Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

środa, 12 sierpnia 2015

Keith

- Potrzebujesz pomocy? - zwróciła się do mnie Katia.
- Właściwie to nie. Akurat przechodziłem i chciałem po prostu sprawdzić co u ciebie, zapytać, jak radzą sobie Magiczni. Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem ci w czymś ważnym - powiedziałem, spoglądając na tomisko, które trzymała na kolanach.
- Nie, nie. W zasadzie to już i tak sporo czasu nad tym spędziłam. Siadaj - ruchem ręki wskazała wolną przestrzeń na łóżku. - Co do aktualności, to dziewczyny świetnie sobie radzą z więzieniem dla Ayi, jeśli można to tak nazwać - uśmiechnęła się blado.
- Żeby u nas wszystko szło tak płynnie. Na razie skupiamy się tylko na wartach przy naszej uciekinierce. Za to mogę się pochwalić nieźle przeprowadzonym treningiem. Chciałabyś zobaczyć miny Walecznych, kiedy się dowiedzieli, że ma się odbyć bez żadnego uzbrojenia. Chwilę potem skakali już wokół Earla, próbując mu odebrać kamień. Chociaż nie obyło się też bez wpadek. Jakąś godzinę wcześniej zapomniałem o dwóch uczniach z klasy W. Ciężka jest rola nowicjusza w kwestii dowodzenia - odparłem z rozbawieniem. Dziwne, że teraz ta sytuacja wydawała mi się tak odległa.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz - powiedziała przyjaźnie.
- Racja, szkoda tylko, że w tak ważnej sprawie muszę debiutować. Chociaż nie - uśmiechnąłem się szeroko na samo wspomnienie. - Pierwszy raz objąłem dowodzenie w wieku 15 lat.
Napotkałem na pełne zaciekawienia spojrzenie Katii, więc postanowiłem opowiedzieć jej całą historię.
- Ojciec od dziecka zabierał mnie na polowania. Właściwie to tylko dzięki nim pokochałem strzelanie z łuku. Na jedno z nich pozwolił mi zabrać grupę kolegów. To oni wyznaczyli mnie, żebym prowadził ich oddział. Ojciec z kilkoma dorosłymi mieli być w pobliżu na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Pamiętaj, jeśli ktoś kiedykolwiek zaproponuje ci dowodzenie taką grupą, uciekaj, gdzie pieprz rośnie. Przez dobre pół godziny prosiłem ich, żeby byli cicho. Żadnych rezultatów. Jeden nawet postanowił wejść na dość spory głaz i odśpiewać arię operową. Do tej pory słyszę w głowie te jęki - zaśmiałem się, a Katia poszła w moje ślady. - Tak się darł, że nikt nie zauważył niedźwiedzia, który się do nas zbliżał. Chłopcy byli tak przestraszeni, że nie mogli nawet palcem kiwnąć. Wydałem więc swój pierwszy rozkaz - w moim głosie dało się słyszeć rozbawienie.
- "W nogi!"? - domyśliła się dziewczyna.
- Dokładnie. Tym razem mnie posłuchali. Gdyby na zawodach z biegania posłano za nimi niedźwiedzia, pobili chyba rekord globu. Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak szybko zwiewał. W porę udało nam się dobiec do ojca i reszty. Jeden z myśliwych miał magiczne zdolności i chyba telepatycznie wytłumaczył temu misiowi, że nie jesteśmy jego obiadem. Dostałem wtedy niezłą burę od rodziców tych chłopaków. Tylko ojciec stał z boku i próbował ukryć śmiech - powiedziałem z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Udało wam się w ogóle coś złapać? - zapytała.
- My już nie mieliśmy okazji. Wróciliśmy do domu, jak to stwierdził pan James, "okryci hańbą", ale ojciec pod wieczór przyniósł do domu kawały mięsa jelenia. Uparł się, że zrobi z nich potrawkę mamy. Mówiliśmy mu z Lukiem - moim młodszym bratem, że ja się tym zajmę, ale nie chciał ustąpić. Wierz mi, jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak gumowatego. Totalna zelówka. Po co iść do szewca po nową podeszwę, skoro można ją zastąpić kawałkiem mięsa zrobionym przez ojca? - uśmiechnąłem się nieco.
