Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

wtorek, 21 lipca 2015

Keith - zadanie (z Katią)

S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 4 - Keith


Kiedy podszedłem do stolika, mężczyźni właśnie rozmawiali o tym, co w najbliższym czasie uczynił tutaj, jak się domyślałem, Eskrawe.
- To już przechodzi ludzkie pojęcie! Temu draniowi nigdy nie jest mało... - mówił jeden z nich.
 Reszta przyklasnęła mu. Wszyscy byli tak samo wściekli i poirytowani. Uznałem wiec, że to dobry moment, by wkręcić się do rozmowy.
- Czy to znaczy, że było więcej ataków? - zapytałem.
Najpierw trochę się obawiałem, że wyrzucą mnie albo będą milczeć. Jeden z nich zilustrował mnie wzrokiem. Nie dałem po sobie poznać, jak bardzo martwi mnie ten gest.
- Chłopcze, chyba nie zdołam ich zliczyć. Ukradli już prawie wszystkie magiczne stworzenia. Ci, którzy jeszcze cudem mają jakieś, trzymają je głęboko ukryte w zakamarkach swojego domu i nie mówią o tym nawet najbliższym znajomym - odezwał się.
- Dokładnie, nikt nie chce być bity ani zastraszany - odparł z pogardą drugi.
- Często tu bywają? - pytałem dalej, póki jeszcze mogłem.
- Praktycznie codziennie jest jakiś atak. Przybywają najczęściej w trzech. Wtedy łatwiej im wyciągnąć informacje - odpowiedział mi jeden z nich.
- Nie ma nikogo, kto by im się sprzeciwił? - rzekłem.
- Ci, co się odważyli, mokną właśnie na deszczu, bo nie mają gdzie mieszkać. Jak można nie mieć honoru i w nocy podpalać czyjś dom? - w jego głosie było słychać wściekłość, a co gorsze bezsilność.
- A wiecie przynajmniej, kto jest sprawcą tych ataków?
- Mówią na niego Eskrawe - to imię wypowiedział ze wstrętem. - Koleś macza palce w czarnej magii. Jest zbyt potężny, by ktokolwiek mógł go pokonać.
- A co z jego ludźmi? - dopytywałem dalej.
- Uważają się za niezwyciężonych, bo mają u boku tego... - powstrzymał się od użycia przekleństwa - Nie są tak silni, jak on, a przynajmniej nie pod względem magii. Siły za to im nie brakuje. Bywają bezlitośni, zabijają bez skrupułów.
- I nie możecie z nimi nic zrobić? - zapytałem z lekkim zdziwieniem w głosie.
Jeden z nich popatrzył na mnie wzrokiem pełnym nienawiści, wściekłości, pogardy, ale i bezsilności, bezradności, zwątpienia. Położył mi rękę na ramieniu, lekko o nie uderzając i powiedział:
- Chłopcze, my wszyscy tutaj mamy dom na utrzymaniu, żonę, dzieci do wykarmienia. Nikt z nas nie rzuci się w beznadziejną walkę. Nasze umiejętności nie są aż tak doskonałe. Z pewnością byśmy zginęli. Nie mamy wyboru.
Był przybity. Choć starał się nie okazywać swoich emocji, widziałem, że czuł się z tym źle. Zbójcy, nic nie warci ludzie, dla których liczy się tylko zysk, odbierali mu honor, sprawiali, że czuł się bezsilny. Zacząłem im współczuć, a w moim sercu obudziła się, większa niż zawsze, chęć pomocy. Już miałem się odezwać, dodać im otuchy, wlać w ich serca nadzieję, ale usłyszałem trzask otwieranych drzwi. Wszystkie rozmowy ucichły. Mężczyzna widocznie siał tu postrach. Postanowiłem nie wyróżniać się z tłumu. Skuliłem się, naśladując wojowników, siedzących ze mną przy stole i obserwowałem dalszy rozwój wydarzeń. Na początku było w porządku, żadnych awantur, lecz gdy mężczyzna zatrzymał się przy Katii, serce podskoczyło mi do gardła. Przeraziłem się jeszcze bardziej, kiedy usłyszałem jej krzyk. Podniosłem się momentalnie z miejsca, ale poczułem szarpnięcie za rękaw. Usiadłem mimo woli.
- Zwariowałeś, młodzieńcze? Życie ci niemiłe? Nic już nie możesz zrobić - powiedział ostro jeden z wojowników. Ten sam, który odpowiedział na moje ostatnie pytanie.
- Nie będę siedział i się gapił, jak krzywdzi moją bezbronną siostrę - odparłem dosadnie.
 Potem wstałem i niezrażony gabarytami mojego przeciwnika, wskoczyłem na stół.
- Nie wstyd ci tak krzywdzić bezbronne niewiasty? - zapytałem donośnym głosem.
 Mężczyzna odwrócił się, a potem soczyście zaśmiał.
