Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

piątek, 31 lipca 2015

Nao


Faktycznie, Zatushi ma całkowitą rację. Powinniśmy to przemyśleć, zanim wpakujemy się w jakieś bagno. Ja najchętniej zaatakowałabym od razu, bo należę do osób działających szybko, ale tutaj raczej akcja tego typu nie przejdzie. W takim razie, może rozsądniej byłoby ją śledzić? Ale takim sposobem nigdy jej nie złapiemy. Trzeba rozważyć wszystkie za i przeciw. Izaya trafnie stwierdził, że chodzi również o psychikę. W dzieciństwie ten cholerny Ichinose nieźle mnie wkurzył. Pamiętam, że płakałam, przez jego głupie komentarze na mój temat. Ale już nie jestem tą samą Nao. Teraz takie rzeczy mnie nie bolą, tylko denerwują. Ale czy to dobrze? To dobrze, że bez wahania potrafię uderzyć kogoś w twarz? Westchnęłam, na wspomnienie tego feralnego zdarzenia. Zerknęłam na Inori i Miguela. Wyglądali na wyjątkowo skupionych. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Cieszę się, że ich poznałam, a zwłaszcza Inori-chan. Nie chcę, aby stała im się krzywda. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Następnie skupiłam wzrok na Zatushim. Wyglądał na spokojnego, nie specjalnie zainteresowanego zaistniałą sytuacją. 
- Jestem pewna, że skoro liderki go wybrały, miały dobry powód. Wie co robi - mruknęłam do siebie.
Podeszłam do Izayi.
- A ty? Jak myślisz, co powinniśmy zrobić? - spytałam.
Nie chodziło tu o mój brak pomysłów. Miałam wrażenie, że Zatushi może być w tej kwestii bardzo pomocny. 
<Izaya?>

Izaya

Po krótkim czasie każde z nich powiedziało po zdaniu o sobie. Nasza drużyna składała się z 2 wojowników cechujących się dużą wytrzymałością w czasie. Jeden opanowany, a drugi wręcz przeciwnie. Trzecią osobą był młody ninja, aczkolwiek taki, który łatwo się denerwuje i wpada w szał. Taki skrytobójca i berserker w jednym. Ciekawie się to zapowiadało. Po chwili Nao zniecierpliwiona zadała dość proste pytanie:
- To skoro już wiesz o nas co chciałeś, możemy zacząć działać nie?
Popatrzyłem na nią i uśmiechnąłem się. Podobają mi się ludzie takiego pokroju. Bezpośredni, nie tracący czasu na pierdoły. 
- Mieliście już kiedyś do czynienia z magiem? Najważniejsze w walkach z nimi jest spodziewanie się niespodziewanego. Nikt z nas nie wie, co on naprawdę potrafi, ani co robi. Pytanie tylko czy jesteście gotowi i nie mówię tutaj o waszych umiejętnościach, lecz o psychice. Najnaturalniej mamy 2 opcje: śledzić owego zbiega, bądź go ubezwłasnowolnić. Zdecydujcie w jaki sposób chcecie działać, ale odwrotu nie będzie. Weźcie pod uwagę wszystkie okoliczności, oraz wasze słabości, mocne strony. Oraz chyba najważniejsze. Czy nie uciekniecie gdy sytuacja was przerośnie, jednocześnie skazując całą grupę na porażkę?

<Inori? Nao? Miquel?>

Rengiku

- W takim razie wszystko ustalone - oznajmiłam. - Keith, zostawiam ci wszystkich pierwszaków, razem z Earlem sobie poradzicie. Ja biorę starsze roczniki. W razie czego zostawię ci upoważnienia i namiary na siebie, ale chcę, żebyś pociągnął to sam. Jeśli znajdziesz do końca dnia kogoś, kto miałby ci pomóc, to możesz do mnie przyjść z propozycją. Wszystko, co potrzebujesz wiedzieć znajduje się tutaj, Earl z resztą też pewnie większość pamięta z pominięciem szczegółów lub cudzej działki. Szczegóły potem na osobności ci podam. A z tobą - wskazałam gestem głowy na Sarę. - dogadamy się już w drodze, nie ma co sobie zaprzątać czasu. Jakieś pyta... acha, jeszcze to - mruknęłam, wyciągając z kieszeni pierścionek i rzuciłam go Katii, która złapała w ostatniej chwili. - Chcę mieć to jak najszybciej zbadane. Jak nie zdąrzysz dzisiaj, to wiesz, jak ze mną rozmawiać. To chyba już wszystko, jakieś pytania? - skończyłam i sięgnęłam po kubek niedokończonej latte.

<???>

Silyen

Właśnie przeglądałem kolejny stos książek, gdy usłyszałem trzask otwieranych drzwi. Seo i Hiroki natychmiast wyjrzeli zza regałów. Położyłem palec na usta, dając jednocześnie znak, że sprawdzę, co się dzieje. Ostrożnie podszedłem do miejsca, z którego dochodził dźwięk. Zauważyłem burzę czerwonych włosów. Skupiłem się przez chwilę. Czy ta dziewczyna była uczennicą? Nagle odwróciła się do mnie tak, że widziałem jej twarz. Wówczas ją rozpoznałem. To była Rias Gremory, Magiczna. W miarę możliwości starałem się zawsze znać dane otaczających mnie osób, a w tym przypadku uczniów szkoły. Obserwowałem ją przez moment, ale do czasu. Wtem dziewczyna upuściła książkę na ziemię, a zaraz potem sama upadła. Pobiegłem do niej tak szybko, jak mogłem.
- Nic ci nie jest? - zapytałem.
- Nic - powiedziała słabo.
- Chodź, usiądź sobie pod ścianą - poleciłem z troską troską głosie.
Ta niechętnie zrobiła to, o co prosiłem.
- Seo, Hiroki! Możecie tu przyjść, jest bezpiecznie - zawołałem.
Po chwili zjawili się i moi towarzysze. Poprosiłem Seo, by przyniosła dla dziewczyny wodę z podajnika nieopodal drzwi. Kiedy wróciła, postanowiłem przedstawić wszystkich.
- To jest Seo, potem Hiroki i ja, Silyen, ale mów do mnie Sil - uśmiechnąłem się lekko.
- Rias - odparła lakonicznie.
- Co cię tu sprowadza? Nie powinnaś być teraz z jedną z grup? - zapytałem, próbując zdusić surowość w moim głosie.
Mimo że martwiłem się o jej zdrowie, to perspektywa tego, iż nie zastosowała się do rozkazów, mogła doprowadzić mnie do szału i dobrze o tym wiedziałem...

<Rias? Seo? Hiroki?>

czwartek, 30 lipca 2015

Rias

Niechcący kogoś uderzyłam drzwiami wychodząc z sali, więc zmartwiona tym podeszłam i przeprosiłam. Na szczecie chłopak przyjął przeprosiny, a ja uśmiechnęłam się do niego z ulgą. Niestety uśmiech znikł z mojej twarzy gdy poczułam jak na ciele dotyk magicznych lin. Ponieważ demon może wytrzymać wszystko oprócz specjalnych uroków, które zostały rzucone na te liny. Jego działanie wywoływało w nas szał. Tak stało się i teraz ponieważ ogarnęła mnie furia i zaczęłam się wyrywać, krzycząc przy tym tak jakbym była opętana przez złe siły. Myślałam, że to koniec i zabije mnie ten chłopak o czarnych włosach, który mnie spętał, ale tak się nie stało! Ktoś krzyknął żeby przestał, ale chłopak o czarnych włosach słysząc to, wywrócił oczami z nieprzystępną miną. Na szczęście jakaś dziewczyna stanęła między nami i pod jej naporem facet zwinął swoje liny i uwolnił mnie. Wolna, ale i wściekła, chciałam go znów zakatować, lecz dziewczyna użyła swych mocy, łamiąc mój opór i karząc mi odejść. Posłucham, a gdy oddaliłam się od nich i szłam korytarzem, wreszcie się uspokoiłam. Znów byłam sobą. Chcąc odpocząć, zatrzymałam się w bibliotece. Wzięłam swoją ulubioną książkę i ruszyłam w stronę stolików. Chciałam usiąść na jednym z krzeseł i odetchnąć, ale ledwie udało mi się zrobić kilka kroków, osłabłam upuszczając książkę i upadając na ziemię. Widząc to, podszedł do mnie jakiś nieznajomy chłopak i zapytał...

(Hiroki? Silyen?)

Keith

Rengiku utkwiła w nas swój wzrok. Oczekiwała natchmiastowej decyzji. Mimo iż liderka wnikliwie świdrowała nas swoim spojrzeniem, żadne nie przerwało ciszy.
- Nie mamy całego dnia - ponaglała.
Zilustrowałem Sarę wzrokiem. Przyglądałem jej się tak chwilę i w końcu postanowiłem się odezwać:
- Proszę, wybierz pierwsza - uśmiechnąłem się życzliwie.
Dziewczyna zastanowiła się chwilę, aż wreszcie podjęła decyzję.
- Jeśli pozwolisz, wezmę pomoc przy grupie wypadowej - powiedziała.
- W takim razie ja zajmę koordynowaniem Walecznych - odparłem.
Mowiąc to w głębi duszy miałem nadzieję, że dam sobie radę z tym zadaniem. Oby charaktery przydzielonych mi Walecznych nie były takie ciężkie i buntownicze, jak charakter Izayi. W przeciwnym raze to może zdecydowanie utrudnić pracę...
 
<Rengiku?>

Caspair

- Dobrze, więc gdzie zaczynamy? - zapytałem, już lekko zniecierpliwiony. Włożyłem ręce do kieszeni bluzy i zacząłem bawić się jakimś papierkiem, którego zapomniałem ostatnio wyrzucić. - Od razu mówię, że powinniśmy wybrać coś na dworze.
- Może las? - zaproponowała Sayuri. - Skoro ona chce uciec, to chyba najłatwiej zwiać lasem, no nie?
- Za późno, już jest oblężony. Idąc po szanowną śpiącą królewnę natknąłem się na trzy grupy - zachichotałem, widząc, jak Lilia próbowała udusić mnie wzrokiem. Nawet, jeśli chodzi do Magicznej, wątpię, aby jej umiejętności były w stanie zrobić coś podobnego. 
- Ja bym zaproponował pójście do ogrodów. Z tego, co mówiliście, jest tam całkiem sporo kryjówek i też raczej łatwo dać dyla - zasugerował Wilk. 
- Po ogrodach kręci się już kilkoro starszych uczniów. Bez nas z pewnością dadzą sobie radę z patrolowaniem terenu. 
- Idiota się po prostu boi, że się zgubi, nie słuchaj go - powiedziała do Thorne, po czym spojrzała na mnie z jakimś dziwnym wyrazem triumfu na twarzy. Jej mina była całkiem zabawna, chociaż jej postawa mnie trochę irytowała.
- Aż tak się nie boję, że się zgubię, wbrew pozorom lubię długie spacery - odwróciłem się do niej i założyłem ręce na piersi. - Gapisz się na mnie, jakbyś dostała o plaster wędliny w kanapce więcej niż ja. Wszystko w porządku?
- ... Jak ja ci zaraz dam plaster wędliny...!
- Uspokójcie się wreszcie. Księżniczko, czy mogłabyś mi udzielić tej niebiańskiej łaski i nie podnosić głosu? - białowłosa tylko oparła ręce na biodrach i spojrzała na Thorne spod oka. - Dziękuję. Teoretycznie mieliśmy zdecydować, gdzie mamy iść... 
- Moglibyśmy zerknąć na okolice stajni. Domyślam się, że tamta dziewczyna całkiem dobrze radzi sobie z szybkim bieganiem na długich dystansach, ale biorąc pod uwagę, że szuka jej cała szkoła, nawet ona może się zmęczyć. Najprościej w takiej sytuacji byłoby po prostu zabrać jakiegoś szybkiego konia ze stajni, prawda? A odnośnie samych koni, nie przejmuj się nimi, Wilku. Jakoś je później pouspokajamy - puściłem do Thorne'a perskie oko. W zamian usłyszałem z jego strony dość zabawne fuknięcie. W sumie nie wiem, czy było ono swego rodzaju wyrazem rozbawienia, czy zwykłym prychnięciem, ale jakoś zrobiło mi się lżej na duchu. Odkąd połączyliśmy się w grupę, Sayuri i ja większość czasu darliśmy koty, a Thorne najwyraźniej próbował udawać, że go z nami nie ma. Nawet, kiedy go oprowadzaliśmy, raczej się nie odzywał... 
- To gdzie idziemy? Ogrody, czy stajnia? - zapytałem. Może nareszcie zaczniemy coś robić.

