Wakacje

Obecnie na wakacjach są:
Aszer
Sayuri
Nathaniel
Caspair
Proszę nie angażować powyższych osób w fabułę, bo i tak nie odpiszą do czasu powrotu. Lista aktualizowana przy zgłoszeniu wyjazdu (należy wtedy pozamykać wątki tak, żeby nikogo nie blokować), wypis wraz z pierwszym powakacyjnym postem.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Keith - zadanie (z Katią)

S+3 Zadanie
2 - para Ilość członków
Katia - S+M Towarzyszą
minimum 8 na osobę Ilość postów
maksimum 200 Ilość punktów
wstęp do Archiwów Inkwizycji Nagroda dodatkowa

Post 7 - Keith

Od Christophera nie dowiedziałem się zupełnie nic. Był tak samo niezłomnym wojownikiem jak i rozmówcą. Kilka razy próbowałem pociągnąć go za język, jednak bezskutecznie. Miałem jednak dziwne wrażenie, że chce mi wszystko wyznać, zrzucić z siebie ten wielki ciężar. Jeszcze chwila, a złamałbym go z pewnością, gdyby nie to, że usłyszałem przeciągłe gwizdnięcie. Chris spiął się na ten dźwięk, ale zaraz potem wziął głęboki oddech i powoli wypuszczał powietrze.
- Wyjdź na zewnątrz, to go zobaczysz - powiedział wreszcie ściszonym głosem.
Dosłownie rzuciłem się do drzwi. W stronę Katii oraz Alexandry zmierzał nieśmiało tęczowo ubarwiony feniks. Zaparło mi dech w piersiach. Jeszcze nigdy nie widziałem tak pięknego stworzenia.
- Jest wspaniały... - westchnąłem cicho.
Moja towarzyszka odwróciła się w moją stronę, a ja posłałem jej pełen zachwytu uśmiech. Odwzajemniła go. Wtedy zza moich pleców wyłonił się Chris. Na początku obdarzył karcącym spojrzeniem żonę, ale już sekundę potem spuścił głowę.
- Nie mogliśmy tego ukrywać w nieskończoność, wybacz - powiedziała tak, jakby próbowała się usprawiedliwić.
Mężczyzna podszedł do niej i położył dłonie na jej ramionach.
- Nie, dobrze zrobiłaś. Nie wiem, co sobie myśleliśmy. Opowiedziałaś jej o wszystkim, prawda? - zapytał, a kobieta pokiwała głową.
- Przepraszam, że nie chciałem ci nic wyznać. To było nierozsądne - zwrócił się do mnie.
Wymieniliśmy spojrzenia. Wiedział, że nie mam mu tego za złe. W jakiś sposób nawet go rozumiałem. Ujawnienie takich informacji mogły w przyszłości zagrozić jego rodzinie tym bardziej, że znał mnie zaledwie dwa dni. Odwróciłem wzrok i przeniosłem go z powrotem na feniksa. Nie mogłem się oprzeć, musiałem do niego podejść.
- Uważaj, jest płochliwy - stwierdziła Katia z lekkim uśmiechem.
- W takim razie podejdź ze mną. Znasz się na tym lepiej niż ja - zachęciłem ją i chwyciłem delikatnie za rękę.
Zaczęliśmy powoli zbliżać się do zwierzęcia. Z każdą sekundą czułem się coraz dziwniej. Głowa poczęła mi słabo pulsować. Zatrzymałem się, by złapać trochę powietrza.
- Keith, wszystko w porządku? - usłyszałem jej zmartwiony głos.
Nieznacznie przechyliła się na bok i wtedy je zobaczyłem. Nieodgadnione światło tliło się w sakiewce mojej towarzyszki. Im dłużej się w nie wpatrywałem, tym gorzej się czułem. Po chwili pakunek rozbłysł znacznie. Do moich uszu wdarł się przeraźliwy wrzask. Chociaż sam nie wiem, czy powinienem tak to nazwać. Skierowałem wzrok w stronę feniksa, który teraz wił się na ziemi. Wyglądał na całkowicie osłabionego. Cierpiał... Nie miałem pojęcia, co się dzieje i jak temu zapobiec. Nasilająca się migrena wcale mi nie pomagała. Co mogło wywołać taką reakcję?  Spojrzałem na Katię. Wyglądała na przerażoną. Wiedziałem, że muszę jakoś to przerwać i to natychmiast. Utkwiłem wzrok w sakiewce. Po chwili mój mózg się rozjaśnił. No, tak! Przecież tam jest medalion!