- A ktoś ty? - odparł, wyraźnie rozbawiony. Już mnie lekceważył. Cóż, jego błąd.
- To nie istotne. Puść ją i zmierz się z kimś równym sobie. Inaczej gorzko pożałujesz - powiedziałem stonowanym, ale pewnym głosem.
- Czy ty rzucasz mi wyzwanie? Taki knypek jak ty? Myślisz, że masz ze mną szanse? Śmieszny jesteś. Będę robił to, co mi się podoba - odparł, śmiejąc się.
Potem ścisnął Katię za rękę. Ta pisnęła cicho. Tego już było za wiele. Wyciągnąłem schowaną za paskiem saksę. Żałowałem, że nie miałem przy sobie łuku. Już miałem się rzucić na mężczyznę, ale o to wpadł mi do głowy inny pomysł. Nie mogłem skrzywdzić Katii. Musiałem ją najpierw odciągnąć od napastnika. Zacząłem się rozglądać. Kiedy zerknąłem do góry, zauważyłem sterczące belki, podtrzymujące strop. Nie były bardzo grube, a znajdowały się dość nisko. Wystarczyło tylko skoczyć. "To jakbyś się huśtał na gałęzi" pomyślałem. Agresor stał odwrócony plecami do mnie. Teraz albo nigdy. Oddałem skok, przytrzymałem się drewna i uderzyłem w prawy bok mężczyzny. Miałem nadzieję, że pod wpływem oszołomienia po prostu zwolni uścisk lewej ręki, a dzięki temu Katia się wyswobodzi. Stało się tak, jak przewidziałem. Facet runął jak długi na ziemię.
- Odejdź w kąt! - krzyknąłem.
Puściłem się belki, licząc na to, że stanę na równych nogach, ale niestety, tak się nie stało. Niefortunnie trafiłem stopami sam koniec niewielkiego stołu. Nie był aż tak wytrzymały, jak mógłbym się spodziewać. Mój ciężar sprawił, iż mebel się przewrócił, a ja razem z nim. Katia od razu pobiegła do mnie.
- Nic ci nie jest? - zapytała.
- Nie przejmuj się mną. Idź po mój łuk i kołczan, prędko - nakazałem jej.
Dziewczyna od razu wykonała moje polecenie. Lewy bok bolał mnie niemiłosiernie. Postanowiłem jednak zdusić w sobie ten ból. Dałem radę się podnieść i przyjąłem pozycję bojową. Podejrzany mężczyzna dopiero podnosił się z podłogi. Był wściekły. Od razu wyciągnął nóż. Odetchnąłem z ulgą, że to nie miecz. Wówczas byłoby mi o wiele trudniej.
- Ze mną się nie zadziera. Chciałem ci odpuścić twoją wcześniejszą zuchwałość, ale przesadziłeś. Teraz z chęcią przeszyję tym twoje serce - powiedział grubym głosem, wskazując na broń, którą dzierżył w ręce.
Nie podszedłem do niego. Chciałem, by to on wykonał pierwszy ruch. Nie musiałem długo czekać. Mężczyzna zamachnął się nożem. Zrobiłem unik i z całej siły kopnąłem go w bok, na który upadł. Ten skulił się. Teraz to ja postanowiłem zaatakować. Pchnąłem saksę do przodu, ale mój atak od razu został sparowany. Przez chwilę wymienialiśmy się ciosami. Manewrowałem bronią w taki sposób, by zmusić przeciwnika do wykonania konkretnego pchnięcia. Celowo odsłaniałem swoje lewe biodro. Po kilkunastu sekundach napastnik zamachnął się i wycyrklował w nieosłonięte miejsce. Na to czekałem. Wykonałem unik. W czasie obrotu umieściłem saksę w lewej ręce. Następnie wolną dłonią chwyciłem mężczyznę  go za nadgarstek i z całej siły popchnąłem do przodu. Ten po raz kolejny leżał na deskach.
- Nie doceniasz mnie - powiedziałem spokojnie.
Mój przeciwnik podniósł się szybko. Twarz czerwieniała mu z wściekłości. Od razu się na mnie rzucił. Odskoczyłem, ale trochę za późno. Ostra cześć jego noża drasnęła mnie w bok. Naparł na mnie z taką szybkością, że straciłem równowagę. On z kolei wpadł na krzesło. Teraz obydwaj zaliczyliśmy, już po raz kolejny, bliskie spotkanie z drewnianą podłogą. Nie byłem w stanie się podnieść. Mój przeciwnik niestety tak. Niepewnie stawał kroki, ale z każdą sekundą był coraz bliżej i bliżej. Nie mogłem nawet użyć mocy pyrokinezy. Po pierwsze byłem zbyt osłabiony, a po drugie, bałem się, że podpalę gospodę, jeśli źle wyceluje. "To koniec" przeszło mi przez głowę.
- Keith! - usłyszałem krzyk mojej towarzyszki.