<Sayuri? Thorne? Decydujcie ^^ >

Rengiku

- No dobra, to teraz tak: Ganimedes, ty kontrolujesz zwierzęta, o ile pamiętam, tak? - chłopak przytaknął, nieco zdenerwowany, że to on poszedł na pierwszy ogień. - Potrafisz kilka na raz?
- Nie, tylko te kilka moich - odpowiedział, z nieznanego mi powodu zawstydzony.
- No nic, zawsze co. Chciałabym, żeby zajął się opanowaniem zwierząt treningowych. Przy Arenie będzie strażnik, symurg Kiryuu, więc w razie czego cię obroni. Chcę, żeby wykorzystał zawartą tutaj wiedzę i przypomniał im, że są oswojone i nie tylko do walki się nadają. Ogary do tropienia, może znajdzie się co na tyle łagodnego, że uda się przećwiczyć do towarzyszenia słabszym uczniom podczas patrolu jako ochrona, zaplecze magiczne i tak dalej.
- Earl już się zebrał z Egzorcystką - przerwał mi Ray. Jak dotrze, to pewnie będzie mógł pomóc, w końcu nawet hydra go tolerowała względnie dobrze - kiwnęłam głową na znak, że przyjęłam.
- To jak, zajmiesz się tym? - skierowałam wzrok na Ganimedesa. Ten wziął głęboki oddech i w końcu kiwnął głową.
- Spróbuję, ale nic nie obiecuję.
- Świetnie. W takim razie jak skończymy, to pójdziesz ze mną do pokoju i dam ci klucze od Areny. Co dalej... Katherina. Masz ogarnąć swoich ludzi i zebrać ich. Patrole w nocy są bezsensowne, a od jutra i tak przestaną być potrzebne na dłuższą metę. Masz ich przeszkolić i zorganizować. Potrzebuję tutaj szybkiego obozu medycznego, zaplecza magicznego i tak dalej. Jak znajdziecie coś w archiwach, pewnie też się przyda. Jeżeli któryś z uczniów będzie wolał zostać przy swojej parze, nie mam zastrzeżeń, o ile ma podstawowe pojęcie, co robi - dziewczyna przytaknęła krótko, nie widząc większego powodu do sprzeczania się. - Dalej, potrzebuję jedną osobę, która zostanie tutaj i będzie koordynowała pozostałych w szkole Walecznych i jedną, która mi pomoże przy grupie wypadowej. To kto co bierze? - popatrzyłam wyczekująco na Keitha i Sarę.

<Keith, Sara? Dogadacie się?>
<Ganimedes, Katherina, jak przyjęcie dyspozycji?>

środa, 29 lipca 2015

Miguel

- Miguel Castellaro - mruknąłem, nonszalancko opierając się o pień starego dębu - Walczę metalowym kibo i rapierem. Specjalizuję się w manewrach obronnych i długiej walce. Słabszy jestem w sabotażu gdyż brakuje mi wyrachowania. - zakończyłem z lekkim uśmiechem, patrząc w oczy Izayi.
Ten gość nie wyglądał mi na godnego zaufania, a tym bardziej nie powierzyłbym mu dowodzenia żadną grupą. No, ale to nie do mnie należy ta decyzja, a liderki najwyraźniej są innego zdania. Tak czy inaczej nie zamierzałem ułatwiać facetowi całej sprawy, a przede wszystkim musiałem uważać by Inori i Nao nic się nie stało. Czułem się za nie odpowiedzialny....
- To skoro już wiesz o nas co chciałeś, możemy zacząć działać nie? - mruknęła zniecierpliwiona Nao, podejrzliwie patrząc na Zatushi'ego i przerywając moje rozmyślania.

(Izaya?)


Nao

Dobra, może moje przeczucia są błędne. Może się co do niego myliłam. Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie na tyle długo, że nawet nie zauważyłam, kiedy Inori zaczęła mówić. Usłyszałam tylko końcówkę jej wypowiedzi. Wychodziło na to, że teraz pora na mnie, lub Miguela. Inori-chan wysłała mi porozumiewawcze spojrzenie. Westchnęłam lekko i zaczęłam mówić.
- Nazywam się Nao Shigure. Walczę płonącymi shurikenami, oraz od niedawna sztyletem. Specjalizuję się w szybkich i dynamicznych atakach. Mam problemy z agresją, gdy ktoś mnie zdenerwuje, potrafię okładać go bez zastanowienia. Moją mocną stroną są nagłe ataki z zaskoczenia. Wydaje mi się, że to wszystko - zakończyłam i spojrzałam na Miguela.
Wychodzi na to, że zaraz będziemy mogli działać - ucieszyłam się na samom myśl o tym. Tym czasem Miguel zaczął swoje "przemówienie".
<Miguel?>

Sara

Moje zdezorientowanie jeszcze wzrosło kiedy dostałam pełny opis sytuacji. Oderwałam wzrok od stołu, na którym dostrzegłam już wszystkie widoczne z tej odległości zadrapania i zwróciłam go w kierunku rozmówców. Przynajmniej wiedziałam już gdzie podziali się wszyscy uczniowie, ale...
- To... Co ja mam robić? - zapytałam, czując jak powoli kiełkuje we mnie niepokój. Naprawdę chciałam COŚ zrobić.
- Mogłabyś dołączyć do którejś z grup patrolowych - powiedział jakiś jasnowłosy chłopak. Nie znałam go. Właściwie jedyną osobą, którą tu znałam była Rengiku, którą znałam z widzenia.
- Ale w sumie z twoimi umiejętnościami mogłabyś się przydać tutaj - wtrąciła Rengiku - Jeśli tylko jesteś gotowa na ciężką pracę i dowodzenie innymi. - dodała.
Jej słowa docierały do mnie przez kilka sekund. Następnie w moim umyśle pojawiły się niezliczone odpowiedzi, argumenty i wątpliwości. Z moich ust niemal wydostało się głośne i bezsensowne "Ja?".
Moje milczenie chyba zostało uznane za wahanie.
- To jak, idziesz czy zostajesz? - powiedziała, lekko zirytowanym tonem.
Moje myśli ogarnął spokój. Podjęłam decyzję. I poczułam dziwną, nieracjonalną satysfakcję.
Złapałam głębszy oddech, podczas którego dotarł do mnie cały absurd sytuacji. Gdyby nie Izaya, którego zdążyłam już znienawidzić, choć jeszcze z nim nie rozmawiałam, nie byłby mnie tutaj i dalej bez celu kręciłabym się po szkole w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki.
-Zostaję - powiedziałam, sama dziwiąc się opanowaniem własnego głosu.
Dopiero teraz dostrzegłam ,że nadal skupiam na sobie całą uwagę zebranych.
-Więc...Co tu robimy? - zapytałam znów nieco zmieszana.

<Ganimedes? Keith? Katia? Rengiku?>

Thorne

- Czy twoja rodzina nie jest przypadkiem przez to w niebezpieczeństwie?
Oderwałem spojrzenie od brata i skupiłem się na Sayuri.
- Skoro ta opętana dziewczyna jest taka silna, czemu by miała ominąć akurat di Trevi'ch? - zakończyła i wróciła do barwienia się palcami. Miała rację. Jeśli dziewczyna była aż tak silna powinniśmy trzymać się razem.
- Muszę się z tobą zgodzić - powiedziałem, na co siedemnastolatka zareagowała krótkim śmiechem.
- Ależ oczywiście, di Trevi. Musisz.
- No - Caspair zatarł ręce. - To gdzie zaczy...
- Najpierw chciałbym odprowadzić Leona do domu.
Na słowo "dom", chłopiec wzdrygnął się i napiął mięśnie, a jego czarne oczy wypełniło przerażenie.
- Nie... zaczął, kręcąc energicznie głową.
- Spokojnie - położyłem dłoń na jego ramieniu. - Nie chodzi tu o dom Jeffa.

Po jakiś siedmiu minutach wyszliśmy ze szkoły i zaczęliśmy iść w kierunku miasteczka Basherville. Ja i Leo szliśmy na początku, a pozostała dwójka za nami. Czułem się niekomfortowo. Jakbym przewodził całą akcją. Uch. Dowodzenie to nie moja działka. I oby tak pozostało.
- Dobrze, Leo - zatrzymałem go kładąc rękę na piersi. Wyminąłem go i kucnąłem na przeciwko niego. - Nie mam siły na krzyki, kłótnie i kłamstwa - spojrzałem na swoje trampki, jak zwykle, kiedy przychodzi mi z kimś rozmawiać o tego typu sprawach. - Czym sprowokowałeś Jeffa?
Chłopak milczał. Oddychał płytko, jakbym miał mu zaraz wbić nóż w serce.
- Nic – powiedział, a ja na jego słowa ze rezygnacją oparłem czoło na wewnętrznej stronie dłoni.
- Leo, nie ma żadnego „nic”. Co zrobiłeś? – spytałem po raz kolejny, tyle ze tym razem twardziej.
- Pamiętasz – ściszył głos. – jak… pożyczyłeś portfel Jeffa?
Mruknąłem, kręcąc głową. Już wiedziałem, co zrobił. Bezmyślny dzieciak.
- Wziąłem to na siebie. No i może powiedziałem parę… nieprzyjemnych słów.
Wstałem i ze zmęczeniem zacząłem pocierać twarz dłońmi jak przy myciu. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie musiał tego robić; sam poradziłbym sobie z naukowcem.
- Bogowie, Leo – odsłoniłem twarz i spojrzałem na niego. – Nieważne. Widzisz ten domek? – spytałem wskazując palcem na niewielki budynek pomalowany na biało. – Idź tam, byle szybko. Dziewczyna, czekoladowe włosy, jasne oczy, rozpoznasz.
Leo pożegnał się ze mną i bez marudzenia – co w jego przypadku zdarza się często – pobiegł we skazane miejsce. Gdy był już blisko odwróciłem się do reszty i przeprosiłem za zmarnowany czas. Pomijając krótkie wymiany zdań, szybko znaleźliśmy się w szkole. Miałem nadzieję, że Caspair i Sayuri nie będą się na mnie gniewać – o ile w ogóle się gniewają – za incydent z moim bratem. Dzieciak uciąłby sobie rękę dla kogoś. Nie znoszę takiego zachowania. Wszystko bierze na siebie, i to on zawsze obrywa. A ja nawet nie mogę przemówić mu do rozsądku.
- Dobrze, więc gdzie zaczynamy? – spytał Caspair.

<Caspair? Sayuri?>

wtorek, 28 lipca 2015

Sayuri

- Ktoś mi powie, co tu się stało?
Było to raczej pytanie retoryczne, można by stwierdzić, że przewidziałam to, że mnie zignorują. Jakby nie spojrzeć, denerwowałam ich wszystkich moim wspaniałym zachowaniem, co sprawiało mi nie lada gratkę. Irytowanie innych to świetna zabawa, jednakże trzeba mieć "hamulce", oych zdarza mi się zapomnieć. Teraz chyba powinnam wreszcie się zamknąć. Tak! Od jutra jestem grzeczna! „I od jutra będę hodować śmierć, a potem jej mięsem truć ludzi." - zaśmiałam się w myślach. Jestem żmiją i dobrze mi z tym.  Wróciłam na ziemię, kiedy Thorne wyszedł z sali razem z osobą, o której wiedziałam tylko jak ma na imię - Leo. Wtem Caspair pomachał ręką, jakby odganiajac muchę. Najprawdopodobniej było to „idziemy“ toteż podążyłam za chłopakiem.
- Rodzinna sprzeczka, Lilio. Tak to właśnie wygląda w niektórych familiach. A teraz pilnuj tyłu, ja pójdę na przód, na wypadek, gdyby tamtemu znowu chciało się gdzieś polecieć - rzekł Caspair, po czym przyśpieszył podczas gdy ja zawiesiłam na nim wzrok.
Co za męcząca sytuacja. Ile można biegać po tych korytarzach jak jakieś wilki szukające zwierzyny? Mimo tego milczałam. W tym czasie Cas podszedł do chłopaków i zaczął o czymś z nimi rozmawiać. Podeszłam do ściany, usiadłam i oparłam się na niej, po czym zaczęłam „rysować“ palcem po podłodze. Innymi słowy po prostu wycierałam korytarzowe kurze.
- Wilku, wybacz, że nie damy wam teraz spokoju, ale sam rozumiesz, musimy przynajmniej trzymać się w grupie. Lider każe, uczeń musi. Wiesz o co chodzi, prawda? Podobno tamta dziewczyna pokonała samą Rengiku... - usłyszałam po chwili.
Opętania, demony - wręcz wspaniałe! Potrzeba tylko trochę wyobraźni, aby zrozumieć, jak potężne są takie stworzenia. Uwielbiam takie tematy. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który zaraz zniknął. Opętanie to - jak zakładam - nic przyjemnego. Mimo tego, chciałabym zobaczyć kiedyś demona, tą fabrykę zła. Choć to raczej nie będzie, a przynajmnniej na chwilę obecną nie jest możliwe.
- Wiem, jednak rodzina jest dla mnie najważniejsza - usłyszałam głos Thorne'a
To było takie słodkie, że myślałam, że się rozpłaczę. Nasuwało mi się tylko jedno pytanie.
- Czy twoja rodzina nie jest przypadkiem przez to w niebezpieczeństwie? Skoro ta opętana dziewczyna - uśmiechnęłam się na to słowo - jest taka silna, czemu by miała ominąc akurat Di Trevich? - zakończyłam swoje pytanie, na które i tak pewnie nie otrzymam odpowiedzi.
Mimo to wiedziałam, miałam trochę racji. Czyż ta opętana dziewczyna nie jest zagrożeniem? Ponownie zamilkłam i zaczęłam wodzić palcem po podłodze z obojętną miną.

(Thorne? Caspair? )

Inori

Pomimo, że chłopak wyglądał na strasznego, odważyłam się odezwać.
- Ja jestem Inori Yuzuriha. Specjalizuję się na przeprowadzaniu szybkich ataków i wytrzymałość fizyczna. Moimi mocnym punktem jest ciągłość przeprowadzania ataków. Natomiast moim słabym punktem jest szybkie wybuchanie wściekłością, przez co nie wiem do końca co robię. I to chyba tyle.- odpowiedziałam
- Rozumiem, a czym walczysz? - zapytał się Izaya
- Wachlarze i kunai.
- No dobrze, więc co z resztą? Kto teraz? - spytał się.
Nikt nie chciał nic mówić. Więc się odezwałam.
- Skoro macie tyle czasu, aby go tracić, więc lepiej chodźmy do swoich pokoi. - powiedziałam, patrząc się na Nao i Miguela. Nao spojrzała się na mnie i zaczęła mówić...

