Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

środa, 12 sierpnia 2015

Nao

Izaya odprowadził mnie do pokoju. To było niezwykle uprzejme z jego strony, aż się zdziwiłam. Podeszłam do mojej szafki na drobiazgi i wyjęłam tabletki na ból głowy. Zażyłam jedną i usiadłam na skraju łóżka. Zastanawiałam się, czy powinnam położyć się spać. Pomyślałam, że i tak nie ustnę, bo ból jest zbyt silny. Pochłonięta własnymi myślami, nawet nie zauważyłam, kiedy Whisper położył się na moich stopach. Pogłaskałam pupila i uśmiechnęłam się lekko. Pomyślałam, że nie ma sensu tak siedzieć i postanowiłam pochodzić po szkole, póki ból nie ustanie. Włócząc się po korytarzach, spostrzegłam Izayę. Zauważyłam, jak wchodzi do któregoś z pokoi. Nie specjalnie mnie to interesowało, więc wzruszyłam ramionami i poszłam dalej. Po kilkunastu minutach z moją głową było już lepiej, więc wróciłam do pokoju i padłam na łózko. Whisper wtulił się w moje włosy. Tak oto minął najdłuższy dzień w historii. Cieszyłam się, że wreszcie mogę odpocząć, ale jednocześnie martwiłam, że nigdy nie złapiemy tej całej Ayi. 

Izaya

Wracając z lasu dużo rozmyślałem nad prawdomównością Miguela. Nie ufałem mu, aczkolwiek wiedząc do kogo zwrócił się po pomoc, mogło być to prawdą. Jeśli w tej szkole jest ktoś, kto chce robić wszystko odwrotnie do mnie to jest to kochana przewodnicząca Rengiku. W końcu dotarliśmy. Ku mojemu zdziwieniu ponownie spotkałem młodzieńca w pełni opanowanego przez liderkę. Wszystko zaczynało mieć jakiś ciąg. Zabierają mnie z lasu, uważając mnie za balast i przysyłają tutaj. Postanowiłem jednak obserwować, co będzie dalej. Szkolenie było dziwne, polegało na odebraniu kamyka w parach. Na moje nieszczęście dostałem Miguela. Po chwili jednak doszliśmy do ładu i kamyk odebraliśmy. Całość nie trwała długo, a wszystko zakończyło się poleceniem zmiany warty co 3 godziny. Wróciłem do pokoju. Zastałem coś czego się nie spodziewałem. Jeden wielki syf. Nie wiedziałem jeszcze kim był włamywacz, ale to była kwestia sprawdzenia mojej ukrytej kamerki.
Ktoś musiał być naprawdę głupi i zdesperowany – pomyślałem, odginając kawałek nogi od łóżka, która była zresztą lekko podcięta aby dało się włożyć tam kamerę. Szybko zacząłem przeglądać wszystko, co działo się dzisiaj. Przewijałem dość prędko, ale na tyle wolno, aby być w stanie dostrzec moment, w którym ktoś jest w pokoju. Mam cię! - na ekranie pojawiła się sylwetka młodej dziewczyny. W jednej chwili było widać twarz, zatrzymałem więc i przyglądnąłem się. Skądś ją znam, to pierwszoroczna od magów.
Gorzej trafić nie mogłaś - westchnąłem. Poukładałem wszystko w pokoju. W sumie nie zginęło nic poza kilkoma metrami nici. Oczywistym dla mnie było, że należy oduczyć gówniarę nawyku złodzieja, i tak też postanowiłem zrobić. Zastanawiało mnie tylko skąd wiedziała o mych niciach, skoro nigdy mnie nie spotkała. Poszedłem więc sprawdzić listę uczniów i znalazłem: Sayuri Vastelor. Zostało teraz tylko czegoś się dowiedzieć i pokazać jaki błąd popełniła tym uczynkiem. Postanowiłem najpierw coś zjeść. Na stołówce zobaczyłem śpiącą Nao. Podszedłem i ją lekko szturchnąłem. Przebudziła się i spojrzała na mnie ledwo żywa.
- To chyba nie najlepsze miejsce na sen - powiedziałem dość miłym i uprzejmym głosem jak na mnie.
- Tak, masz racje, po prostu byłam zmęczona. - odpowiedziała dość spokojnym głosem - Możesz mi powiedzieć gdzie są wszyscy i co się właściwie tutaj dzieje?
Chyba trafiłem na dość niedoinformowaną osobę. To ta chwila, której potrzebowałem.
- Naturalnie – powiedziałem, jednocześnie się uśmiechając - Jedni śpią, inni się szykują na zmianę warty, którą sama już pełniłaś, a ja zostałem wybrany aby znaleźć Sayuri i jej towarzyszy. Nie wiesz może z kim ona pracuje i gdzie są? To bardzo ważne.
Dziewczyna na chwile zamilkła po czym odpowiedziała:
- Rias i Kitsune, ale nie wiem gdzie teraz są.
- Ty to się jednak orientujesz, oszczędziłaś dużo czasu zarówno mnie, jak i całej akcji. A teraz jeśli chcesz odprowadzę Cię do pokoju, nie wyglądasz najlepiej.
Dziewczyna nie była specjalnie zachwycona, ale ze względu na swój stan w końcu się zgodziła. Odprowadziłem ją do pokoju, po czym odszedłem w kierunku innych pokoi z uśmiechem na twarzy. Najnaturalniej nie był to miły uśmiecha, a raczej lekko złośliwy. Po około godzinie zlokalizowałem pokój zarówno Sayuri, Rias jak i Kitsune. Wróciłem do listy osób aby zobaczyć jak wyglądają pozostałe dwie osoby.
Wszystko stało się oczywiste. Rias, dziewczyna, która już miała ze mną do czynienia. W mojej głowie utworzył się plan, i nie był to plan dyplomatyczny. Ale to jutro - pomyślałem. Wróciłem do pokoju i położyłem się spać. Nazajutrz czekało mnie dużo pracy.