- Twoja mama nie mogła go jakoś powstrzymać? - dziewczyna była wyraźnie rozbawiona.
Spuściłem nieco głowę, ale za chwilę ją podniosłem, jednak kąciki moich ust nie unosiły się tak jak zazwyczaj.
- Nie, zmarła, kiedy miałem 8 lat. W zasadzie to nie wiem, co było tego przyczyną. Nie byłem wtedy przy niej. Czasem myślę, że to po prostu złudzenie. Jednego dnia była przy mnie, a już drugiego odeszła z nieznanych mi powodów - wyznałem.
- Wybacz, nie miałam pojęcia... - wyszeptała.
Była wyraźnie zmieszana. Podejrzewałem, że przeklinała się w duchu za to, iż nie ugryzła się się język.
- W porządku. Przecież nie miałaś prawa wiedzieć - uśmiechnąłem się nieco.
Przez chwilę zalegała między nami cisza. Rozejrzałem się po pokoju. Na szafce nocnej stało niewielkie zdjęcie. Podszedłem, by przyjrzeć się mu z bliska.
- To twoi rodzice? Jesteś do nich podobna - stwierdziłem, po chwili namysłu.
- Tak, to jedyne ich zdjęcie, jakie udało mi się zachować - powiedziała, a ja wyczułem w jej głosie nutkę goryczy.
"Jedyne"? Czy to znaczy, że... Spojrzałem jej w oczy i tym sposobem bezgłośnie zadałem pytanie, którego nie odważyłbym się wypowiedzieć na głos. Katia spuściła głowę, westchnęła, po czym przemogła się wreszcie, by odpowiedzieć.
- Tak, nie żyją. Zostali oskarżeni o zamordowanie smoka. Inkwizycja natychmiast aresztowała moją matkę, a jakiś czas potem i ojca. Później wyszła na jaw ich niewinność, ale było już za późno... Zmarli, a dyrektor Vinsor osobiście wykonał wyrok śmierci na moim tacie - ostatnie słowa wyszeptała. - Tak strasznie za nimi tęsknię...
Ukryła twarz w dłoniach, a po sekundzie usłyszałem cichuteńkie chlipanie. Nie zastanawiałem się długo. Bez wypowiadania chociażby jednej sylaby, podszedłem do niej, objąłem ją ramieniem, a potem pozwoliłem, by położyła głowę na mojej piersi. Nie chciałem się odzywać, póki się nie uspokoi. Byłem pewien, że to nic nie da. Z pewnością dość miała składanych kondolencji, przeprosin, bądź oklepanego 'przykro mi', wypowiadanego niekiedy tylko z poczucia obowiązku. Nie mam pojęcia, ile tak trwaliśmy, ale mój uścisk był na tyle delikatny, by mogła poczuć moją obecność i w każdej chwili się odsunąć. Wreszcie podniosła się, jak zwykle, lekko zawstydzona, ze łzami na policzkach. Otarła oczy, milczała. Chciałem ją jakąś pocieszyć i wtedy moje myśli owiało pewne wspomnienie. Położyłem jej rękę na ramieniu i zacząłem mówić:
- Jakiś tydzień po śmierci mamy zauważyłem jak tata każdego wieczora siada przed kominkiem, zamyka oczy i delikatnie się uśmiecha. Kiedyś odważyłem się zapytać, co takiego robi. Kazał mi zawrzeć powieki i przywołać jakieś wspomnienie związane z mamą, byle szczęśliwe. Zrobiłem tak i zobaczyłem jej uśmiech - kąciki moich ust powędrowały do góry - a potem dosłownie poczułem jej rękę na moim ramieniu, jej obecność... To był najwspanialszy dzień w moim życiu. Kiedy otworzyłem oczy ojciec powiedział, że pamięć to najpiękniejsza rzecz, jaką możemy kogoś obdarować, bo przywołuje wspomnienia, a te z kolei budzą do życia ludzi, których już obok nas nie ma z różnych powodów. Od tamtej pory co wieczór zamykam oczy i może się to wydawać płytkie bądź beznadziejne, ale naprawdę wierzę, że ona jest w pobliżu każdego dnia. Spróbuj kiedyś, może to sprawi, że choć na chwilę poczujesz ich obecność.