- Odsuń się! - wrzasnąłem, próbując przekrzyczeć głośne dźwięki, wydawane przez biednego feniksa.
Towarzyszka szybko spełniła moją prośbę. W miarę jak oddalała się od stworzenia, ból głowy ustępował. Gdy znalazła się przy drzwiach, zniknął zupełnie. Próbowałem się wyprostować. Na początku zachwiałem się lekko, ale już po chwili wszystko wróciło do normy.
- Alexandro, zaprowadź go proszę z powrotem do kryjówki i uspokój - poleciłem.
Kobieta od razu zajęła się zwierzęciem, a ja pospiesznie podbiegłem do zmartwionej Katii.
- Nie miałam pojęcia, że tak się stanie. Nie chciałam mu nic zrobić, przepraszam... - powiedziała cicho.
W jej głosie dało się słyszeć skruchę i ból. Te uczucia uderzyły mnie, o dziwo, z wielką siłą. Kiedy patrzyłem na nią, czułem się bardzo dziwnie. Uśmiech zniknął mi zupełnie z twarzy. Nie chciałem, by była smutna. Na początku pragnąłem ją po prostu przytulić, ale przypomniałem sobie, że zazwyczaj w takich sytuacjach czuje się niekomfortowo. Położyłem jej więc rękę na ramieniu i zmusiłem, by na mnie spojrzała.
- To przecież nie twoja wina. To wszystko przez ten amulet. Ty nigdy nie zrobiłabyś nikomu krzywdy. Wiem o tym - powiedziałem ciepłym, spokojnym głosem, uśmiechając się lekko.
Ona chwilę milczała, ale potem kąciki jej ust powędrowały lekko do góry.
- Dziękuję - wyszeptała.
- Od tego są bracia - wyszczerzyłem zęby i mrugnąłem do niej, co sprawiło, że stała się bardziej pogodna.
Ucieszyło mnie to. Wolałem, gdy była wesoła. Wówczas także i ja czułem się zdecydowanie lepiej. Zupełnie tak, jakby mój nastrój w jakiś sposób od niej zależał...
- Z tobą już wszystko w porządku? - zapytała z nutką troski.
- Tak, tak. Nazwijmy to chwilowym spadkiem formy - odparłem żartobliwie.
Katia już miała odpowiedzieć, ale podszedł do nas Chris wraz z żoną.
- Co to było? - zapytał mężczyzna nieufnym tonem.
Skinąłem na towarzyszkę, a ta wyjęła ostrożnie naszyjnik z sakiewki.
- To - wskazałem ręką na biżuterię. - Należy do Eskrawe. Nie wiedzieliśmy, do czego służy, aż do teraz... Wybaczcie, że zrobiliśmy mu krzywdę...
Twarz obojga małżonków lekko się rozjaśniła. Wierzyli nam. Odetchnąłem z ulgą.
- Chciałbym wiedzieć, kiedy wyruszamy? - zmienił temat.
- Myślę, że już jutro o 6 rano. Spotkajmy się przy siedzibie dawnej szkoły rycerskiej. Poinformuj pozostałą dziewiątkę, że ma się stawić w pełnym uzbrojeniu - odpowiedziałem oficjalnym tonem.
- Zaraz się tym zajmę - odparł i zaraz zniknął nam z oczu.
- Może wejdziecie i napijecie się jeszcze herbaty? - zaproponowała gospodyni.
- Nie, dziękujemy. Musimy już wracać do gospody i przygotować się do jutrzejszej wyprawy. Jesteśmy wdzięczni za zaufanie, jakim nas obdarzyłaś, pani - skłoniłem się lekko, a potem wraz z Katią wróciliśmy do miejsca naszego noclegu.Po mniej więcej 10 minut dotarliśmy. Na schodach wyprzedziłem moją towarzyszkę i otworzyłem drzwi do pokoju, wpuszczając ją do środka. Ten gest sprawił, że lekko się zarumieniła. Zauważyłem to, mimo iż próbowała to ukryć. Spoczęliśmy na łóżkach. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Widocznie potrzebowaliśmy minuty ciszy na przyswojenie sobie ostatnich wydarzeń.
- On go osłabił - wypaliłem wreszcie.
- Słucham? - zapytała zdezorientowana Katia. Widocznie moje słowa wyrwały ją gwałtownie z jakiegoś równoległego świata.