Keith

- Potrzebujesz pomocy? - zwróciła się do mnie Katia.
- Właściwie to nie. Akurat przechodziłem i chciałem po prostu sprawdzić co u ciebie, zapytać, jak radzą sobie Magiczni. Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem ci w czymś ważnym - powiedziałem, spoglądając na tomisko, które trzymała na kolanach.
- Nie, nie. W zasadzie to już i tak sporo czasu nad tym spędziłam. Siadaj - ruchem ręki wskazała wolną przestrzeń na łóżku. - Co do aktualności, to dziewczyny świetnie sobie radzą z więzieniem dla Ayi, jeśli można to tak nazwać - uśmiechnęła się blado.
- Żeby u nas wszystko szło tak płynnie. Na razie skupiamy się tylko na wartach przy naszej uciekinierce. Za to mogę się pochwalić nieźle przeprowadzonym treningiem. Chciałabyś zobaczyć miny Walecznych, kiedy się dowiedzieli, że ma się odbyć bez żadnego uzbrojenia. Chwilę potem skakali już wokół Earla, próbując mu odebrać kamień. Chociaż nie obyło się też bez wpadek. Jakąś godzinę wcześniej zapomniałem o dwóch uczniach z klasy W. Ciężka jest rola nowicjusza w kwestii dowodzenia - odparłem z rozbawieniem. Dziwne, że teraz ta sytuacja wydawała mi się tak odległa.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz - powiedziała przyjaźnie.
- Racja, szkoda tylko, że w tak ważnej sprawie muszę debiutować. Chociaż nie - uśmiechnąłem się szeroko na samo wspomnienie. - Pierwszy raz objąłem dowodzenie w wieku 15 lat.
Napotkałem na pełne zaciekawienia spojrzenie Katii, więc postanowiłem opowiedzieć jej całą historię.
- Ojciec od dziecka zabierał mnie na polowania. Właściwie to tylko dzięki nim pokochałem strzelanie z łuku. Na jedno z nich pozwolił mi zabrać grupę kolegów. To oni wyznaczyli mnie, żebym prowadził ich oddział. Ojciec z kilkoma dorosłymi mieli być w pobliżu na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Pamiętaj, jeśli ktoś kiedykolwiek zaproponuje ci dowodzenie taką grupą, uciekaj, gdzie pieprz rośnie. Przez dobre pół godziny prosiłem ich, żeby byli cicho. Żadnych rezultatów. Jeden nawet postanowił wejść na dość spory głaz i odśpiewać arię operową. Do tej pory słyszę w głowie te jęki - zaśmiałem się, a Katia poszła w moje ślady. - Tak się darł, że nikt nie zauważył niedźwiedzia, który się do nas zbliżał. Chłopcy byli tak przestraszeni, że nie mogli nawet palcem kiwnąć. Wydałem więc swój pierwszy rozkaz - w moim głosie dało się słyszeć rozbawienie.
- "W nogi!"? - domyśliła się dziewczyna.
- Dokładnie. Tym razem mnie posłuchali. Gdyby na zawodach z biegania posłano za nimi niedźwiedzia, pobili chyba rekord globu. Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak szybko zwiewał. W porę udało nam się dobiec do ojca i reszty. Jeden z myśliwych miał magiczne zdolności i chyba telepatycznie wytłumaczył temu misiowi, że nie jesteśmy jego obiadem. Dostałem wtedy niezłą burę od rodziców tych chłopaków. Tylko ojciec stał z boku i próbował ukryć śmiech - powiedziałem z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Udało wam się w ogóle coś złapać? - zapytała.