<Nao? Miguel?>

poniedziałek, 27 lipca 2015

Katia

- Dobra, skoro mamy już z głowy wszechwiedzących idiotów i zgodziliście się na współpracę to możemy przejść do meritum - mruknęła Rengiku, usłyszawszy naszedeklaracje - Ray oprócz egzorcysty możemy potrzebować posiłków do schwytania dziewczyny, a co ważniejsze lokalizacji i uporania się z demonem, który ją opętał.
Inkwizytor nie zdążył odpowiedzieć bo za naszymi plecami rozległo się ciche skrzypnięcie drzwi. Zaskoczeni odwróciliśmy się by zobaczyć, kto znowu nam przeszkadza. Była to Sara, jasnowłosa dziewczyna o dużych, poważnych oczach. Wyczułam, że jest zdezorientowana i czuje się niezręcznie. Po dłuższej chwili odezwała się niepewnie:
- Ja... - wydukała z coraz większym zmieszaniem - Chyba ominęło mnie coś ważnego... Czy... Ktoś wyjaśni mi, gdzie podziali się wszyscy uczniowie? - zapytała, wbijając wzrok w jeden ze znajdujących się w sali stołów.
- Uczniowie pomagają odzyskać cenny Amulet i odnaleźć dziewczynę opętaną przez potężnego demona - wyjaśniłam zwięźle, widząc mieszaninę gniewu i zniecierpliwienia na twarzy siostry.
- To... Co ja mam robić? - zapytała Sara z lekkim niepokojem.
- Mogłabyś dołączyć do którejś z grup patrolowych - zasugerował Ganimedes
- Ale w sumie z twoimi umiejętnościami mogłabyś się przydać tutaj - niespodziewanie wtrąciła Rengiku - Jeśli tylko jesteś gotowa na ciężką pracę i dowodzenie innymi. -dodała.
Sara zmarszczyła brwi w zamyśleniu, ale Rengiku nie dała jej zbyt wiele czasu na podjęcie decyzji bo zaledwie po kilkunastu sekundach zapytała:
- To jak, idziesz czy zostajesz?

(Sara?)

Izaya

Po dość specyficznej rozmowie z Rengiku, o ile można to nazwać rozmową, dołączyłem do trzyosobowej grupy, która aktualnie śledziła tajemniczą dziewczynę. Grupa znajdowała się w lesie, co zbyt dziwne nie było, ale zastanawiało mnie tylko, dlaczego akurat na nich padło to zadanie. Znalazłem ich po zaledwie kilkunastu minutach i przez chwile stałem za nimi, jakby niezauważony. Z tego co usłyszałem nie było im spieszno do podejmowania pochopnych decyzji, woleli poczekać na mnie. Nie zwlekając, uświadomiłem ich o swojej obecności. Po minach całej trójki było widać, że nie byłem dla nich wymarzonym kompanem, ale nie interesowało mnie to.
- Zatushi, prawda? Więc to ty będziesz nam pomagał? - powiedziała jedna z dziewczyn.
- Owszem, przez najbliższy czas będę za was odpowiedzialny. Nie oczekuję od was żebyście mnie lubili, żartowali ze mną czy co tam robicie w swoim gronie. To jak będzie nam się razem pracowało zależy również od was. Proponuje aby każdy z was powiedział szybko w czym się specjalizuje oraz opisał swoje mocne i słabe punkty. W ten sposób wszystko będzie szło sprawniej i będzie można odpowiednio się zorganizować.
To może zacznę. Nazywam się Izaya Zatushi. Specjalizuję się w sabotażu oraz walce z ukrycia. Moim mocnym punktem jest duża wytrzymałość psychiczna oraz umiejętność zachowania zimnej krwi podczas wszelkich sytuacji. Jeśli chodzi o słabe punkty są to długie, otwarte walki.
Zapadła chwila ciszy. Wszyscy jakby się zastanawiali, ale nie miałem zamiaru tracić czasu.
- Na co czekacie? - odparłem stanowczym głosem, jednocześnie zachowując odpowiednią ciszę  by nie zdemaskować naszej pozycji. Spoglądnąłem na śledzoną dziewczynę, która wciąż stała tam gdzie była kiedy tu przyszedłem.
- Nazywam się ... - w końcu z grupy dał się słyszeć dziewczęcy głos.

< Inori? Nao?>

Silyen

Przysłuchiwałem się chwilę słowom Hirokiego. W zasadzie nie mieliśmy już czego szukać. Proponował bardzo rozsądne rozwiązanie.
- Samo dogadanie się w tym konkretnym momencie z naszymi parami będzie problemem. Wszyscy wałęsają się po szkole i okolicach. Poza tym musielibyśmy wyjść na zewnątrz. W końcu nasze pary to Waleczni. Wolałbym nie robić nic wbrew rozkazom Rengiku czy Katii. Ale co do znalezienia przydatnych informacji, zgadzam się. Myślę nawet, że jesteśmy w najbardziej przydatnym do tego miejscu. Biblioteka to skarbnica wiedzy. Tutaj na pewno uda nam się coś znaleźć. Musi to być przecież jakiś dział związany z walką, obroną czy czymś podobnym. Szukajmy więc - zakończyłem swoją wypowiedź.
Potem każdy z nas rozszedł się w inną stronę pomieszczenia, próbując znaleźć odpowiedni dział. W między czasie zacząłem się zastanawiać, kiedy wreszcie to się skończy. Byłem w jakiś sposób przyzwyczajony do tego, że zawsze są jakieś problemy do rozwiązania i przeszkody do pokonania. W końcu codziennie do mojego ojca docierały jakieś informacje. Powinienem wiedzieć, iż nawet w szkole nie da się uniknąć kłopotliwych albo niebezpiecznych sytuacji. Właśnie... Po wszystkim powinienem koniecznie zadzwonić do ojca. Pewnie wiedział o tym, co się tu dzieje. Możliwe nawet, że w tej chwili myślał, czy jestem bezpieczny. Żałowałem, że nie mogę się z nim skontaktować. Postanowiłem na razie odrzucić od siebie te wszystkie myśli i skoncentrowałem się na zadaniu.

<Seo? Hiroki?>

Keith - zadanie (z Katią)


S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 6 - Keith

Zastanawiałem się nad tym, co powiedziała Katia. To wszystko było takie dziwne... Przecież im pomogliśmy. Moja towarzyszka nie mogła się przecież mylić w sprawie mocy tej dziewczynki.
- Wiesz, rano rozmawiałem z Johnem. Mówił, że kiedyś mieli tutaj niewielką szkołę rycerską. Na początku przyjąłem to z entuzjazmem. W końcu dzięki temu znaleźliśmy miejsce do ćwiczeń, ale jak teraz o tym myślę... Nie widaje ci się to dziwne? Szkoła rycerska w takiej małej wiosce, na odludziu? Po co? - zastanowiłem się na głos.
- To wszystko jest zupełnie pozbawione sensu - odezwała się.
- Chyba wypadałoby porozmawiać na osobności z tą gospodynią. Zaczekaj na mnie w pokoju, dobrze? Mamy jeszcze jeden problem do rozwiązania - poprosiłem.
- Tylko taktownie - poleciła.
Skinąłem głową. Oboje weszliśmy do środka, a potem każdy z nas poszedł w swoją stronę. W głowie układałem jakiś plan rozmowy z tą kobietą. Zauważyłem, jak krzątała się po kuchni. Zapukałem lekko drzwi.
- Przepraszam, czy mógłbym z panią porozmawiać? - zapytałem.
- Proszę - odpowiedziała.
- Jak się pani podobały zajęcia z Katią? - zacząłem luźno.
- Twoja siostra to wspaniała dziewczyna. Wiele nas nauczyła. Jesteśmy wdzięczne za wiedzę, którą nam przekazała - odparła, nadal przechadzając się po pomieszczeniu.
- Cieszę się. Nasze zajęcia również były owocne. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz - udałem zamyślenie.
- Co takiego? - zainteresowała się.
- Ćwiczyliśmy w starej szopie. Podobno kiedyś szkolono tam wojowników. Skąd w takiej małej wiosce wzięła się szkoła rycerska i po co ją wybudowano? - zapytałem.
Kobieta zesztywniała, ale tylko na ułamek sekundy. Niektórzy mogliby pomyśleć, że ten odruch niejako im się przyśnił. Dla mnie jednak był to znak, iż gospodyni coś wiedziała.
- Ja nie wiem nic o tym. Założyli to założyli. Nie ma co dochodzić przyczyn - powiedziała w końcu.
Podszedłem do niej. Ta przestała w końcu się krzątać i stanęła w miejscu ze wzrokiem wbitym w miotłem.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale wiem, że nie mówi mi pani całej prawdy. Widzę to. Ja i Katia tyle zrobiliśmy dla waszej wioski. Czy naprawdę nie możemy liczyć na choć odrobinę szczerości? Jak mamy wyswobodzić to miejsce spod wpływu Eskrawe, skoro ukrywacie przed nami najważniejsze informacje? My obdarzyliśmy was zaufaniem, przekazaliśmy swoją wiedzę. Czy to nie wystarczy? - nadal milczała. - Jeśli będzie pani w stanie choć trochę rozwiać nasze wątpliwości, proszę się odezwać - zakończyłem, po czym powoli wyszedłem z kuchni.
Wszystko przekazałem jej ze spokojem. Nie byłem zły. Możliwe, że bała się czegoś albo kogoś. Musiała mieć swoje powody, ale wychodząc, miałem nadzieję, iż zatrzyma mnie i wyzna wszystko, co ciąży jej na serce. Nie zrobiła tego jednak. Udałem się do pokoju. Rozmowa z gospodynią to pikuś w porównaniu z tym, co czeka mnie za chwilę. Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem Katię, która rozmawiała ochoczo z jakąś małą dziewczynką. Obie się śmiały. Mnie również udzieliła się ta radosna atmosfera. Od razu się rozweseliłem. Zilustrowałem je wzrokiem. Nawet nie zauważyły, jak wszedłem. Mojej towarzyszce do twarzy było z uśmiechem. Nie wiem dlaczego, ale oczu nie mogłem od niej oderwać. Zrobiłem to dopiero, gdy Katia zauważyła moją obecność. Odchrząknąłem znacząco i podszedłem do nich.
- Przedstawisz nas sobie? - powiedziałem z uśmiechem.
- Keith to jest Ally. Ally to jest Keith, mój brat - oznajmiła.
- Dzień dobry - odezwała się nieśmiało mała.
- Słyszałem, że miałaś niemiłą przygodę. Już wszystko w porządku? - zapytałem.
- Tak. Twoja siostra mi pomogła - uśmiechnęła się życzliwie w stronę mojej towarzyszki.
- A powiedz mi, podobały ci się zajęcia?
Kiwnęła głową.
- Te wszystkie rzeczy są świetne i można dzięki nim pomóc innym - rzekła radośnie.
- A co jeszcze lubisz, Ally? - dopytywałem.
Zamyśliła się na chwilę.
- Zwierzęta, ale nie takie zwykłe. Magiczne - ostatnie słowo wyszeptała.
- Dlaczego akurat takie? - udałem zdziwienie.
- Nie boją się mnie, rozmawiają ze mną. Nawet wykonują moje polecenia - w tym momencie prawie pisnęła.
Popatrzyłem na Katię i posłałem jej porozumiewawcze spojrzenie.
- Skarbie, a gdzie widziałaś takie stworzenia? - zapytała moja towarzyszka.
- Czasem po prostu na spacerze. Raz trafiłam na jednorożca albo na pegaza - rozradowała się. - Czasem też w domach innych. Pomagam, jak są kłopoty, bo wszyscy w wiosce wiedzą, że... - tu urwała. - Ja nie powinnam wam tego mówić... - ściszyła głos.
Bez wahania położyłem swoją dłoń na ramieniu dziewczynki. Wydawała się taka smutna i zagubiona.
- Słoneczko, obiecujemy ci, że to, co powiesz, nie wyjdzie za drzwi tego pokoju. Nie bój się - uśmiechnąłem się do niej szczerze.
Ona spojrzała na mnie. Zobaczyłem iskierki w jej oczach. Kąciki jej ust powędrowały lekko do góry. Wierzyła nam.
- Więc, wszyscy wiedzą, że kocham zwierzęta i umiem je uspokoić - dokończyła.
- A czy jest tu jeszcze ktoś, kto tak potrafi zapanować nad nimi? - powiedziałem.
- Tak - odparła lakonicznie.
Popatrzyłem na Katię. Te informacje były niezbędne. Przynajmniej wreszcie mieliśmy dowód. Musieliśmy to omówić. Na osobności. Ona zrozumiała, o co chodzi.
- Dziękuję, skarbie, że nam zaufałaś - uśmiechnęła się moja towarzyszka. - Musimy omówić coś koniecznie z moim bratem.
- Spotkamy się jeszcze? - zapytała mała.
- Oczywiście, że tak.
Dziewczynka rozpromieniła się. Zaczęła odchodzić, ale zanim nacisnęła klamkę, odwróciła się i zadała pytanie:
- Odzyskacie wszystkie magiczne zwierzęta?
- Zrobimy co w naszej mocy - uśmiechnąłem się.
- To dobrze, bo one bardzo cierpią - oznajmiła i opuściła pokój.
- Nie musiałeś jej tak wypytywać - skarciła mnie Katia.
- Wiem i sam dziwnie się z tym czuję, ale nikt nie chciał nam nic powiedzieć. Chwyciłem się naszej ostatniej deski ratunku. Przynajmniej wiemy już, że się nie myliłaś, a gospodyni kłamała - odparłem nieco zmieszany.
- Racja. Tego potrzebowaliśmy - powiedziała.
Westchnąłem ciężko. Podszedłem do okna i wpatrywałem się w dal. Nie czułem się najlepiej. Nie wiedziałem dlaczego, ale świat wydawał mi się teraz jakoś bardziej ponury niż zwykle. Oparłem się o parapet. Całe szczęście to dziwne uczucie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.
- Uważam, że powinniśmy zostawić na razie sprawę z medalionem. Proponuję, żebyśmy przeszli po wszystkich domach i wypytali ludzi o to, co tutaj się dzieje oraz o ich zdolności. John mówił, że niektórzy mieszkańcy zachowali jeszcze jakieś magiczne stworzenia w domach. To także wypadałoby sprawdzić. Albo oni zaczną z nami pracować, albo ze schwytania Eskrawe będą nici - stwierdziłem na koniec.

