaj walczyliście w pojedynkę. Musieliście się troszczyć TYLKO o siebie i być zdanym TYLKO na siebie. W czasie nauki w tej szkole z pewnością będziecie mieli okazję nieraz pracować w większym gronie, więc chciałbym choć trochę zaznajomić was z tą sztuką. Na początek dobiorę was w pary. Katsuko i Xader, Thorne i Nathaniel, Caspair i Inori oraz Miguel i Izaya - oznajmiłem, po czym niewielkie grupki wystąpiły z szeregu. - Teraz złóżcie całą broń w kącie - rozkazałem, a potem podszedłem do Earla, by wytłumaczyć mu, co zamierzam zrobić.
Te uśmiechnął się przebiegle na myśl, że będzie mógł trochę podenerwować pierwszorocznych. Gdy wszyscy już byli gotowi, wyciągnąłem z kieszeni cztery wcześniej zebrane kamienie.
- To jest wasz cel i najbardziej drogocenna rzecz na dzisiejszych "zajęciach". Inkwizytor Earl, również bez uzbrojenia, będzie trzymał w rękach jedno z tych cudów natury. Waszym zadaniem, jak się domyślacie, jest mu go odebrać, pracując w parach. Dobrej zabawy - uśmiechnąłem. - Katsuko i Xader, wy zaczynacie. Daje wam pięć minut. Po nich będzie Thorne i Nathaniel, a i jeszcze jedno. Nie możecie go trzymać za ręce, ani podstawiać mu nogi, czy inne tego typu agresywne zachowania. Zaczynajcie.
Jak się domyślałem wszystkie pary bezsensownie "skakały" wokół Inkwizytora, próbując bezskutecznie odebrać mu kamyk. Zero współpracy, zero przemyślanych ataków. Po prostu dno.
- To niemożliwe - zachrypiał Izaya.
- Niechętnie, ale zgodzę się z nim - dodał Miguel.
- A próbowaliście może wykorzystać umiejętności drugiej osoby do pomocy? - zapytałem, wpatrując się w nich. - O to właśnie tu chodzi. Musicie wiedzieć, w czym dobry jest wasz sojusznik, a w czym nie i uzupełniać te braki swoimi zdolnościami. Nie każdy biega szybko, zwinnie się porusza, skacze po dachach i dobrze. Macie być sobie potrzebni, macie ze sobą współpracować, macie w walce wykorzystać dobre strony drugiej osoby i starać się zatrzeć jej słabe punkty, a co najważniejsze, stworzyć mur nie do przebicia. Bądźcie jak dwie połówki jabłka. Razem stańcie się całością, a nie jej marną imitacją - poradziłem. - Próbujemy jeszcze raz. Pierwsza para, do dzieła.
Tym razem zanim Katsuko i Xader przystąpili do ataku, naradzali się przez około półtorej minuty. Teraz było widać między nimi współpracę. Okazało się, że Katsuko potrafi doskonale zaabsorbować uwagę Earla, podczas gdy Xader niezauważenie przemyka za jego plecami. Robili to tak dobrze, że przed upływem wyznaczonego czasu chłopak dzierżył w ręku kamień. Kolejne pary poszły w ich ślady. Na początku krótka rozmowa, a potem skrupulatnie planowany atak. Pomysły były najróżniejsze. Od zwykłego odwracania uwagi, po bardziej wymyślne. Wszystkim grupom udało się osiągnąć zamierzony cel. Nawet kiedy zmieniłem im partnera, poszło doskonale. Earl spojrzał na mnie i pokiwał głową. Chyba podobały mu się te zajęcia.
- Bardzo dziękuję i przede wszystkim gratuluję pomysłowości. Teraz ta mniej przyjemna część - zadania. Po wyruszeniu grupy wypadowej każdy ma pełnić wartę przy tajnych przejściach w okolicy sali ziołolecznictwa oraz przy jej wejściu. Zanim jednak to nastąpi, każdy z was, po kolei będzie śledził Ayę. Macie się zmieniać co trzy godziny aż do wyruszenia grupy wypadowej. Nie wolno wam samemu opuszczać miejsca warty. Czekacie aż ktoś was zmieni i dopiero wtedy wracacie do szkoły. Caspair, ty idź pierwszy. Weź ze sobą broń, prowiant dla siebie i Nao, zmień ją i każ jej przyjść do kafeterii - oznajmiłem, a jego już nie było. - Reszta, zbierzcie swoje bronie. Idziemy do kafeterii.
Po upływie kilku minut byliśmy już na miejscu. Miałem wszystko dobrze poukładane w głowie i przemyślane.
- Tutaj będziecie siedzieć aż do rana. Xader, Thorne i Nathaniel w schowku na pierwszym piętrze są śpiwory, prosiłbym, żebyście je tutaj przynieśli. Mogą być odrobinę zakurzone, ale to nie stanowi problemu. Wrócę tu za trzy godziny, przy okazji kolejnej zmiany. Zostawiam was z Inkwizytorem Earlem. Muszę przemyśleć parę spraw i dokładnie ułożyć plan na jutro. Gdyby ktoś mnie potrzebował, mogę się kręcić na jednym ze szkolnych korytarzy - powiedziałem, po czym opuściłem pomieszczenie.
Kiedy tylko drzwi się za mną zamknęły, odetchnąłem z ulgą. Pierwsze rozkazy zostały wydane, a wszystko nieźle trzyma się w ryzach. Miałem iść do sali strategicznej i obmyślać szczegółowy plan, ale postanowiłem, że najpierw sprawdzę, co u Katii. Skierowałem się więc w stronę jej pokoju i nieśmiało zapukałem do drzwi.

<Caspair, jak idzie zmiana Nao na warcie?>
 <Inori, jak podobał się trening i czy śpiwory już dotarły? ;)>
<Katia?>

Nao

Samodzielne śledzenie opętanej dziewczyny. Trochę dziwnie czułam się w tej roli, ale nie wypada mi narzekać. Kiedy Miguel, Inori i Izaya zniknęli za drzewami, skupiłam się na tej całej Ayi. Nic szczególnego się nie działo, stała i wgapiała się w księżyc. Wyglądała trochę jak robot, ładujący baterie.
- Ona jest jakaś dziwna - mruknęłam do siebie - Zachowuje się tak, jakby nie potrafiła normalnie funkcjonować. Przerażając.
Ślęczałam tak już z godzinę i nadal nic się nie wydarzyło, prócz tego, że zaczynała mnie boleć głowa.
- To pewnie ze zmęczenia - powiedziałam ziewając.
Faktycznie, byłam głodna i zmęczona. Oparłam się o pień drzewa i delikatnie zmarszczyłam czoło. Ból głowy się nasilał.
- Rany, ale dno. Nie mam nic do roboty.
Już prawie usypiałam, gdy nagle usłyszałam szelest w krzakach.
- Ekstra. A to zaś co? - powiedziałam, lekko zaniepokojona.

Strony