- My już nie mieliśmy okazji. Wróciliśmy do domu, jak to stwierdził pan James, "okryci hańbą", ale ojciec pod wieczór przyniósł do domu kawały mięsa jelenia. Uparł się, że zrobi z nich potrawkę mamy. Mówiliśmy mu z Lukiem - moim młodszym bratem, że ja się tym zajmę, ale nie chciał ustąpić. Wierz mi, jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak gumowatego. Totalna zelówka. Po co iść do szewca po nową podeszwę, skoro można ją zastąpić kawałkiem mięsa zrobionym przez ojca? - uśmiechnąłem się nieco.
- Twoja mama nie mogła go jakoś powstrzymać? - dziewczyna była wyraźnie rozbawiona.
Spuściłem nieco głowę, ale za chwilę ją podniosłem, jednak kąciki moich ust nie unosiły się tak jak zazwyczaj.
- Nie, zmarła, kiedy miałem 8 lat. W zasadzie to nie wiem, co było tego przyczyną. Nie byłem wtedy przy niej. Czasem myślę, że to po prostu złudzenie. Jednego dnia była przy mnie, a już drugiego odeszła z nieznanych mi powodów - wyznałem.
- Wybacz, nie miałam pojęcia... - wyszeptała.
Była wyraźnie zmieszana. Podejrzewałem, że przeklinała się w duchu za to, iż nie ugryzła się się język.
- W porządku. Przecież nie miałaś prawa wiedzieć - uśmiechnąłem się nieco.
Przez chwilę zalegała między nami cisza. Rozejrzałem się po pokoju. Na szafce nocnej stało niewielkie zdjęcie. Podszedłem, by przyjrzeć się mu z bliska.
- To twoi rodzice? Jesteś do nich podobna - stwierdziłem, po chwili namysłu.
- Tak, to jedyne ich zdjęcie, jakie udało mi się zachować - powiedziała, a ja wyczułem w jej głosie nutkę goryczy.
"Jedyne"? Czy to znaczy, że... Spojrzałem jej w oczy i tym sposobem bezgłośnie zadałem pytanie, którego nie odważyłbym się wypowiedzieć na głos. Katia spuściła głowę, westchnęła, po czym przemogła się wreszcie, by odpowiedzieć.
- Tak, nie żyją. Zostali oskarżeni o zamordowanie smoka. Inkwizycja natychmiast aresztowała moją matkę, a jakiś czas potem i ojca. Później wyszła na jaw ich niewinność, ale było już za późno... Zmarli, a dyrektor Vinsor osobiście wykonał wyrok śmierci na moim tacie - ostatnie słowa wyszeptała. - Tak strasznie za nimi tęsknię...
Ukryła twarz w dłoniach, a po sekundzie usłyszałem cichuteńkie chlipanie. Nie zastanawiałem się długo. Bez wypowiadania chociażby jednej sylaby, podszedłem do niej, objąłem ją ramieniem, a potem pozwoliłem, by położyła głowę na mojej piersi. Nie chciałem się odzywać, póki się nie uspokoi. Byłem pewien, że to nic nie da. Z pewnością dość miała składanych kondolencji, przeprosin, bądź oklepanego 'przykro mi', wypowiadanego niekiedy tylko z poczucia obowiązku. Nie mam pojęcia, ile tak trwaliśmy, ale mój uścisk był na tyle delikatny, by mogła poczuć moją obecność i w każdej chwili się odsunąć. Wreszcie podniosła się, jak zwykle, lekko zawstydzona, ze łzami na policzkach. Otarła oczy, milczała. Chciałem ją jakąś pocieszyć i wtedy moje myśli owiało pewne wspomnienie. Położyłem jej rękę na ramieniu i zacząłem mówić:
- Jakiś tydzień po śmierci mamy zauważyłem jak tata każdego wieczora siada przed kominkiem, zamyka oczy i delikatnie się uśmiecha. Kiedyś odważyłem się zapytać, co takiego robi. Kazał mi zawrzeć powieki i przywołać jakieś wspomnienie związane z mamą, byle szczęśliwe. Zrobiłem tak i zobaczyłem jej uśmiech - kąciki moich ust powędrowały do góry - a potem dosłownie poczułem jej rękę na moim ramieniu, jej obecność... To był najwspanialszy dzień w moim życiu. Kiedy otworzyłem oczy ojciec powiedział, że pamięć to najpiękniejsza rzecz, jaką możemy kogoś obdarować, bo przywołuje wspomnienia, a te z kolei budzą do życia ludzi, których już obok nas nie ma z różnych powodów. Od tamtej pory co wieczór zamykam oczy i może się to wydawać płytkie bądź beznadziejne, ale naprawdę wierzę, że ona jest w pobliżu każdego dnia. Spróbuj kiedyś, może to sprawi, że choć na chwilę poczujesz ich obecność.