<Katia?>

Caspair

Szliśmy obok siebie przed szkołą, gdy do naszych uszu dotarł jakiś krzyk. Rozejrzałem się wokół, szukając wzrokiem jego źródła i ledwo zdążyłem usłyszeć szept Thorne, a ten już biegł czym prędzej wgłąb budynku. Nie myśląc wiele, złapałem dziewczynę za nadgarstek i ciągnąc ją za sobą próbowałem dogonić gościa. Jako grupa chyba powinniśmy się trzymać razem, prawda?
- Idioto, mógłbyś mnie łaskawie puścić?! Umiem biegać!
- Dobra, dobra. Tylko rusz się trochę! - mruknąłem do Sayuri, widząc, że Thorne wbiega do jakiejś sali. Zatrzymałem się w drzwiach i widząc, że Lilia chce już rozpocząć swoją tyradę, uciszyłem ją palcem. Nie chciałem, żeby wtrącała się w dramatyczną chwilę, która miała miejsce przed naszymi oczami.
- Jesteś tak samo rozwydrzony jak twój brat! - wykrzyczał jakiś facet w kitlu do dzieciaka, który usiłował schować się za starszym bratem. Chłopak był przerażony i miał świeży, czerwony ślad na twarzy.
Mózgu, proszę cię, nie teraz! pomyślałem, ściskając nadgarstek i usiłując zatrzymać natłok natrętnych wspomnień. Ledwo udało mi się powstrzymać nerwowy chichot, który zwykle pomagał mi się ogarnąć w podobnych sytuacjach. Zamiast tego, pilnowałem, by mój uśmiech gdzieś nie uciekł. Przynajmniej tyle.
- Dlaczego to zrobiłeś? - powiedział Thorne zduszonym głosem.
- Thorne...
- To rozwydrzony bachor, tak samo jak ty... No, Leo, pochwal się, co zrobiłeś. Poświęciłem dla was tyle czasu, a ty...
- DOSYĆ! - jego wypowiedź przerwał krzyk Thorne, a mały tylko skulił się bardziej i zacisnął mocniej pięści na jego koszuli, na co di Trevi momentalnie się odwrócił i wyszeptał coś do niego.
- Teraz wyjdziesz. Wyjdziesz, albo zatopię kły w twoim gardle. I nawet nie myśl, że będzie mi cię żal.
Gada, jakby był co najmniej psem obronnym... Nie, wilk pasuje lepiej przeszło mi przez myśl. Staruszek wyszedł niemal natychmiast, odwracając się raz do Thorne, a potem zerknął na nas i wymamrotał coś, kuśtykając wgłąb korytarza.
- Ktoś mi powie, co tu się stało? - głos Lilii przeciął powietrze. Thorne chyba naprawdę postanowił kompletnie ignorować jej pytania i przystąpił do kuracji rodzinnej. Potem wyszedł z sali i trzymając Leo za rękę znowu poszedł w siną dal.
Westchnąłem i gestem powiedziałem Sayuri, by poszła za mną, a sam odwróciłem się i zacząłem podążać za rodzeństwem.
- Rodzinna sprzeczka, Lilio. Tak to właśnie wygląda w niektórych familiach. A teraz pilnuj tyłu, ja pójdę na przód, na wypadek, gdyby tamtemu znowu chciało się gdzieś polecieć - powiedziałem cicho do dziewczyny, wskazując głową na Thorne'a i czując na sobie jej obrażone spojrzenie, podszedłem bliżej do chłopaków.
- Wilku, wybacz, że nie damy wam teraz spokoju, ale sam rozumiesz, musimy przynajmniej trzymać się w grupie. Lider każe, uczeń musi. Wiesz o co chodzi, prawda? Podobno tamta dziewczyna pokonała samą Rengiku...

 <Thorne? Sayuri?>

niedziela, 26 lipca 2015

Sara

Z ociąganiem otworzyłam oczy. Jedynie z przyzwyczajenia zerknęłam na zegarek. 9.49. Uśmiechnęłam się, wciąż oblepiona pajęczyną snów. Nagle do mojego umysłu przebiła się nieprzyjemna, natarczywa myśl. 9.49. Otworzyłam oczy, błyskawicznie siadając na łóżku. Spojrzałam jeszcze raz na zegar, mając nadzieję, iż godzina była tylko przewidzeniem. 9.50.
- O kurwa - powiedziałam, doskakując do szafy.
Spodnie, bluzka, kurtka, dwie różne skarpetki. Wszystko, co miałam w zasięgu wzroku wylądowało na łóżku. W pośpiechu ubrałam się, przygładziłam rozczochrane włosy i wybiegłam z domu.
Miałam wrażenie, że lecę, pędząc w stronę budynku szkoły. Cholera, cholera, cholera - słowo to odbijało się w moim umyśle niczym huk wystrzałów.
Wbiegłam do akademii. Ślizgając się na płytkach, pobiegłam w stronę mojej sali i z całej siły szarpnęłam za klamkę. Poczułam jednak opór. Zamknięte. Jęknęłam z frustracji. Dopiero teraz zauważyłam, jak cichy jest budynek. Jakby... Nigdzie nie prowadzono lekcji. Doskoczyłam do kolejnej z sal, usiłując ją otworzyć. Zamknięta. Tak jak myślałam.
Gdzie do cholery wszyscy wyszli?! W przypływie bezsilności kopnęłam ścianę, co spowodowało jedynie ból w stopie. Ból, który pozwolił mi oprzytomnieć. Rozejrzałam się po pustym korytarzu, szukając jakiegokolwiek dźwięku, oznaczającego, że gdzieś w tej szkole zachowała się jakakolwiek żywa dusza.
Po pewnym czasie udało mi się coś wyłowić. Coś jakby... krzyki. Ruszyłam korytarzem, szukając ich źródła. Z każdym moim krokiem odgłosy się nasilały. Byłam już przekonana, iż słyszę ludzkie głosy.
W końcu zatrzymałam się w jednym z korytarzy. Dźwięki kłótni były tu na tyle słyszalne, iż miałam wrażenie, że jej źródło jest tuż za drzwiami. Tylko... którymi?
Nagle jedne z drzwi otworzyły się z impetem. Instynktownie schowałam się za jedną z szafek. Z sali wyszedł ten sam chłopak, którego widziałam wieczorem. Zakiełkował we mnie nieracjonalny gniew. Przygryzłam wargę, usiłując odzyskać jasność umysłu. Całe szczęście Izaya skierował się w przeciwną stronę, znikając mi z oczu.
Wyszłam zza szafki i powoli ruszyłam w stronę przed chwilą otwartych drzwi. Miałam nieodparte wrażenie, że nie powinnam się tu znaleźć. W moich myślach tysiące głosów radziło, aby wrócić do domu, odpuszczając dzisiejszy dzień i udając chorobę. Odepchnęłam je i powoli otworzyłam drzwi.
Moim oczom ukazały się 4 osoby. Ich wzrok skierował się w moją stronę, sprawiając, iż poczułam się bardzo niezręcznie.
-Ja... - wydukałam, czując się coraz bardziej zmieszana. - Chyba ominęło mnie coś ważnego... Czy... Ktoś wyjaśni mi, gdzie podziali się wszyscy uczniowie? - zapytałam, wbijając wzrok w jeden ze znajdujących się w sali stołów.

<Ganimedes? Keith? Katia? Rengiku?>

Nao

Izaya Zatushi. Nieraz widziałam go na szkolnym korytarzu. Dziwny gość. Chodzi z tym szelmowskim uśmieszkiem, w ogóle wygląda podejrzanie. Nim zdążył do nas dołączyć, podeszłam do Miguela i Inori.
- Uważajcie na niego. Nie ufam mu - szepnęłam.
Towarzysze kiwnęli głowami. Izaya podszedł do nas, trzymał ręce w kieszeniach. Wyglądał na obojętnego, było widać, że jest tutaj z przymusu. Przyjżałam się mu od stóp do głów. Zabawne, wygląda przeciętnie i normalnie nikt by nie zwrócił na niego uwagi, gdyby nie to dziwne przeczucie, że coś jest z nim nie tak.
- Zatushi, prawda? Więc to ty będziesz nam pomagał? - spytałam.
Nie mam zamiaru mówić mu po imieniu.
<Izaya? Inori? Miguel?>

Inori

Wybuchając śmiechem nie mogliśmy przestać się śmiać. Nao zrobiło się trochę głupio. Przestając się śmiać powiedziałam:
- Wybacz mi Nao, ale ty zawsze tak robisz.
- Mi również wybacz.- powiedział Miguel.
- Ja...ja nie chciałam.- odpowiedziała Nao, lekko się rumieniąc
- To nic, nie masz za co przepraszać.- powiedziawszy to dodałam. - To co teraz zrobimy?
- Poczekamy, aż przyjdzie osoba na którą czekamy.- powiedział Miguel.
- Czyli na mnie czekacie.- ktoś powiedział za moich jak i Nao i Miguela pleców. Odwróciliśmy się, a tym kimś był ni kto inny jak...

<Nao? Miguel?>

Thorne

Nie wiem, dlaczego i po co zapisano mnie i Leona do szkoły. Nie potrzebowaliśmy dodatkowej wiedzy, czy szkolenia. Wiemy tyle, ile nam potrzeba i potrafimy tyle, ile nam potrzeba...
- Ale możecie więcej - usłyszałem głos naszego opiekuna. Ten to potrafi przewidywać moje reakcje i uczucia.
- Myślałem, że bycie pełnoletnim w jakiś sposób pozwoli mi na decydowanie za siebie - mruknąłem głosem pełnym irytacji. - Tymczasem jest zupełnie odwrotnie.
- Pełnoletność nic nie zmienia, Thorne. Jak na razie jesteście oboje pod moją opieką.
Zacisnąłem dłonie w pięści i zacisnąłem zęby.
- Zawsze można to zmienić - powiedziałem bez zastanowienia. Szkoła? Proszę!
Naukowiec przystanął. Nie musiałem się oglądać, by wiedzieć jak wygląda. Leon także się zatrzymał. Czasami trzymał jego stronę, ale on tak samo był zbulwersowany. Podciągnął nosem i podbiegł do mnie.
Ja nadal parłem na przód.
- Jest zły - szepnął ledwo słyszalnie.
- Di Trevi - wrzasnął naukowiec. - takie zachowanie jest niedopuszczalne!
Odwróciłem się i zacząłem krzyczeć, idąc tyłem.
- Takiego mnie sobie wyhodowałeś!
Nerwy zaczęły mi puszczać. Tak samo, jak jemu. Był daleko, lecz i tak go słyszałem. Moje uszy już powoli więdły od tych krzyków.
- Chodź, Leo - wyciągnąłem do niego rękę. Chwycił ją, a ja przyspieszyłem kroku mimo już dużego tempa. Widziałem, jak Leo biega. Dla niego to tylko spacerek.
- Nie jestem dzieckiem - powiedział. - Nie musisz mnie trzymać za rękę.
Uśmiechnąłem się, ale na mojej twarzy ponownie zagościła, jak to nazywał Leo, gniewo-smutko-obojętność. Kiedy się złości, jest uroczy.
Szkoła pojawiła się szybko. Długi, czerwony budynek zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Dziedziniec przed szkołą był pusty. Zerknąłem z ciekawości na zegarek w telefonie.
- Chyba mają lekcje - Leo powiedział wolno.