- Tego feniksa. Amulet go osłabił. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że przejął nad nim kontrolę - wyjaśniłem.
- To bardzo prawdopodobne - odparła po chwili namysłu.
- Wiesz, on zachowuje się jak pies myśliwego - stwierdziłem.
- To znaczy? - posłała mi pytające spojrzenie.
- Najpierw wykrywa ofiary, a potem je osłabia, by pozwolić myśliwemu je schwytać. Im bardziej zbliżałaś się do feniksa, tym jaśniej świecił amulet. Właśnie tak Eskrawe wykrywał wszystkie magiczne stworzenia - odpowiedziałem.
- To ma sens... Tylko co teraz? Jeśli już nie ma go przy sobie to znaczy, że stracił swoje moce i znów jest słaby - stwierdziła Katia.
- A to znaczy, że zdecydowanie łatwiej będzie nam go pokonać - uśmiechnąłem się lekko.
Moja towarzyszka pokiwała głową.
- Musimy jeszcze obgadać jedną sprawę. Chodzi o jutrzejszy dzień. Mamy w ogóle jakiś plan? - spytałem.
- Idziemy w stronę gór. Tam mam nadzieję wytropić byłego Inkwizytora. Możliwe, że właśnie tam ma swoją siedzibę. Gdy już nam się to uda, musimy zorientować się, ilu ludzi ma przy sobie. Potem opracujemy szczegółowy plan ataku oraz uwolnienia wszystkich stworzeń. Musimy być bardzo ostrożni i dbać o to, by nikt nas nie zauważył. To niezwykle ważne dla powodzenia całej misji.
- Całkowicie się z tobą zgadzam. Myślałem trochę nad organizacją całego marszu. W czasie treningu zamieniłem z wojownikami kilka słów i mam już wstępny szkic całego szyku. Z przodu pójdzie Nick oraz Jack. Doskonale znają tamte okolice. Zaraz za nimi my. Potem sześciu dobrze wyszkolonych w walce wojów, a na końcu dwójka pełniących rolę obrońców z tarczami - wyjaśniłem.
- Świetnie, dobrze, że o tym pomyślałeś - uśmiechnęła się.
Już chciałem coś powiedzieć, ale usłyszałem pukanie do drzwi. Gdy się otworzyły, ujrzałem stojącą w nich gospodynię.
- Wieczerza gotowa - oznajmiła i zaraz potem się wycofała.
- Chodźmy więc - powiedziałem, a potem oboje zeszliśmy na dół.
Kolacja minęła nam w dziwnej atmosferze. Może było to spowodowane tym, że dystansowałem się od reszty. Wybrałem miejsce z boku, w kącie. Chciałem uniknąć przytłaczających spojrzeń oraz zyskać przynajmniej cień iluzji, że jestem sam. Jadłem powoli jakby w transie. Pomimo towarzystwa Katii pierwszy raz poczułem się tu obco. Co było tego powodem?
- Wiem, że już o to pytałam, ale na pewno nic ci nie jest?
Jej głos sprawił, że wróciłem na ziemię. Zastanawiałem się, czy skłamać, czy może jednak powiedzieć prawdę. Nie chciałem, by się martwiła. A z resztą, po co miałaby to robić? Przecież znaliśmy się właściwie tylko przelotnie...
- Sam nie wiem. Chyba potrzebuję świeżego powietrza. Wybacz, ale przejdę się trochę. Nie czekaj na mnie. Połóż się wcześnie, żebyś była jutro wypoczęta - uśmiechnąłem się blado, a potem zaraz spuściłem wzrok i wyszedłem. Kiedy w moje policzki uderzył powiew wiatru, czułem, że z moich barków zlatuje ogromny ciężar. Wziąłem głęboki oddech, a potem skierowałem swe kroki w stronę lasu. Zacząłem się zastanawiać, co się ze mną dzieje? Na co dzień przecież tryskałem optymizmem, starałem się zarażać swoim uśmiechem wszystkich dookoła, a teraz? Teraz sam potrzebowałem pocieszenia, towarzysza do rozmowy. Pomyślałem o Nicku. Dlaczego go tu ze mną nie ma? On zawsze wiedział, jak odciągnąć moją uwagę od problemów, wysłuchiwał mnie z uwagą. "A Katia?" przeszło mi przez myśl. Pokręciłem głową. Wiedziałem, że była wrażliwą dziewczyną. Zadręczanie jej moimi "kłopotami" to zły pomysł, a i tak z pewnością bardzo martwiła się o swojego smoka. Nagle moje myśli zeszły na zupełnie inne tory. Myślałem o tym, jaki wpływ wywiera na mnie ten dziwny amulet. Skrzywiłem się, przypominając sobie te wszystkie wizje, własną niemoc oraz tę nietypową migrenę. Co się działo z moim ciałem? Skąd takie gwałtowne reakcje? Przecież wcześniej mi się to nie zdarzało. Wtem dotarło do mnie najstraszniejsze z wielu pytań, które teraz krążyły w mojej głowie: "Czy dam radę się oprzeć tej dziwnej sile?" Wtedy pierwszy raz poczułem, że tracę grunt pod nogami. Zaczynałem się tego bać... Nagle stanąłem jak wryty.