Katia odwróciła się, a potem spojrzała mi w oczy. Uśmiechnąłem się, widząc jakąś dziwną iskierkę w jej zniewalających tęczówkach. Odruchowo mój wzrok przeniósł się na zegar ścienny. Zamarłem. Za chwilę powinna się odbyć zmiana warty. Niemożliwe, że tyle tu siedziałem. Pospiesznie wstałem z łóżka.
- Wybacz, ale muszę już iść. Obowiązki wzywają. Trzeba wydelegować kolejną osobę, by czuwała przy Ayi, a nikt za mnie tego nie zrobi - oznajmiłem.
- W porządku - uśmiechnęła się blado.
Złapałem za klamkę, ale odwróciłem się jeszcze i dodałem:
- Jeśli kiedyś potrzebowałabyś z kimś porozmawiać o czymkolwiek, smutkach czy radościach, śmiało pukaj do mich drzwi. Wysłucham i pomogę, kiedy będzie trzeba.
- Dziękuję - prawie wyszeptała to słowo.
- To nie jest jakaś pusta propozycja, ale obietnica - zapewniłem ją i opuściłem pokój.
Kilka minut później praktycznie wbiegłem do kafeterii. Niektórzy siedzieli, popijając kawę, a byli i tacy, którzy leżeli już w śpiworach.
- Wreszcie - mruknął Earl.
Postanowiłem się nie przejmować tym niewypowiedzianym upomnieniem. Przecież cały czas się gdzieś spóźniałem i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek mógłbym przestać. Zilustrowałem wzrokiem Walecznych.
- Xader, pójdziesz zmienić Caspaira na warcie. Tylko migiem - rozkazałem.
Chłopak w mgnieniu oka podniósł się z miejsca i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
- Coś się działo? - zagadnąłem Inkwizytora.
- Oprócz tego, że miałeś spektakularne wejście, nic - rzekł sucho.
Postanowiłem zostać w kafeterii do czasu powrotu Caspaira. Musiałem zapytać go, jak minęły te żmudne trzy godziny. Czekałem około 20 minut, ale nikt się nie pojawił. Zacząłem się martwić. Już miałem zamiar sprawdzić, co dzieje się w lesie, gdy z impetem do pomieszczenia wpadł Xader. Na jego twarzy widać było przerażenie. Earl zmierzył go wzrokiem, a potem spojrzał na mnie. Zerwałem się z miejsca.
- Dlaczego nie jesteś na warcie? Co się stało? - zapytałem.
- Ma go! Aya chyba jakoś zahipnotyzowała Caspaira. Siedzi pod drzewem, nie rusza się, a obok niego nieustannie krąży ta opętana i wpatruje się w księżyc - oznajmił szybko.
- W jakiej fazie jest dzisiaj? - odezwał się Inkwizytor.
- Pełnia... - wyszeptałem.
No tak! Przecież ona wzmaga niekiedy moce czy zaklęcia.
- Musimy natychmiast poinformować Kohitsuji-chan. Nie możemy czekać do rana - powiedział szybko.
- Wracaj tam, zabierz ze sobą Katsuko. Trzymajcie się od niej na dystans, ale tak byście mogli widzieć zarys jej sylwetki. Nie zwracajcie na siebie uwagi, nawet nie drgnijcie. Nie może was zobaczyć, pamiętajcie - nakazałem.
- Reszta Walecznych ma tutaj zostać. Nigdzie się nie ruszajcie, póki nie wrócę - rozkazałem, po czym w towarzystwie Earla opuściłem pomieszczenie.
Tylko otworzyłem drzwi, a ja już wpadłem na Sarę.
- Keith, co ty tu robisz? - zapytała.
- Wyjaśnię ci wszystko po drodze. Musimy natychmiast iść do Ren - oznajmiłem poważnie.