Dalej wszystko potoczyło się szybko. Zostałem przydzielony do klasy Walecznej, poznałem paru ludzi. Leo także kogoś poznał, jednak na widziałem go od naszego rozstania na korytarzu.
Stałem w cieniu przed szkołą, opierając się o chłodną cegłę. Obserwowałem każdego, kto tylko przeszedł. Wywnioskowałem nawet parę ciekawych rzeczy.
Wszyscy zbierali się w grupki. Gdybym tylko wiedział, po co to robią. Nieważne, dowiem się z czasem.
Kiedy wyczułem, że ktoś podchodzi, spuściłem głowę. Wpatrywałem się w czarne trampki i trawę, na której stałem. W końcu odkleiłem się od ściany i już miałem iść w kierunku wejścia, gdy usłyszałem czyjś głos.
- Hej, Thorne! - wiedziałem, że podchodzą, a i tak przeszedł mnie dreszcz. Gdybym tylko miał pokrętło przy uchu zmieniające głośność.
Odchrząknąłem, a w myślach prosiłem, by zostawili mnie samego. Chciałem znaleźć Leona. Chcąc, nie chcąc, martwiłem się o niego. Jest moim bratem i nie wiem, co bym zrobił, gdyby stała się mu krzywda.
- Jestem Caspair, a to jest Sayuri. Masz już grupę?
Spojrzałem najpierw na chłopaka, a później na towarzyszącą mu dziewczynę. A kiedy miałem odpowiedzieć, powiedziała nagle:
 - Kto powiedział, że chcę być z tobą w tej grupie poszukiwawczej...? Nie pamiętam, abym się na to zgadzała... - powiedziała do czarnowłosego.
No nie! pomyślałem. Caspair spojrzał na nią, jakby porozumiewali się telepatycznie. Odpowiedziała mu takim samym spojrzeniem. Zmarszczyła nos i zwróciła się do mnie:
 - Słyszysz?
- Tak, nie jestem głuchy - odparłem oschle.
Słuch mam nie najgorszy dokończyłem w myślach.
- To może odpowiesz na zadane pytanie? - warknęła. Westchnąłem, pocierając palcami zamknięte oczy.
- Niech będzie - machnąłem ręką i zacząłem iść w kierunku szkolnego wejścia.
Nie minęło pięć sekund, a bialowłosa ponownie zaczęła narzekać.
- Hej! Do grupy trzyosobowej potrzebne są trzy osoby! - zatrzymałem się z zaciśniętymi zębami i usłyszałem, jak zbliżają się. Odwróciłem się do nich.
- Tak, wiem - powiedziałem spokojnie. Musiałem przestać wyżywać się na innych. To nie ich wina, że tu jestem.
- Najwyraźniej nie - Sayuri wyglądała, jakby chciała mnie zaatakować.
- Dobrze, dobrze - zacząłem. - Tylko moglibyście mnie oprowadzić po szkole? Niestety nie miałem czasu się rozejrzeć. Przy okazji mógłbym poszukać brata - odchrząknąłem, ukrywając irytację.
- Jasne - rzucił krótko Caspair.
Sayuri za to spojrzała na niego zdumiona.
- Serio? - parsknęła i skrzyżowała ręce na piersi. - Zgubiłbyś się w kawiarni, a co dopiero tutaj - wybuchła kpiącym śmiechem.
Uśmiechnąłem się lekko i spytałem:
- Więc?
- Nie ma problemu - odpowiedziała uspokajając się.
Zaczęliśmy od boiska, bo zdaniem Caspaira było bliżej. Sayuri musiała zaprzeczyć i tak sprzeczali się przez całą drogę do owego miejsca. Później były stajnie, które nie przypadły mi do gustu. Gdy tylko konie mnie wyczuły, zaczęły łomotać kopytami w furtki swoich boksów i ogólnie były strasznie rozjuszone. Wyszliśmy więc jak najszybciej. Kawiarnia, sala kinowa, poszczególne sale lekcyjne. Dużo tego nie było, a jednak ogrom tego wszystkiego na pewien sposób przytłaczał.
- To chyba wszystko z tych ważniejszych rzeczy.
- Zapomniałeś o ogrodzie - powiedziała dziewczyna z lekkim wyrzutem.
Chłopakiem aż wstrząsnął dreszcz.
- Istny labirynt. Parę metrów za daleko i już spędzasz w nim wieczność.
- Innymi słowy: nie zapuszczaj się za daleko - wyjaśniła dziewczyna, zerkając na swoje paznokcie. Może i nie było tego widać, bo praktycznie przez cały czas miałem poważną minę, a teraz lekki uśmieszek, ale byłem im wdzięczny. Przeszliśmy całą szkołę i jej okolice, jednak ani śladu po trzynastolatku. Już miałem podziękować, ale moje uszy wypełnił krzyk. Poczułem, jak źrenice skurczyły mi się. (Sam nie wiem, dlaczego to czuje, ale nie jest to przyjemne.) Przełknąłem ślinę i wytrzymałem oddech.
- Leo - wyszeptałem.
Odwróciłem głowę w kierunku jego głosu i pobiegłem przed siebie. Podeszwy trampek aż zapiszczały o posadzkę, gdy zahamowałem przed jedną z sal. Drzwi były otwarte na oścież, więc wszystko widziałem. Nie przyjrzałem się pomieszczeniu, ponieważ ten widok mi nie pozwolił.
Jeff natarł na Leona tak szybko, że ten nawet nie zdążył zauważyć; uderzył chłopca w twarz. Zachwiał się i przechylił, ale wyciągnął ręce i nie uderzył ciałem w podłogę. Podparłszy się jedną ręką, drugą przyłożył do czerwonego już policzka. Widać było, że powstrzymuje łzy.
- Jesteś tak samo rozwydrzony jak twój brat! - kiedy młody mnie zauważył, rzucił się prawie na czworakach w moją stronę. Pomogłem mu wstać, a kiedy z powrotem stanął na nogi, podreptał za mnie, trzymając kurczowo mojej koszuli.
Naukowiec wbił we mnie zaskoczone spojrzenie. Ja także byłem zaskoczony.
Uderzył go.
Krew zawrzała mi w żyłach. Jak śmiał go uderzyć?
- Dlaczego to zrobiłeś? - wycedziłem przez zęby.
- Thorne - szepnął do mnie lekko młody.
- To rozwydrzony bachor, tak samo jak ty - wychrypiał. - No, Leo, pochwal się, - odkaszlnął. - co zrobiłeś  -wysyczał. - Poświęciłem dla was tyle czasu, a ty...
- DOSYĆ! - krzyknąłem.
Naukowiec ucichł. Przeprosiłem tylko Leona, że tak głośno.
- Teraz - zwróciłem się do Jeffa. - wyjdziesz. Wyjdziesz, albo zatopię kły w twoim gardle. I nawet nie myśl, że będzie mi cię żal.
Skarciłem się w duchu za te słowa, ale tylko to przemówiło by mu do rozsądku. Z drugiej strony, część tych słów była prawdą. Starzec wyszedł, utykając na prawą nogę. Obrzucił mnie tylko jadowitym spojrzeniem i zniknął za drzwiami.
Staliśmy chwilę w ciszy. Wsłuchiwałem się w swój oddech, dopóki Sayuri nie odezwała się.
- Ktoś mi powie, co tu się stało?
Zupełnie zapomniałem o ich obecności. Miałem tylko nadzieje, że nie byli świadkami ciosu skierowanego do Leona. Zignorowałem pytanie dziewczyny, o ironio po raz drugi, i odwróciłem się do młodego; kucnąłem na przeciwko niego. Ująłem jego dłoń w moją i odsłoniłem policzek. Skrzywiłem się na widok sinej plamy. Bez słowa wstałem i wyszedłem z pomieszczenia wraz z Leonem.
Wiem, nie było to zbyt miłe zignorować członków... grupy. Ale Leo jest na pierwszym miejscu.

<Sayuri? Caspair? Przepraszam jeżeli nietrafione charaktery :/>

Keith

Od początku przysłuchiwałem się absurdalnym słowom Izayi. Ten chłopak nie miał za grosz pokory. Zawsze ostatecznie racja musiała być po jego stronie albo on musiał czuć, że ma przewagę nad innymi. Z wiadomych tylko sobie powodów traktował nas jak śmieci. Nie liczył się z naszym zdaniem i robił wszystko, żeby zachować dystans. Wytknął Rengiku wszystkie jej "błędy", zapominając o tym, że on sam nie jest idealny. Byłem wręcz pewien, że nie radziłby sobie lepiej niż liderka. Miałem wrażenie, że zwracał uwagę tylko na to, ile technik walki pozna i jak długo będzie ćwiczył. Tu nie chodziło tylko o parę głupich płytek na podłodze. Znajomość terenu to nieodłączny element walki. Można go zawsze wykorzystać. Na początku, gdy zaczął swój, pozbawiony w pewnym momentach sensu, monolog, zacząłem tracić cierpliwość, co w moim przypadku było wręcz cudem. Ale im dłużej się temu przysłuchiwałem, tym bardziej emocje zaczęły ze mnie ulatywać. Zdałem sobie sprawę, że on chce po prostu podbudować swoje ego. Pragnie pokazać, że nie jest przegrany. Wtedy zrozumiałem, iż takich ludzi po prostu nie warto słuchać. Nigdy nie byłem ignorantem, ale specjalnie dla niego zrobię wyjątek. Usiadłem na kanapie, przeglądałem jakieś książki, notatniki. Kłótnia trwała w najlepsze. Na szczęście Katia w odpowiednim momencie wkroczyła. Cieszyłem się, że ktoś wreszcie postanowił to zakończyć. Odprowadziłem Izayę wzrokiem. Chciałem mieć pewność, że się stąd wynosi. Potem Rengiku złożyła nam propozycję. Skoro już byłem w tym miejscu, to znaczy, że wcześniej któraś z liderek uznała mnie za godnego przebywania tutaj. Chociaż w głębi duszy bałem się, czy sobie poradzę, to przecież nie potrafiłem odmówić. W tamtym momencie poczułem się odpowiedzialny za każdego ucznia przebywającego w tym budynku.
- Ja zostaję - powiedziałem lakonicznie, ale pewnie.
- Ja również - dołączyła do mnie Katia.
- Ja też - zgodził się Ganimedes.

<Rengiku?>

sobota, 25 lipca 2015

Katia - zadanie (z Keithem)