- Daj spokój! Przecież to tylko jeden głupi amulet. Jeden! Skąd możesz wiedzieć, że inne też będą tak na ciebie działać? - wypowiedziałem te słowa na głos, by lepiej wbić je sobie do głowy.
Nagle usłyszałem czyjąś głośną rozmowę. Nie wiedziałem, czy to wrogowie czy przyjaciele, dlatego upatrzyłem sobie pierwszy lepszy krzak i schowałem się za nim. Było już ciemno, więc nie mogli mnie zauważyć.
- Gdzie on zgubił ten przeklęty medalion?! Cholerny Eskrawe... Potrafi się tylko nami wysługiwać - warknął jeden z nich
- Nie gadaj, tylko szukaj! Jeśli wrócimy bez niego, rozerwie nas na strzępy.
Ten głos rozpoznałbym wszędzie. To był ten zbój z gospody! Postanowiłem ich śledzić. Byłem przekonany, że zdobędę dzięki temu cenne informacje. Zerknąłem na drogę, którą podążali. Była pełna jasnych i ciemnych plam. "Bez problemu dam radę podążać za nimi niezauważony" pomyślałem. Wprowadziłem mój plan w życie. Trzymałem ich na dystans, ale tak, by słyszeć każde słowo. Przemieszczałem się między kolejnymi plamami cienia najciszej, jak tylko potrafiłem.
- Przypomnij mi. Dlaczego szukamy tego przeklętego amuletu?! - zaczął znów blondyn.
- Dlatego kmiocie, że jeśli wpadnie w jakieś brudne łapska, cała nasza robota pójdzie na marne. Wystarczy, żeby jakiś niedorobiony mag wpadł na to, by zdjąć z niego osłonę, wtedy moc Eskrawe osłabnie i nie będzie mógł już kontrolować tak tych durnych zwierzątek. A pomyślałeś, co by się stało, gdyby ktoś go po prostu zniszczył, tumanie?!  - warknął jego towarzysz, po czym uderzył go lekko z otwartej po głowie.
- Dobra, nie wściekaj się. Tylko pytałem -  struchlał tamten.
- To nie pytaj! Nie pamiętasz, co mówił ten Inkwizytorzyna?! Jest powiązany z tym całym medalionem i jakiekolwiek naruszenie go spowoduje utratę mocy, a z naszego wynagrodzenia będą nici. Więc zamknij dziób na kłódkę i rób to, co do ciebie należy! - nakazał ciemnowłosy.
Uśmiechnąłem się przebiegle pod nosem. "Będę miał co opowiadać Katii" uradowałem się. Podążałem za nimi dalej, mając nadzieję dowiedzieć się czegoś jeszcze. Byłem bardzo niepocieszony, gdy przez dłuższy czas nie usłyszałem ani jednego słowa, ale nie chciałem zrezygnować. To zadanie było niezwykle ważne. Musiałem to zrobić. Śledziłem ich jeszcze przez kilka dobrych minut, kiedy w końcu blondyn znów odważył się odezwać:
- A jak już ktoś go znalazł, co wtedy?
- To jasne, idioto! Wrócimy w góry Aral i tak pokierujemy tym magiem od siedmiu boleści, że nic nam nie zrobi. Ale lepiej, żebyśmy go znaleźli.
Na mojej twarzy pojawił się grymas szczęścia. Współpracownicy Eskrawe są nieźle wygadani. Na nasze szczęście... Zdałem sobie sprawę, że dowiedziałem się już wystarczająco dużo, więc spróbowałem się oddalić. Wycofywałem się dyskretnie i wtedy usłyszałem szczęk gałązki pod swoimi stopami. Przełknąłem nerwowo ślinę.