<Sara?>
<Katia, jakieś przemyślenia?>

Sara

Westchnęłam cicho rozglądając się po korytarzu. Nie miałam pojęcia gdzie szukać tego chłopaka. Przywołałam w pamięci jego akta Elliot "Mały" Vavere. Przezwisko raczej mu nie pasowało. Prawie dwa metry wzrostu...Sama miałam zaledwie metr siedemdziesiąt pięć. Wzruszyłam ramionami, zastanawiając się gdzie powinnam zacząć szukać. Z braku laku ruszyłam w lewo, mając nadzieję, że kieruję się do biblioteki..
Zajrzałam do biblioteki, sali kinowej... Spotkałam kilka osób, które "ostatnio widziały Małego... ". Niestety żadna wskazówka nie okazała się pomocna.
Zajrzałam do stołówki, gdzie po chłopaku nie było śladu. Z rozczarowanym westchnieniem ruszyłam korytarzem w stronę kafeterii. Było to ostatnie miejsce, które przyszło mi do głowy i raczej nie wierzyłam, że uda mi się gdziekolwiek jeszcze znaleźć tego chłopaka. Zapadł się pod ziemię? Odleciał?
W końcu dotarłam do kafeterii. Niepewnie otworzyłam drzwi, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Na jednym z dużych czarnych foteli siedział jakiś chłopak... Zmrużyłam delikatnie oczy. Tak...To chyba on.
Czytał jakąś książkę. Powoli ruszyłam w jego stronę.
Odkaszlnęłam, aby zwrócić jego uwagę, ale Elliot ewidentnie mnie ignorował.
Podeszłam trochę bliżej.
- Elliot Vavere? - zapytałam dość głośno. Dopiero teraz chłopak raczył podnieść na mnie wzrok.
- Taaaa? - powiedział podnosząc jedną brew.
- Sara Jerome. Rengiku ma dla ciebie zadanie... - Na te słowa chłopak nieznacznie się ożywił - Musisz na jutro zebrać Rasula i jakiegoś chłopaka mającego podobny profil do waszego... - poinformowałam
Chłopak jednak nie wyglądał na zadowolonego nowym zadaniem. Przez chwilę w jego oczach zauważyłam iskierkę....Gniewu?
- Tylko tyle? Dlaczego nie mogę podjąć misji sam? Przecież Rengiku zna moje możliwości! - Z chwili na chwilę mówił coraz głośniej. Wszystkie komórki mojego ciała chciały cofnąć się o kilka kroków, ale tego nie zrobiłam. Zamiast tego także poczułam coś na kształt kontrolowanej złości.
- Tak się składa, że Rengiku zamierzała zbić jak najsilniejszą grupę, która akurat teraz jest nam bardzo potrzebna. A ciebie zamierzała ustanowić jej kapitanem! Co powinieneś uznać za spore wyróżnienie, czyż nie?! - powiedziałam z narastającą złością w głosie. - Jednakże zastanawiam się czy podjęła dobry wybór - dodałam cicho, patrząc z powątpiewaniem na chłopaka.
Przez krótką chwilę nie mogłam nic wyczytać z jego twarzy. W głębi mojego umysłu zakiełkował strach. Miałam mu po prostu przekazać zadanie! Wspaniale! Właśnie zawaliłam moją pierwszą misję...
Po nieznośnej chwili milczenia Eliott przewrócił oczami.
- Dobraaa. Gdzie mam zebrać tą ekipę? - W jego głosie wyczułam zniecierpliwienie, jakby miał do roboty tysiąc innych, znacznie ciekawszych rzeczy. Jednak to akurat mnie nie obchodziło. Zgodził się! Wypełniłam moje pierwsze zadanie.
- Przed szkołą. Koło 9.00. - Powiedziałam usiłując przybrać jak najbardziej rzeczowy ton. Widząc, że chłopak nie ma nic więcej do powiedzenia, odwróciłam się na pięcie i wyszłam z sali.
Dopiero teraz cicho wypuściłam wstrzymywane powietrze.