 S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
  Keith- S+W Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa
Post 6 - Katia
Obudziły mnie promienie słońca delikatnie rozświetlające pokój. Ku mojemu zdziwieniu leżałam na przeznaczonym mi łóżku, dokładnie okryta kołdrą. Zaspana podniosłam się z posłania i rozejrzałam w poszukiwaniu towarzysza. Keitha jednak nigdzie nie było… Zaniepokojona ruszyłam w stronę drzwi by go poszukać, ale w tym momencie moją uwagę zwróciła niewielka kartka leżąca na szafce nocnej. Podeszłam i rzuciłam na nią okiem.
„Wyszedłem się przejść. Będę w jadalni koło 7.”
Odetchnęłam z ulgą i zganiłam się za zbyt emocjonalną reakcję. Przecież Keith był wojownikiem i nie potrzebował nieustannej opieki. Zapewne obudził się wczesnym rankiem i poszedł przygotować pole do ćwiczeń, a wcześniej przeniósł mnie do łóżka…. Na tę myśl zarumieniłam się lekko ze wstydu, ale szybko się opanowałam. Przebrawszy się w czysty strój zeszłam do głównej sali.
Ku mojemu zdziwieniu o poranku sala była równie gwarna, co wczoraj wieczorem. Ledwo weszłam, zostałam zagadnięta przez kilka podekscytowanych kobiet niemogących się doczekać aż zacznę je uczyć. Przez chwilę wymieniałam z nimi uprzejmości aż wreszcie udało mi się od nich wyrwać i zlokalizować gospodynię.
- Witaj pani – przywitałam się grzecznie - Mam kilka pytań związanych z organizacją naszych ćwiczeń.
- Ćwiczeń? – kobieta zmarszczyła brwi – Nie powiesz nam po prostu panienko, jakie zioła zbierać?
- Nie – pokręciłam głową – To nie wystarczy. Zamierzam zabrać wszystkie zainteresowane kobiety do lasu by na własne oczy zobaczyły, jakie zioła należy zbierać i na co zwracać uwagę by przypadkiem nie podać komuś trucizny – wyjaśniłam, ale widząc lekki niepokój w oczach rozmówczyni dodałam – Takie rzeczy rzadko się zdarzają, a praktyka pod okiem nauczyciela pozwala wykluczyć takie tragiczne pomyłki.
- No dobrze – gospodyni wyraźnie odetchnęła z ulgą
- Poza tym po powrocie z lasu zamierzam nauczyć was podstaw łucznictwa – dodałam wywołując wyraz niebotycznego zdumienia na twarzy kobiety.
- Ale my… - zaczęła z wahaniem – Nigdy nie miałyśmy do czynienia z bronią – wyznała w końcu.
- Domyślam się – skinęłam głową z lekkim uśmiechem – Najwyższa pora to zmienić. Pomogę wam, ale potrzebuję twojej pomocy pani.
- Proszę, mów mi Lucinda – uśmiechnęła się kobieta
- W porządku Lucindo – powiedziałam przyjaźnie – Ty również mów mi po imieniu. Powiedz mi, ile kobiet tu mieszka?
- Może 40… - zastanowiła się Lucinda – W tym pięć staruszek, które już nawet nie wychodzą z domu. A tak to w większości mężatki i młode matki, które mają mnóstwo obowiązków na głowie i parę dziewuszek, co to w obłokach bujają i tylko kłopotów przysparzają.
- Widzę, że jesteś dobrze poinformowana – pochwaliłam, – Ale mówisz o nich tak, jakbyś usprawiedliwiała, dlaczego nie przyjdą. – zauważyłam, poważniejąc.
- Słyszałam, że większość woli zostać w domu przy dzieciach….
- W takim razie proszę przekaż im, że dzieci są mile widziane w naszym małym orszaku – powiedziałam stanowczo – Rozumiem, że się o nie martwią, ale to, co planujemy nie jest jakimś błahym wykładem i ma wam wszystkim pomóc. Damy sobie radę z kilkorgiem dzieci, a maluchy na pewno się ucieszą na wieść o wycieczce do lasu.
- W porządku – gospodyni skinęła poważnie głową – Zaraz je przyprowadzę.
- Dziękuję – powiedziałam, a po chwili gospodyni zniknęła za drzwiami na podwórze.
Przez chwilę siedziałam w kącie obserwując licznie przybyłych mężczyzn i kilka kobiet, które postanowiły wciąż udział w całym przedsięwzięciu. Moment później wypatrzyłam Keitha wchodzącego właśnie do gospody. Chłopak od razu mnie zauważył i przysiadł do stolika, przy którym siedziałam.
- Mam nadzieję, że dobrze spałaś.
Chłopak obdarzył mnie lekkim uśmiechem, a ja poczułam jak z zakłopotania płoną mi policzki. Miałam nadzieję, że mu to umknęło…
- O tak – zaśmiałam się.
- Udało mi się znaleźć miejsce na trening – pochwalił się Keith - Mają tu dobre warunki. Myślę, że dla każdego znajdzie się jakiś treningowy miecz. To musi się udać – dodał z determinacją.
- Uda się – przytaknęłam - damy radę.
W tym momencie zegar wybił godzinę 7.
- To już pora – westchnął Keith - Powodzenia. Widzimy się potem.
- Nawzajem – odparłam, widząc Lucindę, stojącą w drzwiach wyjściowych i dającą mi znaki bym do niej dołączyła.
Wstałam, więc i szybko przepchnęłam się między ludźmi. Gdy wreszcie opuściłam gospodę okazało się, że na podwórcu czeka już spora grupa mocno poruszonych kobiet.
- Świetnie się spisałaś – szepnęłam do Lucindy, po czym zwróciłam się do zebranych – Witam was drogie panie! Dziękuję, że mimo wcześniejszych obiekcji zebrałyście się tutaj w tak licznym gronie. Mam nadzieję, że to, co dziś dla was zaplanowałam nie zajmie nam zbyt wiele czasu, a jednocześnie jestem pewna, że nabyta wiedza wam się przyda. Chodźcie za mną.
Umilkłam i ruszyłam przed siebie w towarzystwie Lucindy. Reszta kobiet trzymała się raczej w pewnej odległości, zapewne po to bym nie słyszała, o czym między sobą szeptają. Czułam od nich nieufność, ekscytację i zaniepokojenie, co było dość dziwną mieszanką. Na razie jednak nie miałam powodu do zmartwień, a wręcz się trochę odprężyłam, gdy ośmielone uśmiechem dzieciaki wysunęły się do przodu i zaczęły swoje zabawy.
To wszystko skończyło się, gdy tylko opuściliśmy teren należący do wioski i weszliśmy między drzewa. Dzieciaki w zwartej grupce trzymały się blisko mnie i Lucindy. Starsze kobiety również się do nas zbliżyły by dobrze widzieć, co się dzieję, ale w razie, czego były gotowe do natychmiastowej ewakuacji.
- Spokojnie – powiedziałam łagodnie acz z lekkim zdziwieniem – Czyżbyście nigdy nie opuszczały wioski?
- Nie pani – przyznała jedna z młodszych kobiet – W lasach przecie rozbójników nie brakuje, a i dziki zwierz napaść na człowieka może toteż nasi mężowie jeno uzbrojeni tu chadzali.
- Ale ten las to skarbnica ziół, a i owoców tu dostatek – wskazałam na gęste krzewy jeżyn i jagód mocno obrośnięte pokrzywą.
Kobiety wyraźnie się zmieszały, ale nic nie odpowiedziały, więc postanowiłam, że najlepiej będzie zacząć naukę.
- Te jagody, które tu widzicie to Czerenice. Oprócz owoców, z których możecie sporządzać przetwory ważne są liście. Należy przyrządzić z nich napar, który stosowany w odpowiedni sposób świetnie zbija gorączkę, a przede wszystkim zwalcza stany zapalne. – umilkłam i dałam znak kobietom by zebrały trochę owoców i liści do zabranych z domu koszy. Kiedy już to zrobiły ruszyłyśmy dalej. Zatrzymywałam się, co chwila, wskazywałam właściwą roślinę, tłumacząc jej zastosowanie, po czym czekałam aż moja grupa je pozbiera.
Na początku kobiety były bardziej zaniepokojone i niechętne niż zainteresowane, ale z czasem zaczęły uważać na każde moje słowo.
- Holudner jest dość często spotykany, ale nie znaczy to, że nie potrzebny. Sok z jego owoców leczy choroby skórne, a nawet łagodzi reumatyzm…. Skołojrza ma wiele zastosowań. Gdy wrócimy do wioski pokażę wam jak zrobić z niej syrop na kaszel oraz płukankę łagodzącą objawy zatruć pokarmowych. Natomiast teraz najważniejsze byście zapamiętały, że odwar z liści skołojrzy wspomaga gojenie ran i ma działanie odkażające…. Dzwoniec ma przede wszystkim działanie uspokajające, kojące nerwy. Ponadto wywar z tego ziela łagodzi bóle stawów…
Minęło południe, gdy wreszcie umilkłam i mogłyśmy wracać do wioski z koszami pełnymi rozmaitych wiktuałów. Z zadowolenie spostrzegłam, że kobiety przestały się bać i teraz rozmawiały ze mną bez skrępowania. Gdy wreszcie doszłyśmy do gospody zarządziłam pół godziny przerwy. W tym czasie grupa miała zostawić kosze w swoich domach, a ja musiałam zorganizować jakieś łuki. Na szczęście okazało się to dość proste, bo mężczyźni używali tej broni do obrony wioski, a teraz zostawili je w gospodzie by móc nauczyć się władania inną bronią.
Niestety, gdy tylko kobiety wzięły broń do ręki okazało się, że żadna nie ma predyspozycji do używania tej broni. Większość nie miała po prostu dość siły by naciągnąć cięciwę, a tym, co ową siłę miały brakowało celności oka. Mimo tego próbowałam nauczyć je choćby podstaw, czego skutkiem było zranienie jednej z dziewczynek. Załamana od razu zabrałam dziecko do gospody, a Lucinda nakazała kobietom by rozeszły się do swoich domów. Myślałam, że przyprowadzi matkę poszkodowanej, ale wróciła sama.
- Ta mała jest sierotą – mruknęła, widząc moje pytające spojrzenie.
Pokiwałam głową i zajęłam się ramieniem dziewczynki. Rana nie była duża, ale szok, ból i upływ krwi sprawiły, że dziecko straciło przytomność. W czasie uzdrawiania wyczułam ogromne pokłady magii. Jednak, gdy zapytałam o to Lucindę ta kategorycznie zapewniła mnie, że w wiosce nie ma żadnych Magicznych. Nie byłam przekonana, ale i nie mogłam się z nią kłócić, bo ledwo skończyłam uzdrawianie, mała poszkodowana otworzyła oczy.
- Jak ci na imię? – Zapytałam
- Ally – odpowiedziała cicho
- Dobrze się już czujesz? – zapytałam, a gdy kiwnęła główką dodałam – Bardzo cię przepraszam.
- Ale to przecież nie pani mnie trafiła – zauważyło dziecko, marszcząc brwi.
- Tak, ale ja nie dopilnowałam tamtej kobiety…
- Nie miała pani jak jej pilnować – upierała się Ally
- Mała ma racje – poparła ją Lucinda – To nie twoja wina Katiu.
Nie byłam przekonana, ale i nie chciałam się w tym momencie z nimi kłócić, bowiem właśnie wrócili mężczyźni i do gospody wszedł Keith.
- Lucindo zaprowadź proszę Ally do naszego pokoju – poleciłam – Niech tam odpocznie, a ja przyjdę do niej jak tylko porozmawiam z bratem.
Gospodyni kiwnęła głową i wzięła dziewczynkę za rękę, kierując się w stronę schodów. Ja tymczasem szybko zbliżyłam się do Keitha i zanim jeszcze zdążył usiąść, wyprowadziłam go na zewnątrz.
- Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony – Coś się stało?
- Nic szczególnego, ale… - zawahałam się, po czym opowiedziałam chłopakowi, co się działo w ciągu dnia, – (…) Kiedy leczyłam tą małą wyczułam w niej bardzo duże pokłady mocy. Wydaje mi się, że jest Magiczna, ale Lucinda temu zaprzecza. Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa…
- Co masz na myśli? – zapytał zamyślony Keith
- Ta kobieta, która spowodowała wypadek też użyła magii – wyznałam – Możliwe, że nieświadomie albo po prostu moc wymknęła jej się spod kontroli. W każdym razie nie da się inaczej wytłumaczyć tego, że w jednej chwili nie może napiąć cięciwy, a zaraz potem poprawnie nakłada strzałę i trafia dziecko, biegające zaledwie parę metrów od wyznaczonego celu. No i jej strzała przez moment jarzyła się na niebiesko. – urwałam, zdając sobie sprawę jak chaotyczna była moja wypowiedź i jak to wszystko nie trzymało się kupy – W każdym razie wydaje mi się, że coś tu jest bardzo nie tak i nie chodzi tylko o Eskrawe… - wymamrotałam nieśmiało, spuszczając wzrok.

<Keith?>

Nao

Rzeczywiście, Inori trafnie zauważyła, że stoimy w miejscu. Wydawało mi się, że ta tajemnicza dziewczyna cały czas tu jest, ale chyba nie zauważyliśmy jak odeszła.
- Cholera! Zgubiliśmy ją! - fuknęłam i zacisnęłam dłonie w pięści - Musimy ją znaleźć!
Czym prędzej pognałam przed siebie, nie czekałam nawet na Miguela i Inori. Kilkanaście metrów dalej, spotkałam opętaną. Omal mnie nie zauważyła. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak głupio postąpiłam. Chwilę później dołaczyli do mnie Miguel i Inori.
- P-przepraszam... - wydukałam - Nie powinnam się tak wyrywać. Przeze mnie coś mogło wam się stać. A tego bym sobie nie wybaczyła. Tak więc przepraszam - powiedziałam z nieco dziecinnym grymasem na twarzy. Nie cierpię przyznawać się do błędów. Chociaż tyle, że znaleźliśmy tę dziewczynę. Stałam tak chwilę, dopóki Inori-chan i Miguel nie wybuchli śmiechem. Chwała Bogu, że dziewczyna była na tyle daleko, że nas nie usłyszała.
- C-co? Dlaczego się śmiejecie? Przestańcie! - rozkazałam, a ich śmiech tylko się wzmógł - Rany, rany - mruknęłam do siebie, z lekkim uśmiechem.
<Inori? Miguel?>

Hiroki

To był najgorszy dzień, jaki sobie tylko mogłem wyobrazić... i w dodatku to JA musiałem być tym stanowczym i zaopatrzonym w wiedzę, co mamy robić.
- Właściwie... - zacząłem i zerknąłem na oboje rozmówców. - ... to i tak nie mamy najmniejszych szans, gdybyśmy kogoś znaleźli, nie? To może pójdziemy gdzieś w bezpieczne miejsce i spróbujemy znaleźć jakieś przydatne informacje. Wiecie, coś w stylu jak się bronić, czy coś do wykorzystania dla Walecznych. A poza tym, to przecież mamy niby te pary, nie? - zauważyłem, że dopiero teraz Sil naprawdę zainteresował się tym, co mówiłem. - To możemy się z nimi spróbować dogadać, zawsze to lepsze, niż nic - ostatnie słowa niemal wyszeptałem, czułem się z każdym słowem coraz żałośniej.

<Seo? Sil?>

Rengiku

Zaraz mnie szlag... chwila! Niemal zaśmiałam się w duchu z samej siebie. Ze mną naprawdę dzieje się źle, skoro nie zauważyłam tak prostej sztuczki. Ten sukinkot celowo mnie podpuszczał, żeby zmarnować czas wszystkich i przy okazji skłócić, doprowadzając do zupełnego braku karności. Chce sie bawić? So be it! [ang. niech tak będzie]
- [...] To czy się dogadamy, to już twój wybór. Ale ja nie mam zamiaru tracić tutaj czasu na bezmyślne wkuwanie wiedzy, która i tak mi się teraz nie przyda - on sobie chyba żartuje.
-   Ależ oczywiście, że się dogadamy - uśmiechnęłam się szeroko, niczym przed wojną. - A konkretniej rzecz biorąc, albo opuścisz tą salę w trybie natychmiastowym, albo rozpocznie się polowanie.
- Ren-chin, ty chyba nie mówisz o... - wtrącił się Ray, ale uciszyłam go uniesioną do góry ręką. Teraz to ja musiałam skończyć sprawę, inaczej pociagnie za sobą konsekwencje nie do opanowania.
- Mówię dokładnie o tym, co słychać. Earl sam powiedział, że niekarny żołnierz potrafi wybić wszystkich swoich dookoła, tak? - spojrzałam wymownie i nawet Inkwizytor nie chciał się ze mną wdawać w kłótnię. Widziałam, że Earlowi za nim błyszczą oczy z zadowolenia.
- Liczę do trzech i wypuszczam z klatek wszystko to, co dla ciebie jest bezużyteczną wiedzą. I zaręczam, że to już nie będzie bezmyślne.
- Phe, znowu myślisz, że cię będę słuchał, bo ci się to należy, co? Nie jesteś pępkiem świata i nikt nie ma obowiązku traktowania dziewczynki bez argumentu na poważnie. Wkopujesz się każdym swoim kolejnym słowem.
- Jak śmiesz tak mówić do przełożonej! W Inkwizycji za takie coś już dawno byłby stry... - Earl ponownie stracił kontrolę nad emocjami, a ja widziałam po Ray'u, że uznał za bezpieczniejsze usunięcie się w bok i obserwacja.
- Milczeć,Acer! - wrzasnęłam, przerywając w pół słowa. To już się robiło pozbawione jakiegokolwiek sensu. - Przypominam, że na terenie szkoły to ja tu sprawuję władzę zwierzchnią choćby i nad papieżem, o ile nie ma mojego ojca. Z Inkwizycją lub nie, jutro tworzę grupę śledczą bez względu na waszą zgodę. Odzew? - Earl wydawał się być zdeezorientowany, że podniosłam na niego głos.
- Przecież to szal...
- Odzew?! - tym razem huknęłam tak głośno, że zwróciłam na siebie uwagę nawet Keitha, do tej pory przeglądającego jakiś notatnik. I w tym momencie musiała się oczywiście wtrącić moja kochana siostrunia... jedynym plusem tej sytuacji było pozbycie się tej nieprzewidzianej i mało śmiesznej atrakcji. Gdy w końcu wyszedł, odetchnęlam głośno.
- Jeżeli jeszcze ktoś ma zamiar robić taką szopkę zamiast zająć się czymś poważnym, to lepiej, żeby wyszedł jak najszybciej. Kto zostanie, tego uznam za zdecydowanego na objęcie dowodzenia aż do samego końca i powiem, co planuję. Od razu mówię, że nie będzie to ani przyjemne, ani zyskowne. Więc? - spytałam, patrząc po zebranych wyczekująco.