- Mamy towarzystwo - oznajmił jeden z nich grubym głosem.
Miałem nadzieję, że mnie nie zauważą, ale w nerwach po prostu nie zauważyłem, iż przede mną rozpościera się gruby konar. Runąłem na ziemię jak długi, jednocześnie zdradzając swoją pozycję. Słudzy Eskrawe dopadli do mnie w mgnieniu oka. Ciemnowłosy podniósł mnie, przyparł do drzewa i przyjrzał mi się uważnie.
- Jednak jest sprawiedliwość na tym świecie - uśmiechnął się złośliwie, po czym uderzył mnie z całej siły w brzuch.
Nie potrafię opisać, jak okropne było to uczucie. Upadłem na kolana, próbując złapać nieco powietrza w płuca. Zanim zdążyłem zorientować się w sytuacji, blondyn kopnął mnie w plecy. Wiedziałem, że już po mnie. Nie wywinę się tym razem. Za pas jak zwykle miałem zatkniętą saksę, ale nie dałem rady nawet po nią sięgnąć. Po chwili zostałem znów przyparty do wysokiego świerka. Brunet zaciskał rękę na moim gardle.
- Jak dużo słyszałeś? - warknął gniewnie.
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego złapałem jego rękę swoją i próbowałem ją odciągnąć. Nagle mnie olśniło. Przecież miałem moc! Zamknąłem oczy i umieściłem się jakby w ochronnej kuli umysłowej. Oczyściłem umysł, by pomimo fizycznego osłabienia móc wytworzyć wiązkę ognia. Skupiłem się maksymalnie. Świat wokół mnie przestał istnieć. Wtem poczułem znajome ciepło na dłoni. Uniosłem kąciki warg ku górze i rozwarłem powieki. Brunet syknął z bólu, a potem mnie puścił.
- Co u diabła! - zaklął, patrząc na delikatnie poparzoną dłoń.
Blondyn był tak zaskoczony, że od razu podszedł do towarzysza, by mu pomóc. Skorzystałem z okazji. Zmobilizowałem wszystkie swoje siły, żeby wstać i zmusić się do biegu.
- Goń go, idioto! - rozkazał brunet.
Mężczyzna rzucił się za mną w pogoń, ale posłałem w jego stronę wiązkę ognia. Prosto pod jego nogi. Momentalnie się cofnął. Skręciłem w lewo, oddalając się tym samym od gospody. Chciałem, by myśleli, że tam właśnie znajduje się moje mieszkanie. Nie byłem pewien, jak długo płomienie będą się tlić, ale wiedziałem, że niedługo. Nagle dojrzałem moje zbawienie. Za krzakami ukrywała się niewielka wyrwa w ziemi, praktycznie niezauważalna w ciemnościach. Od razu do niej wskoczyłem. Okazało się, że mogę nawet wturlać się odrobinę pod jeden z grubych korzeni. Nałożyłem sobie ciemny kaptur na głowę, by być mniej zauważalny. Jakieś pięć minut potem usłyszałem kroki.
- Gdzie on do cholery jest?! - warknął ciemnowłosy.
- Nie wiem, szedł w tą stronę, przysięgam! - zarzekał się blondyn.
- Chodźmy dalej. Pewnie biegnie do domu. Tchórz jeden... - w jego głosie usłyszałem pogardę.
Nie wiem, ile tam siedziałem. Może piętnaście minut, a może godzinę. Musiałem mieć pewność, że mnie nie znajdą. W końcu wstałem, otrzepałem się z ziemi i nadal z kapturem na głowie, ruszyłem w drogę powrotną. Byłem cały posiniaczony. Okropnie bolały mnie żebra oraz brzuch. Czułem, iż zaraz zwymiotuję. Dosłownie słaniałem się na nogach. Wiedziałem jednak, że informacje, które udało mi się zdobyć, okażą się kluczowe dla powodzenia całej misji. Westchnąłem ciężko. Czekała mnie długa droga powrotna do gospody. Na szczęście wiedziałem, w którą stronę się udać. Najdziwniejsze było to, że jedyne, co pragnąłem w tym momencie zobaczyć, to nie łóżko czy ciepłą herbatę, ale Katię, a najlepiej jej uśmiech...

<Katia? ;)>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Strony