<Rengiku?Ktoś inny?>
<Przepraszam za nieobecność, ale miałam awarię komputera i nie mogłam nic napisać.Ale teraz już będę.>

wtorek, 11 sierpnia 2015

Nao

Dobrze, że "książę" przyniósł prowiant, bo inaczej mogłoby być nieprzyjemnie. W każdym razie, gdy tylko nowy wartownik dotarł na miejsce, ja wsiadłam na konia i ruszyłam w stronę kafeterii. Głowa nie przestawała mnie boleć. Przypomniałam sobie, że w moim pokoju powinnam mieć jakieś tabletki, ale nie było czasu na szukanie. Pędziłam jak strzała mimo, że konno nigdy nie jeździłam. Szczerze mówiąc, byłam lekko przestraszona, w końcu koń to dość spore zwierze. Gdy dojechałam na miejsce, przywiązałam klacz i udałam się do środka kafeterii. No i... no właśnie nic. Żadnej żywej duszy.
- Skąd mam wiedzieć co robić? Mogłam jednak pójść po te tabletki - mruczałam pod nosem.
Z tego co pamiętałam, instrukcji miał mi udzielić Keith. Tyle, że go tu nie było. Wtedy postanowiłam iść do stołówki i zjeść w spokoju mój prowiant.
- Później go poszukam. A może ktoś inny mi pomoże? - zastanawiałam się.
Wzięłam do ręki jabłko i zaczęłam je zajadać. Było przepyszne! Nie wiem, czy to dlatego, że byłam bardzo głodna, czy naprawdę miało taki nieziemski smak. Po zjedzeniu prowiantu, do szczęście brakowało mi tylko porządnego odpoczynku. Zarzuciłam na siebie mój sweterek i położyłam głowę na stoliku. Czułam tak ogromne znużenie, że nie minęła minuta, a już spałam. Było mi zimno, a głowa bolała jak diabli. Nie miałam nastroju do rozmów, do robienia czegokolwiek. Chciałam tylko spać. I faktycznie, pospałam... z dziesięć minut. Nagle poczułam coś dziwnego, co prędko mnie obudziło. Nie miałam pojęcia, czy ktoś mnie dotknął, czy coś na mnie założył. Wiedziałam tylko tyle, że na razie nie uda mi się odpocząć.