<Ganimedes? Keith? Katia?>

Sayuri

- Kto powiedział, że chcę być z Tobą w tej grupie poszukiwawczej...? Nie pamiętam, abym się na to zgadzała... - mruknęłam. 
W sumie, Caspair był jedyną osobą, z którą rozmawiałam dłużej niż dwadzieścia minut. Jednakże odpowiedzi na me zażalenie nie usłyszałam. Zignorował to pytanie. Spoglądałam to na Caspaira, to na Thorne, ale obaj wciąż milczeli. Z uporem maniaka szukałam jakiegokolwiek znaku, który oznaczałby tyle, co "idziemy". 
Najchętniej wróciłabym do lasu, oparła się o drzewo i zasnęła, słuchając ptaków. A potem, już wieczorem, moje oko cieszyłby widok jasnego księżyca. Słuchałabym wiatru i żartowała z chmurami. 
Uśmiechnęłam się szeroko na tę myśl. Tymczasem Caspair i Thorne wciąż milczeli. Ciekawiło mnie, o czym teraz myślą. Zaczynała mnie męczyć owa cisza.
- Słyszysz? - powiedziałam po chwili namysłu do Thorne.
- Tak, nie jestem głuchy - odparł oschle.
- To może odpowiesz na zadane pytanie? - warknęłam. 
Dlaczego ja mam być miła kiedy on mnie tak traktuje?

<Thorne?>

piątek, 24 lipca 2015

Inori

Dołączyliśmy do Miguela, a on nam wszystko dokładnie wyjaśnił. Śledząc dziewczynę każdy z nas był skupiony, a razem byliśmy zgrani. Będąc bardziej z tyłu zobaczyłam jak Miguel i Nao są skupieni jak nigdy wcześniej. Nie myślałam sobie, że mogę mieć takie szczęście poznając ich. Zamyślając się trochę, Nao mnie pogoniła.
- Czy coś się stało? - zapytała
- Nie, nie to nic takiego.- odpowiedziałam
- Na pewno? - dopytał się Miguel.
- Coś jest nie tak.- powiedziałam bardziej się zastanawiając.
- Co jest nie tak?- zapytała się Nao
- Chodzi mi o to...że od jakiegoś czasu stoimy w tym samym miejscu.- powiedziałam

<Nao? Miguel?>

Seo


Na szczęście wszystko wróciło do normy. No... prawie. Przynajmniej tyle, że Silyen wrócił i możemy dalej działać. Zastanawialiśmy się nad znalezieniem nowego miejsca do poszukiwań.
- Dobra, przemyślcie to i przy okazji powiedzcie, czy działo się coś ciekawego pod moją nieobecność? - zapytał Sil.
Spojrzeliśmy na siebie z Hirokim. Szczerze mówiąc nic szczególnego się nie działo. Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, siedzieliśmy tylko pod półkami z książkami. Później uświadomiliśmy sobie, że od dłuższego czasu nie widać Silyena.
- Nic szczególnego się nie działo - powiedziałam cichutko - Martwiliśmy się, że nie wrócisz. Chciałam nawet po ciebie iść, ale na szczęście Hiroki wybił mi ten pomysł z głowy - zaśmiałam się nerwowo.
Spuściłam wzrok i zaczęłam miętolić dół mojej bluzy, jak to miałam w zwyczaju robić. Mam nadzieję, że ta dziewczyna w końcu się znajdzie i będę mogła wrócić do normalnego, szkolnego życia.
<Silyen? Hiroki?>

Keith - zadanie (z Katią)

S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 5 - Keith
Kiedy się obudziłem, zegar wskazywał godzinę 5:30. Zerknąłem na Katię i ze zdziwieniem zobaczyłem, że moja towarzyszka śpi oparta o ramę łóżka. Na początku nie wiedziałem, co z tym zrobić. W końcu jednak wstałem i najostrożniej, jak tylko potrafiłem, przeniosłem ją na posłanie obok, a potem przykryłem kołdrą. Następnie znalazłem gdzieś kartkę oraz długopis. Na szafce nocnej zostawiłem Katii krótką wiadomość: „Wyszedłem się przejść. Będę w jadalni koło 7.” Zszedłem po schodach na dół. Mimo wczesnej pory przy stołach siedziało kilka osób. Większości nie poznawałem. W rogu jednak dojrzałem znajomego mężczyznę. To on wczoraj jako pierwszy przystał na moją propozycję. Zdałem sobie sprawę, że nawet nie zapytałem go o imię. Podszedłem więc do niego.
- Dzień dobry - przywitałem się.
- O, witaj młodzieńcze! Siadaj - odparł przyjaźnie.
- Panie, czy mógłbyś mi zdradzić swoje imię? - poprosiłem.
- John Bald. Mów mi po imieniu chłopcze - uśmiechnął się.
- Keith Winters. Miło mi.
- Twój wczorajszy pokaz walki był znakomity. Niejeden mężczyzna chciałby mieć tyle siły i sprytu co ty - powiedział z aprobatą.
- Uwierz mi, że są o wiele lepsi ode mnie. Ciekawy jestem, ile osób odpowie na mój apel - zamyśliłem się.
- Na brak ludzi, nie będziesz mógł narzekać. Pół wioski zleci się tutaj, zobaczysz.
- Tylko gdzie ja ich wszystkich pomieszczę? I czym będą walczyć? - zmartwiłem się.
- Hmm... Z tym nie będzie problemu. Chodź za mną - uśmiechnął się pod nosem.
Wyszliśmy z gospody. Na dworze było chłodno, wiał lekki wiatr, a słońce jeszcze nie do końca wyłoniło się zza lini horyzontu. Po kilku minutach, wydeptaną dróżką dotarliśmy wreszcie do jakiejś stodoły. John otworzył masywne drzwi. Doleciał do mnie zapach siana. Kiedy wszedłem do środka, ujrzałem ogromną przestrzeń. Na drewnianych ścianach porozwieszane były obrazki, ukazujące różne postawy w czasie walki. W kącie stało kilka manekinów treningowych. Obok nich na sianie dostrzegłem również stos treningowych mieczy. Odebrało mi mowę.
- Skąd to wszystko macie? - zapytałem.
- Niegdyś to miejsce tętniło życiem. Mieliśmy tu niewielką szkołę rycerską, ale od 30 lat ten budynek stoi pusty. Wówczas zmarł nasz jedyny nauczyciel szermierki. Miałem wtedy 13 lat. To była ogromna strata dla tej wioski. Ci, którzy pamiętali jego nauki albo umarli, albo po prostu stąd wyjechali. My, jako miejscowi wojownicy, ćwiczyliśmy tutaj, jednak nigdy pod okiem eksperta. Wszystko, co umiemy zawdzięczamy instynktowi oraz tym rysunkom - odparł nieco smutnym głosem.
- To idealne miejsce. Chodź, pomożesz mi wszystko przygotować - poprosiłem.
Razem z Johnem ustawiliśmy manekiny na środku w równych odstępach. Następnie na kilku niewielkich, niskich stolikach rozłożyliśmy miecze. Po prawej stronie, przy ścianie stanęła drewniana skrzynka. Obszedłem całość dookoła i uważnie obejrzałem wszystkie szkice. W głowie układałem już sobie plan treningu. Na niewielkich kartkach rozpisałem kilkanaście ćwiczeń. To powinno wystarczyć początkującym.
- To chyba wszystko, możemy wracać. A i jeszcze jedno. Czy mógłbyś przekazać chętnym, by założyli na siebie elementy zbroi, jeśli takie posiadają? - zapytałem.
- Oczywiście,już się robi - odparł ochoczo i wybiegł ze stodoły.
Ja z kolei wróciłem do gospody. Okazało się, że ten spacer z wojownikiem trwał ponad godzinę. Gdy wszedłem, sporo osób zajęło już miejsca przy stołach. Dostrzegałem zarówno mężczyzn jak i kobiety. W rogu siedziała Katia. Podszedłem do niej.
- Mam nadzieję, że dobrze spałaś - uśmiechnąłem się.
- O tak - zaśmiała się.
- Udało mi się znaleźć miejsce na trening. Mają tu dobre warunki. Myślę, że dla każdego znajdzie się jakiś treningowy miecz. To musi się udać - powiedziałem, pełen determinacji.
- Uda się, damy radę - rzekła Katia.
W tym momencie zegar wybił godzinę 7.
- To już pora - westchnąłem. - Powodzenia. Widzimy się potem.
- Nawzajem - odparła, a potem skierowała się do gospodyni i razem gdzieś wyszły.
Ja stanąłem przed jednym ze stołków barowych. Chciałem dobrze wszystkich widzieć.
Zeszło się naprawdę sporo osób. Przywołałem do siebie Johna. Potrzebowałem pomocy.
- Panowie, zapraszam wszystkich do naszej sali treningowej. Tam wszystko wyjaśnię - oznajmiłem.
Potem zaprowadziłem ich do stodoły. Od razu stanąłem na skrzynce. Postanowiłem zacząć w oficjalny sposób.
- Witaj wszystkich na zajęciach z szermierki. Początkujący będą mogli tutaj posiąść podstawowe umiejętności, a zaawansowani podszlifować technikę. Cieszę się, że tak wielu z was odpowiedziało na mój apel. Starajcie się wyciągnąć z tych lekcji jak najwięcej. Mam nadzieję, że będzie to przyjemny, ale i owocny czas. Na początek proszę, by wszyscy siedli na podłodze w możliwie jak najmniejszych odstępach do siebie. Zaczniemy od krótkiego referatu - oznajmiłem.
Swoje przemówienie rozpocząłem od opisu budowy miecza. Potem przeszedłem do otwarć. Na sylwetce Johna pokazywałem po kolei wszystkie cztery. Następnie zająłem się kolejno pojęciem ręki uzbrojonej oraz pracą nóg. Zademonstrowałem m.in: postawy - podstawową, kierunkową i szermierczą; przekrok, krok i półkrok; krok dostawny; zejścia oraz trawersy.
- Zwracajcie uwagę na to, jak stawiacie stopy. Najpierw pięta, potem palce. Kroki powinny być niewielkie. Lepiej wykonać dwa mniejsze niż jeden duży. Starajcie się cały czas pracować na lekko ugiętych kolanach. Łatwiej wam będzie zadawać ataki - powiedziałem.
Potem po krótce omówiłem i zademonstrowałem trzy uderzenia: odgórne, poprzecze i oddolne.
- Starajcie się zawsze uderzać cel na mniej więcej 1/3 długości klingi, licząc od sztychu. Ponadto róbcie wydech przy ataku. Może się to wydawać dziwne, ale z czasem wejdzie wam w krew. Miecz możecie trzymać w prawej lub lewej ręce. Nie ma to różnicy. To wy o tym decydujecie - mówiłem.
Potem przeszedłem do zagadnień z obrony. Najpierw pokazałem w jaki sposób można przyjmować ciosy. Następnie poświęciłem trochę czasu pracy nóg w obronie.
- Unikajcie cofania się poprzez robienie kroku w tył. W ten sposób nic nie osiągniecie, a tylko pogorszycie swoją sytuację - podkreśliłem.
Potem przyszedł czas na pole ataku. Przy tym temacie omówiłem także koncepcję zamykania linii ataku oraz ideę zawieszeń.
- Na razie to tyle, jeśli chodzi o teorię. Teraz proszę ustawić się w szeregu - nakazałem. - Kolejno odlicz! - rozkazałem, gdy już wszyscy stali tak, jak chciałem.
- 1, 2, 3, 4... 34, 35, 36! - doszło do mnie.
- Teraz proszę wziąć miecz treningowy ze stolika i podzielić się na grupy. Przy manekinach stają chłopcy w wieku od 12 do 18 lat wyłącznie. Po mojej prawej mężczyźni, którzy już wcześniej walczyli mieczem, natomiast po lewej ci, którzy pierwszy raz mają do czynienia z tą bronią. Na koniec obok mnie wyszkoleni wojownicy - poleciłem.
Dołączyło do mnie zaledwie 6 osób. Dziesięciu chłopców zajęło miejsce przy manekinach. Czternastu po prawej, a reszta po lewej.
- Dobrze, teraz tych dwudziestu przede mną niech dobierze się w pary. Wyszkoleni wojownicy będą was obserwować i wydawać polecenia - rozdałem szóstce obok mnie przygotowane wcześniej kartki. - Będę informował, kiedy zmienić ćwiczenie. Zaczynamy!
Sam podszedłem do grupy najmłodszych. Wydawałem im polecenia, korygowałem błędy, sam demonstrowałem i tłumaczyłem jeszcze raz niezrozumiałe zagadnienia. Po mniej więcej trzech godzinach mogłem zostawić ich w spokoju.
- Przerwa! - krzyknąłem.
Ta trwała około 30 minut. Większość udała się do domów, żeby coś zjeść, a potem wrócić z powrotem. Z tego, co słyszałem, nie było źle. Wojownicy zdali mi krótki raport. Nikt nie narzekał, jak na razie. Kiedy wszyscy już wrócili, przemówiłem ponownie:
- Szkolonych wojowników proszę o dobranie się w pary. Stańcie przy reszcie. Młodsi, jeśli chcą, mogą jeszcze zostać i poćwiczyć. Manekiny są do waszej dyspozycji. Jeśli ktoś z nich chce jednak już iść, droga wolna - tu przerwałem, jednak nikt nie wyszedł. - Dobrze, zatem możecie już zacząć. Ja będę nadzorował teraz grupę dorosłych.
I zaczęło się. Wykrzykiwałem kolejne komendy. Przy każdym ćwiczeniu uważnie obserwowałem każdego. Musiałem wybrać dziesięciu. Nie było to łatwe, bo wiele osób radziło sobie naprawdę dobrze. Wywoływałem więc kolejno poszczególne osoby i odbywałem z nimi krótki, indywidualny trening. Po upływie dwóch godzin byłem gotowy podjąć decyzję. Ukradkiem poprosiłem grupkę osób o pozostanie.
- Dziękuję wszystkim, że zechcieli poświęcić swój czas i energię. Muszę przyznać, iż jestem pozytywnie zaskoczony. Wielu z tych młodych chłopców będzie w przyszłości świetnymi wojownikami. Grupa dorosłych także znakomicie się spisała. Pamiętajcie: "Trening czyni mistrza", dlaczego ćwiczcie nieustannie - zakończyłem.
Na twarzach wielu dostrzegałem uśmiech, ulgę i satysfakcję. Cieszyło mnie to. Gdy wszyscy wyszli, a została ze mną tylko ta dziesiątka znowu zacząłem mówić:
- Wybrałem was, ze względu na wasze umiejętności. Chciałbym was prosić, byście pomogli mi w schwytaniu Eskrawe i jego ludzi. Jeśli ktokolwiek z was nie chce narażać życia, niech wyjdzie stąd teraz.
Zdziwiłem się, gdy żaden nie opuścił swojego miejsca. Ile siły musiało tkwić w tych ludziach...
- Dziękuję... - szepnąłem z ulgą w głosie.
Potem przeprowadziłem z nimi specjalny trening. Pokazałem trudniejsze, bardziej zaawansowane chwyty. Nauczyłem więcej o wykorzystywaniu pola ataku na swoją korzyść. Radzili sobie wspaniale.
- Dobrze, już wystarczy. Świetnie się spisaliście. Za niedługo zostaną wam przekazane dalsze instrukcje. Wracajcie do domu - uśmiechnąłem się i wróciłem do gospody.
Zastanawiałem się, jak poszło Katii.
<Katia?>