Katia odwróciła się, a potem spojrzała mi w oczy. Uśmiechnąłem się, widząc jakąś dziwną iskierkę w jej zniewalających tęczówkach. Odruchowo mój wzrok przeniósł się na zegar ścienny. Zamarłem. Za chwilę powinna się odbyć zmiana warty. Niemożliwe, że tyle tu siedziałem. Pospiesznie wstałem z łóżka.
- Wybacz, ale muszę już iść. Obowiązki wzywają. Trzeba wydelegować kolejną osobę, by czuwała przy Ayi, a nikt za mnie tego nie zrobi - oznajmiłem.
- W porządku - uśmiechnęła się blado.
Złapałem za klamkę, ale odwróciłem się jeszcze i dodałem:
- Jeśli kiedyś potrzebowałabyś z kimś porozmawiać o czymkolwiek, smutkach czy radościach, śmiało pukaj do mich drzwi. Wysłucham i pomogę, kiedy będzie trzeba.
- Dziękuję - prawie wyszeptała to słowo.
- To nie jest jakaś pusta propozycja, ale obietnica - zapewniłem ją i opuściłem pokój.
Kilka minut później praktycznie wbiegłem do kafeterii. Niektórzy siedzieli, popijając kawę, a byli i tacy, którzy leżeli już w śpiworach.
- Wreszcie - mruknął Earl.
Postanowiłem się nie przejmować tym niewypowiedzianym upomnieniem. Przecież cały czas się gdzieś spóźniałem i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek mógłbym przestać. Zilustrowałem wzrokiem Walecznych.
- Xader, pójdziesz zmienić Caspaira na warcie. Tylko migiem - rozkazałem.
Chłopak w mgnieniu oka podniósł się z miejsca i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
- Coś się działo? - zagadnąłem Inkwizytora.
- Oprócz tego, że miałeś spektakularne wejście, nic - rzekł sucho.
Postanowiłem zostać w kafeterii do czasu powrotu Caspaira. Musiałem zapytać go, jak minęły te żmudne trzy godziny. Czekałem około 20 minut, ale nikt się nie pojawił. Zacząłem się martwić. Już miałem zamiar sprawdzić, co dzieje się w lesie, gdy z impetem do pomieszczenia wpadł Xader. Na jego twarzy widać było przerażenie. Earl zmierzył go wzrokiem, a potem spojrzał na mnie. Zerwałem się z miejsca.
- Dlaczego nie jesteś na warcie? Co się stało? - zapytałem.
- Ma go! Aya chyba jakoś zahipnotyzowała Caspaira. Siedzi pod drzewem, nie rusza się, a obok niego nieustannie krąży ta opętana i wpatruje się w księżyc - oznajmił szybko.
- W jakiej fazie jest dzisiaj? - odezwał się Inkwizytor.
- Pełnia... - wyszeptałem.
No tak! Przecież ona wzmaga niekiedy moce czy zaklęcia.
- Musimy natychmiast poinformować Kohitsuji-chan. Nie możemy czekać do rana - powiedział szybko.
- Wracaj tam, zabierz ze sobą Katsuko. Trzymajcie się od niej na dystans, ale tak byście mogli widzieć zarys jej sylwetki. Nie zwracajcie na siebie uwagi, nawet nie drgnijcie. Nie może was zobaczyć, pamiętajcie - nakazałem.
- Reszta Walecznych ma tutaj zostać. Nigdzie się nie ruszajcie, póki nie wrócę - rozkazałem, po czym w towarzystwie Earla opuściłem pomieszczenie.
Tylko otworzyłem drzwi, a ja już wpadłem na Sarę.
- Keith, co ty tu robisz? - zapytała.
- Wyjaśnię ci wszystko po drodze. Musimy natychmiast iść do Ren - oznajmiłem poważnie.

<Sara?>
<Katia, jakieś przemyślenia?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Strony