<Ktosiu?>

Tygodniówka

Wiem, że znowu trochę spóźniona, ale tygodniówka została podliczona i jest kilka spraw, które powinno się poruszyć
1. Większość z was bez problemu wyrabia minimum bloga czyli 2 opo na tydzień. Wyjątkiem jest Sara, która ma 2 zaległe opowiadania do napisania oraz Nao i Izaya, którzy muszą dosłać po jednym opo żeby wyrobić normę. Wyrównania normy mają się pojawić do jutrzejszego wieczora. Jeśli nie macie możliwości pisania w fabule, to zawsze możecie się zabrać za zadania. 
2. Jak sami widzicie, zamiast przybywać, uczniów ubywa dlatego zachęcam do pisania po znajomych i ściągania do nas nowych osób - oczywiście będą za to punkty. 
3. Przypominam też o zadaniach, które są ciekawą i punktowaną odskocznią od fabuły. Poza tym Ci, którzy mają autora, czas i cierpliwość mogą się zgłaszać do mentorstwa. Wymaga to trochę pracy, ale warto, bo za to też są punkty i wyższa ranga. 
4. Na koniec sprawa ważna, a mam wrażenie zapomniana: PARY. Miło by było gdybyście zaczęli w końcu się poznawać w fabule i działać razem (chociażby w zadaniach). U Rengiku czeka na was test do wykonania, w którym łatwo wyjdzie czy ktokolwiek wykonał jakiś krok w kierunku poznania drugiej postaci. Pamiętajcie, że wszystkie następne egzaminy będziecie zdawać razem więc jak jedno polegnie to drugie też na dno pójdzie, także radzę się starać i wreszcie poznać. 
To by było na tyle. Miłego pisania życzę i mam nadzieję, że fabuła się ruszy, bo przez ostatnie dwa dni, blog jest praktycznie wymarły...

Rengiku

Znowu on...
- Zawsze tak uciekasz, gdy ktoś proponuje ci rozejm? - spytał takim głosem, jakby chciał wymusić na mnie poczucie winy. A ja musiałam oprzeć się o drzwi, żeby nie przewrócić się na ziemię ze śmiechu.
- Czemu? Nie polubiłeś Kage? - spytałam po chwili, gdy umiejętność mowy powróciła do mnie w dość znacznej części. - No wiesz co, a ja tak o ciebie dbam.
- Ty... moja matka mówi... - zaczął, zaciskając pięści, ale nie dałam mu dojść do słowa.
- A moja nie mówi. Również nie chodzi, nie skacze, nie robi obiadków. Jedyne, co robi, to leży i smakuje robalom - początkowo mój ton był wesoły, ale nim się spostrzegłam przeszedł w chłodniejszy od lodu, który towarzyszył mi od dziecka. Na te słowa Silyen już nie wiedział, co powiedzieć. Zlustrowałam go szybko i uśmiechnęłam się pod nosem. - Wchodź, nie potrzebuję widowni - rozkazałam, otwierając drzwi. Chłopak wykonał polecenie niepewnie, nie do końca wiedząc, czego się powinien spodziewać. Podeszłam do akwarium, a ryby zbiegły się momentalnie do mojej ręki.
- Na oknie stoi wiadro, jesteś w stanie mi je tu przynieść nie robiąc z pokoju Atlantydy? - spytałam, wysuwając nogą bliźniaczo podobne, z tym że puste naczynie z wężem ogrodowym wewnątrz.
- Co?... Może... Nie wiem, po co ci one? - spytał chaotycznie.
- A jak mylisz? Pomożesz mi w podmiance, to chyba oczywiste - prychnęłam, sięgając na palcach do skrzynki rozdzielczej, by wyłączyć prąd w zbiornikach.
- A ten twój kolega nie może ci pomóc? W ogóle, to w której klasie on się uczy?...
- Kage? Nie jest uczniem, tylko moim shinobi. A wszelkie kontakty jego z wodą kończyły się tragicznie dla obu stron - odpowiedziałam ze uśmiechem i przegoniłam gestem ręki skaczącą w moją stronę czarną bojowniczkę Mao. Zaczepy przytrzymujące pokrywę uniesioną zaskrzypiały, gdy niezdarnym ruchem ręki trąciłam jeden z nich, ale konstrukcja się utrzymała bez szkody. Wstawiłam w kąt dziurkowaną menzurkę i wsunęłam do niej węża. - Więc? - spytałam, zerkając w stronę chłopaka.

<Sil?>

Strony