czwartek, 23 lipca 2015

Silyen

Mogłem się spodziewać takiej nieprecyzyjnej odpowiedzi. Cóż, trudno. Miała teraz dużo na głowie. Może nawet za dużo... Odwróciłem się do moich towarzyszy.
- To co robimy? - zapytała Seo.
- Tym razem nie mam pojęcia. Możemy skończyć robotę i przeszukać każdy centymetr tej biblioteki. W końcu taki był zamysł od początku. Wątpię jednak, czy znajdziemy cokolwiek. Można też tu po prostu zostać. Właścicielka pierścienia może po niego wrócić. Została opcja numer 3. Szukamy sobie nowego miejsca do przeszukania. I teraz chciałbym, żeby to któreś z was zadecydowało - podkreśliłem.
Po ich minach stwierdziłem, że oni też nie do końca wiedzą, co dalej.
- Dobra, przemyślcie to i przy okazji powiedzcie, czy działo się coś ciekawego pod moją nieobecność? - zapytałem.

<Seo? Hiroki?>

Miguel

Przez dłuższą chwilę staliśmy w bezruchu, nasłuchując i przeczesując teren przed sobą.
- Tam – szepnęła w końcu Nao, wskazując na poruszający się między drzewami cień.
- Zaczekajcie tu – mruknąłem – Sprawdzę czy to ona. Jeśli nie wrócę w ciągu pięciu minut to do mnie dołączcie.
Nie czekając na reakcje dziewczyn, wysunąłem się do przodu i cicho zbliżył do niezidentyfikowanego kształtu. W końcu dzieląca nas odległość była na tyle mała, że rozpoznałem poszukiwaną dziewczynę. Miałem ochotę od razu ją zatrzymać, ale właśnie w tym momencie skontaktowała się ze mną Liderka Magicznych, prosząc o zdanie raportu. W kilku słowach poinformowałem ją o tym, co się u nas dzieje, a ona nakazała bym trzymał się z dala od dziewczyny i wraz z grupą śledził każdy jej ruch. Powiedziała też, że zaraz dojdzie do nas jeszcze jedna osoba, po czym zerwała kontakt.
Nie spuszczałem z oka dziewczyny, podążając za nią krok w krok aż wreszcie dołączyły do mnie moje partnerki, którym szybko wyjaśniłem, co jest grane.

(Inori? Nao?)

Katia

Gdy rozpoczęła się kolejna awantura z udziałem mojej siostry i oczywiście Izayi, miałam już dość. Wstałam i odeszłam od towarzystwa by sprawdzić co się dzieje u reszty uczniów. Izaya może i był zarozumiały i arogancki, ale w jednym miał trochę racji: uczniowie narażeni byli na niebezpieczeństwo. Szkoda tylko, że nie zauważył, że przez jego awantury traciliśmy jeszcze więcej czasu niż na naukę….
Skoncentrowałam się i zaczęłam kontaktować mentalnie z ludźmi rozsianymi po całej szkole. Większość nie znalazła niczego niepokojącego. Wyjątkiem była grupa Seo, która odnalazła jakiś dziwny pierścień. Dowiedziałam się, że Ren już go zbadała, więc nie było potrzeby dodatkowej interwencji. Następna była grupa Miguela, który z początku wydawał się bardzo wyluzowany i pewny siebie, ale ta jego poza uległa natychmiastowej zmianie, gdy wraz z Nao i Inori wypatrzyli, gdy przeszukując wschodnią części lasu, wypatrzyli nieznajomą dziewczynę, poruszającą się z niesamowitą prędkością. Chcieli ją natychmiast zatrzymać, ale szybko wybiłam im to z głowy i kazałam dyskretnie śledzić poszukiwaną, ale w takiej odległości by nie doszło do bezpośredniego starcia. Miguel niechętnie przyjął do wiadomości moje polecenia, po czym zerwał kontakt.
Gdy moje zmysły przestawiały się z powrotem na niemagiczne bodźce, dotarło do mnie, że awantura nadal trwa. Zanim zdążyłam wrócić na swoje dawne miejsce, podszedł do mnie Ganimedes.
- Co teraz będzie…? – zapytał – Jak tak dalej pójdzie to się pozabijają… - dodał, wskazując na Rengiku i Izayę.
- Dlatego pora skończyć tę szopkę – mruknęłam i szybko zbliżyłam się do kłócącej się pary. – Wystarczy! – krzyknęłam, przerywając wściekłej Rengiku w pół słowa – Jedna z grup zlokalizowała uciekinierkę – dodałam tytułem wyjaśnienia, po czym zwróciłam się do chłopaka – Izaya skoro tak bardzo przejmujesz się losem naszych uczniów to pójdziesz teraz z łaski swojej do wschodniego lasu i pomożesz śledzić Ayę.
- Ale….
- Nie trać czasu i rób, co mówię – powiedziałam cicho, ale bardzo stanowczo – Jeśli przez ciebie stracimy ją z oczu albo, co gorsza komuś coś się stanie to osobiście za to odpowiesz przed Inkwizycją, jasne?
Chłopak wywrócił oczami, ale wstał z kanapy i powoli opuścił pokój. Gdy zamknęły się za nim drzwi wszyscy odetchnęli z ulgą i nieco się rozluźnili.

<Rengiku?>

Izaya

Gdy się przebudziłem, przy stoliku siedziała już cała czwórka. Popijali sobie kawusię z liderką Walecznych na czele. Kto by się spodziewał ze znajdzie ona w swym grafiku czas na kawę? Nie zdążyłem nawet dobrze się obudzić, a krzykacz już zaczął swoją robotę. Postanowiła zrobić „test wiedzy”. Najnaturalniej nie miałem prawa go zdać, zamiaru w sumie też nie. Na domiar złego, w tablecie zaczął się wtrącać kolejny „najlepszy”, a po krótkiej rozmowie stało się to, czego oczekiwałem od samego początku - Rengiku utraciła kontrolę nad nerwami. 
- Jak już mówiłam, albo stąd wypieprzasz, i to w podskokach, albo ja ci pomogę w tym procederze. Moi ludzie to nie twój poligon doświadczalny „uda się, albo nie uda”. 
Tymi słowami wszystko się zaczęło. Nie hamowałem się już z uśmiechem. Nie był to uśmiech od ucha do ucha, a raczej mały wredny uśmieszek. 
- Mmmmmm widzę, że ktoś tu nie lubi gdy znajdzie się jednostka, która się nie podporządkowuje pod każde zawołanie - powiedziałem z pełnym opanowaniem i spokojem, jednocześnie bacznie obserwując jej reakcję. 
Jedyne co w tej chwili malowało się na jej twarzy to złość, czysta emabująca złość. Wykorzystałem więc sytuacje i zacząłem mówić:
- Skoro już skończyłaś mówić, to ja zabiorę głos. Pozwolisz, że podsumuje całą sytuacje, twoje decyzje oraz zachowanie. Zacznijmy od tego, że zostałaś doszczętnie pokonana w walce. Jak widzę wiedza, którą posiadłaś o ilości płytek uratowała ci życie. A nie, czekaj, to nie ta wiedza tylko twoja siostra. Został skradziony amulet, który posiada niewyobrażalną moc. Decyzja liderki? Wszyscy uczniowie łączą się w grupki i szukają sprawcy. Oczywiście w pełni to rozumiem, w końcu dlaczego troje nowicjuszy bez doświadczenia w walce miałoby nie dać sobie razy z kimś, kto pokonał samą liderkę i to w taki sposób. Jak widzimy, wszystko jak na razie, przemyślane jest co do najmniejszego szczegółu. Kolejny krok - stworzyć grupę z najlepszych. No muszę przyznać, plan był dobry, ale tylko plan... Otóż podczas gdy wszyscy uczniowie narażają życie szukając wroga, poszlak itp., „elitarna” grupa siedzi sobie w jakiejś sali i czyta, ile płytek ma który pokój oraz uczy się o tym jak są poukładane zwoje, księgi itp.. Równie dobrze mógł za naszrobić to jakiś nowicjusz albo mogłaś po prostu powiedzieć jak to działa. Ale nie przejmuj się, ja tez uważam, że marnowanie czasu na szukanie odpowiedzi, którą ktoś z nas zna, jest idealnym planem w aktualnej sytuacji. Mogliśmy iść i zająć się czarną robotą jak np.: tropienie wroga i odebranie mu Amuletu, dzięki czemu zapobieglibyśmy tragedii. Kolejnym punktem, który warto przeanalizować jest ten mądrala z tabletu. Nie wiem kim jest i mnie to nie interesuje. Skoro jest taki ważny to czemu nie ruszy swoich czterech liter i nie pomoże nam w tej sytuacji, tylko siedzi sobie w biurze i obserwuje? Mogłabyś mi powiedzieć co nazywasz „twoimi ludźmi"? To my pomagamy tobie, a nie ty nam. Weź to pod uwagę i przestań traktować ich jak własność, mnie i tak ci się  to nie uda. A teraz wisienka na torcie. Jesteś liderem, a dajesz się ponosić emocjom, tracisz nad nimi panowanie. Prędzej wiewiórka Ganimedesa nas uratuje w walce niż ty, zanim opanujesz emocje i wszystko przeanalizujesz. Popracuj nad tym albo skończysz jako trup przy pierwszej następnej gorszej sytuacji. Ah, zapomniałbym, następnym razem jak maskujesz tajemne przejścia sofą, to ustaw ją dobrze. Wystarczy się położyć i od razu czuć, że się minimalnie porusza. 
Nastała cisza, Rengiku nie powiedziała nic, jakby nie wiedziała co powiedzieć.
- To czy się dogadamy, to już twój wybór. Ale ja nie mam zamiaru tracić tutaj czasu na bezmyślne wkuwanie wiedzy, która i tak mi się teraz nie przyda. - dokończyłem stanowczo. 

<Rengiku?>

Strony