Odwróciłem głowę w tamtą stronę. Łuk i kołczan leciały w moim kierunku. Szybko je chwyciłem. Rzut Katii okazał się idealny. Adrenalina tak bardzo opanowała moje ciało, że zapomniałem o bólu. Błyskawicznie nałożyłem strzały. Nie było czasu, by aktywować celownik. Musiałem zdać się na swój instynkt. Wycelowałem i wypuściłem pocisk. Ten zdawał się lecieć jakby w zwolnionym tempie. Zbliżał się do ręki napastnika. Wstrzymałem oddech. Grot strzały idealnie musnął wszystkie palce mężczyzny, które trzymały rękojeść noża. Usłyszałem szczęk metalu, upadającego na deski. Odetchnąłem z ulgą i natychmiast wypuściłem drugą strzałę. Ta lekko rozcięła jego łydkę. W między czasie Katia kopnęła porzuconą broń agresora pod jeden ze stołów. Ja odetchnąłem z ulgą. Nie miałem już sił, by wycelować kolejny raz. Na szczęście mój przeciwnik zrozumiał, że nie ma już szans i rzucił się do ucieczki. - Jeszcze cię dorwę. Zadarłeś z niewłaściwą osobą - wysyczał i szybko wypadł za drzwi. Kiedy te się zatrzasnęły, moja towarzyszka podeszła do mnie. Najszybciej jak mogła, wyleczyła wszystkie moje obrażenia. Byłem trochę obolały, ale przynajmniej mogłem się podnieść. Od razu rzuciłem się dziewczynie na szyję. Nie wiem dlaczego. To był odruch.
- Nic ci nie zrobił? - zapytałem troskliwie.
- Nie, dzięki tobie - powiedziała cicho.
Oderwałem się od niej i uśmiechnąłem.
- Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło.
Nagle poczułem na sobie tysiące spojrzeń. Odwróciłem się. Cała gospoda wlepiała we mnie wzrok. Po chwili oczekiwania rozległy się brawa. Postanowiłem wykorzystać ten moment. Stanąłem na jednym ze stołów. Uniosłem ręce, by uciszyć ten wrzask.
- Moi drodzy, jak widzicie, nikt nie jest niezniszczalny. Nie istnieją ludzie, których nie można pokonać. Najgorsze, co możecie zrobić, to dać się zastraszyć. Jest wśród was tylu rosłych mężczyzn, którzy z pewnością, wspólnymi siłami poradziliby sobie z tym osiłkiem - zrobiłem krótką przerwę. - Ale nikt nie kiwnął palcem. Wszyscy siedzieliście na swoich miejscach. Gdyby mnie tu nie było, nawet nie chcę myśleć, co stałoby się z moją siostrą. A co jeśli na jej miejscu byłaby wasza żona lub córka? Czy i wówczas nie bronilibyście jej?
Gdy to usłyszeli, zwiesili głowy. Było im wstyd. Kontynuowałem dalej.
- Nie możecie dawać sobą tak pomiatać. Musicie się przeciwstawić, walczyć o swój honor.
- Ale jak? Przecież nie umiemy. Poza tym, gdzie nauczyłeś się tak posługiwać bronią? - przerwał mi któryś z mężczyzn.
Spojrzałem na Katię, a ta skinęła głową. Już czas, by ujawnić nasz cel.
- Lata ćwiczeń i nauki pozwoliły mi zdobyć te umiejętności. Nie jestem zwykłym podróżnym. Wraz z moją siostrą dostaliśmy polecenie schwytania Albiona Eskrawe. Nie uda nam się to jednak, jeśli nam nie pomożecie. Proponuję umowę. Ja nauczę kilku wybranych mężczyzn, w jaki sposób walczyć, a moja siostra przekażę nieco swojej wiedzy kobietom z waszej wioski na temat leczenia. Wy powiecie mi wszystko, co wiecie o Eskrawe i jego ludziach oraz w razie potrzeby, pomożecie mi w schwytaniu go. Umowa stoi? - zakończyłem swoją przemowę.
Zapadła cisza, nikt nawet nie śmiał się odezwać. Wreszcie mężczyzna, który próbował mnie powstrzymać przed wdaniem się w bójkę, wstał, spojrzał na mnie ze świeczkami w oczach i rzekł:
- Przywróciłeś mi nadzieję w normalne, spokojne życie. Podziwiam cię za twą odwagę i upór, wojowniku. Zrobię wszystko, o cokolwiek mnie poprosisz.
Uśmiechnąłem się i skinąłem głową w podziękowaniu. W końcu dołączyli do niego inni, aż wreszcie cała gospoda wstała z miejsc.
- Dziękuję wam za zaufanie. Jutro o godzinie 7 wszyscy chętni stawią się w gospodzie, o ile jej właścicielka wyrazi na to zgodę - powiedziałem.
- Oczywiście, zgadzam się - odparła.
 - Świetnie, do zobaczenia - odezwałem się na koniec.
Potem razem z Katią wróciliśmy do pokoju, by tam wymienić się informacjami oraz wrażeniami.

<Katia?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Strony